czwartek, 2 lipca 2015

In vitro, czyli powrót do Krainy Grzybów

Zgodnie z wczorajszą popołudniową zapowiedzią i mimo różnego rodzaju perturbacji, doszło ostatecznie do mojego występu w audycji Katolickiego Radia Podlasie. Wprawdzie był to udział wyłącznie telefoniczny, co niestety wpłynęło na intensywność przekazu, ale, jak głosi piękne polskie powiedzenie, lepszy rydz niż nic.
Ponieważ wszystko się działo bardzo szybko i część czytelników może nie wiedzieć, w czym rzecz, przypomnę, że wczoraj popołudniu właśnie zostałem zupełnie nieoczekiwanie zaproszony do udziału w rozmowie, jakie Radio Podlasie planowało przeprowadzić z wybitnym lekarzem ginekologiem dr Józefem Fąkiem na temat in vitro. Ponieważ spędzam czas w Sławatyczach, a studio mieści się w Siedlcach, plan był taki, że ktoś tu po mnie przyjedzie i odstawi na miejsce. Niestety, z nieznanych mi przyczyn transport nawalił i kiedy wydawało się, że już nic z tego nie będzie, tuż przed rozpoczęciem audycji postanowiono, że prowadzący ksiądz do mnie zadzwoni, no i ja powiem, co mi tam w temacie i okolicach chodzi po głowie. No i powiedziałem.
Otóż od pewnego już czasu mam bardzo silne wrażenie – wrażenie zresztą, któremu daję tu wyraz na blogu aż nazbyt często – że wszystkie tak bardzo ostatnio modne tematy, takie jak prawa osób homoseksualnych, płeć kulturowa, aborcja, eutanazja, czy wspomniane in vitro, są wprowadzane do debaty publicznej wyłącznie w jednym celu: brutalizacji walki z religią, a skoro z religią, to przede wszystkim z Kościołem Katolickim. W związku z owym przekonaniem chciałbym bardzo znaleźć jakiś sposób, by owo przekonanie ubrać w argument, który byłby na tyle dźwięczny, bym mógł zamknąć dyskusję przynajmniej tu w tej naszej przestrzeni, i przyznam uczciwie, że idzie mi to tak sobie. I oto nagle, podczas wczorajszej rozmowy w Radiu Podlasie pomyślałem o czymś, co wydaje mi się warte uwagi. Kiedy prowadzący ksiądz zadzwonił do mnie i poprosił o komentarz, powiedziałem to, co sobie wcześniej przygotowałem, a więc że moim zdaniem, do czasu gdy nie udzielimy sobie odpowiedzi na podstawowe pytanie, czemu oni to robią i czemu z taką intensywnością, ryzykujemy tym, że pochłonie nas jałowy spór na temat faktów. Bo moim zdaniem, zarówno to, że zarodek nie jest zbiorem komórek, lecz człowiekiem, to, że nie ma czegoś takiego jak płeć kulturowa, to że in vitro nie jest żadną drogą, lecz wyłącznie bardzo nieczystym biznesem, a nawet, jak sądzę i to, że prawo do posiadania dziecka nie jest wartością uniwersalną, jest oczywiste nawet dla najbardziej bojowych aktywistów tak zwanej „religii gender”. A więc nie ma sensu toczyć z nimi sporów o to, czym, kiedy i pod jakimi warunkami jest człowiek, bo to jest teren, na którym tej ich czarnej sofistyki nie pokonamy. Jedynym dostępnym nam argumentem w tej walce jest to, że oni, jako przedstawiciele cywilizacji śmierci, nie są dla nas partnerami.
To znaczy, o tej śmierci nie powiedziałem, bo jeszcze wtedy owa myśl nie pojawiła się wystarczająco mocno i w tak zwięzłej formie w mojej głowie. Jednak po tym, gdy już się rozłączyliśmy i o całej absurdalności owego in vitro opowiadał dr Fąk, o tym, jak ono jest zakłamane, kosztowne, jak nieskuteczne, jak bardzo zbrodnicze i jak wiele nieszczęścia ze sobą niesie, prowadzący audycje ksiądz przypomniał słowa Jana Pawła II o owej właśnie cywilizacji śmierci i ja nagle sobie uświadomiłem, że choć on je wówczas bezpośrednio odnosił do kwestii aborcji, tak naprawdę traktował je znacznie szerzej. Nagle zdałem sobie sprawę, że kiedy on je wypowiadał, musiał mieć na myśli nie tylko aborcję i eutanazję, ale też wchodzące już wówczas na całego owo nieszczęsne GLBT, z tymi ich małżeństwami, adopcją dzieci, kulturową płcią siedmiolatków, niedawną decyzją Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych, z całą rozkręconą wokół niej histerią, z tymi wszystkim paradami równości, a nawet z tą tęczą na Placu Zbawiciela. On musiał wiedzieć, że za tym wszystkim nie tylko stoi jakieś chore pragnienie poprawiania dzieła bożego dla ludzkiej wygody i powszechnego szczęścia, ale śmierć i owej śmierci adoracja. Mam bardzo mocne podejrzenie, że kiedy Ojciec Święty mówił o cywilizacji śmierci, jemu w równym stopniu chodziło o te abortowane dzieci i tych usypianych śmiercionośnym zastrzykiem ludzi starych i chorych, co owych norweskich siedmiolatków, które zależnie od nastroju mogą być i chłopcem i dziewczynką, ale też o te nieco od nich starsze dzieci z Białej Podlaskiej, które również już niedługo miały z taką determinacją zademonstrować swoje prawo do wolności wyboru. Bo trzeba nam wiedzieć, że tak naprawdę nie ma innej walki, jak walka między życiem a śmiercią, a mówiąc bardziej obrazowo, między życiem tu, a życiem w Krainie Grzybów. A jeśli ktoś myśli, ze mnie poniosło, zrobię coś, czego robić nie lubię, ale tym razem może się przydać. Oto link do tekstu, który powinien tu zadziałać, jak ów przysłowiowy gwóźdź do trumny. Ich trumny: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,138262,18248193,Nie_bawia_sie_juz_w_czarne_msze__Gdzie_sie_podziali.html#TRwknd.
Nie udało mi się powiedzieć tego we wczorajszej rozmowie w Radiu Podlasie, mówię więc tu. Mam nadzieję, że jak zawsze z ogólnym pożytkiem.

Przypominam, że moje książki są do kupienia na w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Gdy chodzi natomiast o „Siedmiokilogramowego liścia”, mam ich jeszcze parę egzemplarzy u siebie, a zatem proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz