poniedziałek, 15 lipca 2013

O tym jak bezczelna wrzaskliwość zagłuszyła prawdę

Cyrk, jaki na oczach nas wszystkich odstawił, ale wciąż przecież nie mówiąc zapewne ostatniego słowa, ksiądz Wojciech Lemański w stowarzyszeniu z wspierającymi go mediami, jest naturalnie wydarzeniem bardzo przykrym i bolesnym, zwłaszcza z punktu widzenia naszego Kościoła, co nie zmienia faktu, że to, co jesteśmy zmuszeni obserwować, pozwala nam – na starej, dobrej, norwidowskiej zasadzie „odejrzewania się” nieszczęściu – uzyskać z tego pewną interesującą bardzo naukę. Zechciejmy zastanowić się nad jednym tylko aspektem tego przykrego incydentu.
Otóż pokazano nam dziś, a tym, którzy patrzeć nie chcieli, opowiedziano, jak to pod plebanią, na której zamelinował się ksiądz Lemański zebrały się „tłumy” zdeterminowanych parafian, którzy gotowi są bronić swojego księdza do ostatniego tchnienia, a lokalna Straż Pożarna na tę okoliczność nawet zawyła swoją syreną. W odpowiednim zbliżeniu, od rana oglądamy ową gęstwinę wiernych, a jakby ktoś nie rozumiał, jakie to tłumy, słyszymy o wręcz jednogłośnym poparciu parafian dla zbuntowanego księdza, no a dla bardziej wymagających, nawet została podana liczba: „Ponad 70 osób zgromadzonych na porannej, odprawianej przez księdza Lemańskiego, mszy”. Ponad 70 osób!!! No, no… jestem pod wrażeniem.
Jak informuje mnie jeden z dociekliwych komentatorów tego bloga, w wiosce, w której właśnie ksiądz Lemański przestał być proboszczem, zamieszkuje niespełna 5 tysięcy osób. Ja wiem, że na wsi do kościoła chodzi więcej osób niż w mieście, jednak dla czystości argumentacji załóżmy, że w tym wypadku mamy tych dusz jakieś 2 tysiące. Niech będzie 1,5 tysiąca. Inna sprawa, że taki wynik, gdyby miał być prawdziwy, akurat świadczyłby o charyzmie, jak słyszę, niezwykle charyzmatycznego księdza, jak najgorzej. I oto okazuje się, że na mszę w takim dniu jak dzisiejszy, kiedy ich ukochany proboszcz ma zostać wywleczony z wioski przez biskupowych siepaczy, do jego obrony zgłosiło się siedemdziesięciu paru chętnych? Powiem coś jeszcze. Biorąc pod uwagę poglądy byłego już księdza proboszcza i jego polityczne afiliacje, mam prawo przypuszczać, że wśród tych 70 osób, znaczną część muszą stanowić ci, którzy jeszcze rok temu nawet nie mieli pojęcia, o której godzinie jest odprawiana poranna msza. Również, biorąc pod uwagę szczególny charakter tego poranka, można się spodziewać, że wśród tych 70 osób byli też tacy, którzy do księdza Lemańskiego normalnie mają stosunek co najmniej obojętny, ale przyszli popatrzeć, co się wydarzy, zwłaszcza że przyjechała telewizja. Jaką liczbę wśród nich stanowili ci, o których można z czystym sumieniem powiedzieć, że to są ludzie Kościoła? Nie wiem. Niech będzie, że kilku.
Ale to jest przecież nieistotne. Ja jestem skłonny się zgodzić, że te ponad 70 osób, które zebrały się na dzisiejszej porannej mszy, w jej trakcie wstawało, siadało, klękało, oraz intonowało pieśni dokładnie wtedy, kiedy należało. Zastanawiam się jednak nad tym, z grubym hakiem, tysiącem pozostałych. Czy oni przychodzili do kościoła w każdą niedzielę, wpatrując się w swojego proboszcza z zachwytem, czy może z obojętnością? A może z irytacją, tyle że nabożnie ukrytą za poczuciem obowiązku posłuszeństwa? Tego nie wiem, natomiast wiem doskonale, że oni nie przyszli ani bronić prześladowanego księdza, ani nawet się z nim pożegnać. Oni, w najlepszym dla księdza Lemańskiego wypadku, utonęli we własnej gnuśności.
Ale i to nie jest dziś dla nas sprawą najistotniejsza. Powiem wręcz, że to jest dla nas akurat w ogóle mało ważne. Bo sprawa polega na tym, że bez względu na to, co kazało tym setkom, a może i tysiącom, ludzi machnąć ręką na cała tę hucpę, to co się liczy, to to, że oni na nią tą swoją ręką machnęli. Oni – czy to ze względu na poczucie przyzwoitości, która w jakiś szczególny sposób każe im się nie wychylać, czy ze zwykłego lenistwa, czy może z leku przed napiętnowaniem przez silniejszych i bardziej krzykliwych – zostali w domu.
I to jest moim zdaniem wręcz znakomity symbol tego, co być może niektórzy socjolodzy chcieliby nazwać „Polską w pigułce”. Bo tak to właśnie moim zdaniem musi działać. Nawet jeśli w tej wiosce był choćby i jeden człowiek, który szczerze wierzył, że księdza Lemańskiego za to, co tak bezwstydnie wyprawia, w jednej chwili powinni wziąć wszyscy diabli, on się nam nie pokazał. Dlaczego? Moim zdaniem, on akurat nie przez swoją gnuśność, ale strach przed tak zwaną opinią publiczną. Przed tym, że jeśli tylko zabierze głos, zostanie natychmiast pokazany całej Polsce, napiętnowany i wyszydzony. Jako ten ciemny i głupi wieśniak. I właśnie dzięki temu terrorowi, mieliśmy okazję patrzeć, jak to „cała” religijna społeczność wioski Jasienica postawiła się podłemu biskupowi.
Dzięki temu samemu terrorowi, od lat jesteśmy albo karmieni informacją, że polskie konserwatywne społeczeństwo to jakiś dziki, pochowanych po kątach, motłoch, albo że jest nas całkiem nie tak mało, ale jesteśmy zastraszeni przez agresywną większość.
Otóż nie. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że o nas można powiedzieć najróżniejsze rzeczy: że jesteśmy głupi, leniwi, gnuśni, niewykształceni, naiwni, tchórzliwi, ale jednego nam nikt nie odbierze. Jak idzie o ową konserwatywną intuicję, jesteśmy wręcz idealni. Gdyby tylko nas odrobinę ośmielić, zachęcić do samodzielnego myślenia, zapewnić, że tak naprawdę nie mamy się czego wstydzić z wyjątkiem tego okropnego przekonania o własnej bylejakości, mielibyśmy świat u naszych stóp.
Mam nadzieję, że już niedługo uda nam się znaleźć na drodze, która przynajmniej otworzy przed nami pewne nowe szanse.

