poniedziałek, 27 lipca 2015

Gdy szatani spoważnieli

W któryś z niedawnych wieczorów, zgodnie z prawie już ostatnio naszą domową tradycją, włączyliśmy telewizor, żeby sobie popatrzeć na program „Szkło Kontaktowe”. Wyjaśniałem to nasze dziwaczne zachowanie jakiś czas temu, więc może dziś już tylko dla przypomnienia: na przykładzie owej, jak by nie było, sztandarowej produkcji propagandowej Systemu, zarówno ja jak i mój syn z prawdziwą ekscytacją obserwujemy, w jaki sposób owa propaganda stopniowo zmienia kierunek, uderzając w znajdującą się pod ścisłą dotychczas ochroną Platformę Obywatelską. Trudno jest mi dziś przewidzieć, jak to się wszystko będzie rozwijać i czy przypadkiem nie będzie tak, że pod koniec roku Maria Czubaszek z Grzegorzem Markowskim będą odbierać telefony od najbardziej uzależnionych od tego sączonego od dziesięciu lat w ich mózgi jadu widzów, tylko po to by ich już tylko wyszydzać, jednak to co już dziś widzimy pozwala na bardzo odważne prognozy.
Podczas wspomnianej na początku dzisiejszej notki doszło do zdarzenia, które nawet na mnie zrobiło wrażenie. Oto proszę sobie wyobrazić, w pewnym momencie prowadzący audycję Tomasz Sianecki poruszył temat in vitro, puścił kawałek sejmowego wystąpienia w temacie posłanki Joanny Muchy, a następnie bez śladu ironii, czy choćby owego charakterystycznego uśmiechu, powiedział co następuje (cytat dosłowny):
A może tu jednak chodzi o to, że tutaj Platforma i pani Anna Grodzka i w ogóle środowiska lewicowe działają na rzecz lobby tych wszystkich instytucji, które zajmują się zmianą płci. Dzięki temu oni przecież zarobią dużo więcej pieniędzy. Tak jak z in vitro, wie pan, ono jest tylko po to, żeby kasę nabiły sobie instytuty, które się tym zajmują”.
Pierwsza oczywiście myśl, jaka mi przyszła do głowy, była taka, że to może jednak była zaledwie bardzo kąśliwa ironia, i że tak naprawdę Sianecki pragnął jedynie wykpić pewien rodzaj obsesji, zgodnie z którą za każdym rogiem czai się spisek. Jednak nie. Myśmy sobie ten fragment audycji obejrzeli kilkukrotnie i zarówno w głosie, jak i w oczach, jak i w ogóle w całym wyrazie twarzy Sianeckiego, nie było śladu owej kpiny. Ja mam wrażenie, że ja bardzo dobrze znam zarówno Sianeckiego, jak i ten jego słynny, niby ukrywany chichot, tu jednak na jego twarzy malowała się coś, co mógłbym nazwać smutną refleksją.
A później już było tylko lepiej. Towarzyszący Sianeckiemu Artur Andrus, najpierw zrobił minę, jakby mu na łeb spadł 16-tonowy odważnik, a potem wydukał mniej więcej coś w rodzaju: „O, to widzę, że pan tu nam jakieś spiskowe teorie wygłasza”. I na to, wciąż z tym swoim delikatnym, smutnym uśmiechem, Sianecki powiedział coś takiego: „Proszę sobie wyobrazić, że to nie ja. Niech mi pan uwierzy, że to nie ja”.
I bez dodatkowych słów, zmienił temat.
Ktoś mnie zapyta, czy jestem pewien, że mi się coś nie pomyliło, a ja bardzo chętnie odpowiem, że owszem, jestem pewien. Ja naprawdę znam tych cwaniaków bardzo dobrze i bardzo dobrze wiem, co oni potrafią. Był czas, że ja niemal zawodowo studiowałem ich zachowania i zdążyłem się nauczyć każdej z tych ich sztuk. Tym razem jednak, jeden z nich z tą swoją przedziwną deklaracją wyskoczył jak Filip z konopii. Po co? Co mu strzeliło do głowy? Jakie on ma plany? Pojęcia nie mam. Możliwe oczywiście, że zwyczajnie zwariował, ale tego nie wiem. Mówię jak było, a było jak mówię. I nie zdziwię się, jeśli się okaże, że to dopiero początek.

Zachęcam do kupowania naszych książek. Z tego co słyszę, zarówno „Elementarz”, jak i „Marki, dolary…” są już na wyczerpaniu. Jeśli ktoś nie ma, proszę się spieszyć. O dodrukach na razie nie ma mowy. Wszystko można zamawiać pod adresem www.coryllus.pl.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.