piątek, 31 lipca 2015

Czy będą się wieszać, czy strzelać?

Przeczytałem gdzieś wczoraj, że dla gnijącej Platformy prawdziwą wunderwaffe ma się okazać minister obrony Tomasz Siemoniak. Podczas gdy premier Kopacz jest jaka jest, a wszystko co się kręci wokół niej, robi wrażenie jeszcze gorsze, wybitni komentatorzy polskiej sceny politycznej stawiają właśnie na Siemoniaka, który tam podobno wyrasta ponad przeciętność i którego premier Kopacz szykuje, by to on zadał pisowskiej kontrrewolucji śmiertelny cios. Przeczytałem tę informację i od razu pomyślałem sobie, że to jest coś absolutnie fantastycznego, że zaledwie dwa dni wcześniej swój kolejny felieton dla „Warszawskiej Gazety” poświęciłem właśnie owemu cudownemu dziecku Donalda Tuska i Ewy Kopacz. Będą mieli więc premierę jak się patrzy. Polecam.

Ile razy patrzę na któregokolwiek z posłów czy ministrów rządzącej koalicji i widzę, jak każdy z nich, zamiast wiać gdzie pieprz rośnie, nie dość, że jeszcze bardziej wydaje się lgnąć do tego trupa, to sprawia wrażenie, jakby życie w tej owej cuchnącej symbiozie było czymś, za co warto oddać życie, staję jak wmurowany. Tym bardziej sztywnieję, kiedy próbuję zgadnąć, jak to się dzieje, że ktoś, kto dotychczas w miarę bezpiecznie funkcjonował poza owym układem, zamiast tam dalej siedzieć, włazi z własnej i nieprzymuszonej woli pod tę rynnę, podpisując naturalnie na siebie wyrok. Tak było choćby w przypadku ministra zdrowia Zembali, który mając wydawało by się wszystko, co było mu potrzebne do szczęścia, wystawił się na odstrzał, którego świadkami jesteśmy choćby w tych dniach, praktycznie niszcząc sobie karierę. No i właściwie już w pierwszym dniu jego urzędowania wyszło na jaw, że ów Zembala jest tak fatalnie zadłużony, przy majątku wynoszącym jakieś 12 tysięcy złotych plus 105 dolarów, że wszelkie pytania typu: „Czemu on to robi” nagle straciły sens.
No a po Zembali pojawiły się kolejne informacje dotyczące kolejnych polityków, o których można by tu długo, ale by móc zrozumieć kolejne jego z pozoru absurdalne posunięcia, może wystarczy, jak wspomnimy choćby o 10 milionach złotych długu na koncie Janusza Palikota.
Ja natomiast ostatnio zwróciłem uwagę na deklarowaną w odpowiednim oświadczeniu majątkowym sytuację finansową ministra obrony narodowej Tomasza Siemoniaka i myślę, że z powodów o których niżej, warto nam się nad nią zadumać. Otóż każdy w miarę uważny obserwator politycznej sceny zauważył ów najświeższy ruch wokół ministra Siemoniaka właśnie, który wskazuje na to, że tam toczy się autentyczna walka o to, co z nim zrobić, z wachlarzem szeroko rozciągniętym między prokuratorem, a drugim miejscem na liście wyborczej w Warszawie.
A więc zajrzałem do oświadczenia majątkowego Siemoniaka i proszę sobie wyobrazić, że on w zeszłym roku z tytułu ministrowania zarobił niemal 200 tysięcy złotych, z czego po spłaceniu bieżących zobowiązań zostało mu wszystkiego tych tysięcy zaledwie osiem. Cóż on zatem takiego spłaca? Otóż trzy kredyty, wszystkie we frankach, przy aktualnym saldzie w wysokości niemal 200 tysięcy CHF. Jeśli ktoś jest ciekawy, na co Siemoniakowi były te pieniądze, już odpowiadam: on za nie kupił trzy mieszkania, które postanowił wynajmować i w ten sposób złapać Pana Boga za palec. Co zatem z tych mieszkań? To też jest tam pokazane: 30 tysięcy złotych w zeszłym roku, czyli jakaś szósta część tego co on zarobił u Kopacz, z których też niemal nic już nie zostało. Jedyne więc co jest realne to te wciąż jakieś 800 tysięcy do oddania dla mBanku.
W październiku wybory, a ja już się zastanawiam, jak my zniesiemy tę falę samobójstw. Jeszcze zobaczymy jak bardzo to nie jest zabawne.

Przypominam, że pierwszy wybór tekstów z tego bloga „O siedmiokilogramowym liściu” można zamawiać już tylko u mnie pod adresem toyah@toyah.pl. Nakład „Elementarza” oraz „Biustonosza” zbliża się wprawdzie do końca, jednak obie są wciąż do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam do pośpiechu.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.