Ponieważ bez stałego wsparcia dla tego bloga, jeszcze przez ten i kolejny rok, nie przeżyjemy, bardzo proszę o wszelką możliwą pomoc na podany obok numer konta. Dziękuję.

5 komentarzy:

  1. @toyah

    Parafia rzymsko katolicka to nie jest ruski folwark (ani genderowa jaczejka) i wiernym wolno się przywiązywać do swojego proboszcza, ot tak, po dobroci. Przy okazji, ciekawe, czy w jakimś innym języku jest określenie odpowiednie naszemu: "nasz dobrodziej" (z pewnością w każdym jest określenie "złodziej").

    Ciekawe też, że codziennie medialna hołota dyszy w poszukiwaniu lub zmyślaniu wszelkich narracji o niechęci do księży, ich potępianiu za żerowanie na parafianach, itd. Tym razem wzięli pod swoją parszywą obronę niewątpliwą więź księdza z parafianami. Obejdzie się!

    Słusznie zauważasz Toyahu, tę garstkę z dzisiejszego poranka. Wydaje mi się jednak, iż ciekawsze jest wyakcentować to, co zauważyłeś w jednej z odpowiedzi (na S24), że najpierw podpisało się ponad 1.300 parafian, aby dzisiaj zgromadziły się smutne niedobitki. Ja raczej obstawiałbym, że w tej zmianie liczebności jest dowód podporządkowania się biskupowi (na pohybel medialnej hołocie). Stanęli przy tym, kogo przyzwyczaili się uważać za dobrodzieja, lecz, gdy przemówił biskup, stanęli w posłuszeństwie. Jak wiernym przystoi.

    Zdaje się, że ten nieszczęsny Lemański zrozumiał i sam się zabierze. Parafianie pokochają tego dobrodzieja, który rozumie się z biskupem, z ich biskupem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Na szczęście koniec cyrku. A tu o Isi. Myślę, że i tym razem ksiądz I-Z myśli podobnie jak Ty.

    OdpowiedzUsuń
  3. @orjan
    Moim zdaniem to, że oni zebrali tyle tych podpisów, wyłącznie potwierdza tezę z mojej notki. Oni to podpisywali przed wszystkim z obawy, że jeśli odmówią, będą musieli się przez godzinę pakować w jakieś bezsensowne dyskusje. Nikt nie ma na to ani czasu, ani ochoty. No a poza tym, jakoś głupio odmawiać.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Teodor
    Nie wkleił się link do księdza Zaleskiego. Domyślam się, że był.

    OdpowiedzUsuń
  5. @toyah

    No a poza tym, jakoś głupio odmawiać.

    W tym rzecz. Jak wiesz, ja sam mieszkam na wsi. Wystąpiłem już w obu rolach podpisywania door-to-door, mianowicie w roli czynnej osobiście zbierającego podpisy (chodziło o pewien obywatelski protest wewnątrzgminny), a także w roli biernej udzielającego swój podpis, przeważnie w sąsiedzkich, w tym parafialnych kwestach.

    Gdy przychodzisz jako sąsiad, albo do ciebie przychodzi sąsiad, to raczej dominuje postawa spolegliwości grupowej. Nie wiem jak była sformułowana pierwotna petycja w tej Jasienicy. Gdyby np. była z tekstem w rodzaju: Pokornie upraszamy Ekscelencję, aby jednak zostawić nam ukochanego proboszcza, to ja bym się podjął zebrać podpisy i powyżej 80% mieszkańców.

    To tak realnie działa. Chodzi o to, że między ludźmi istnieje (na szczęście) także zespół więzi codziennych. I tak powinno być.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.