środa, 24 lipca 2013

Czy ktoś nam wymienił zamki?

Jak z pewnością stali czytelnicy tego bloga pamiętają, wśród kwestii, o których można by powiedzieć, że stanowią pewną moją obsesję, z obsesyjną, nomen omen, regularnością powraca sprawa banków i ich roli w naszym życiu społecznym. Ponieważ, podobnie zresztą jak w 99 procentach wszelkich innych zagadnień o charakterze technicznym, na temat ekonomii mam pojęcie niemal zerowe, nie umiem też dyskutować w temacie banków na poziomie innym, niż czysto emocjonalnym, a więc to, o czym będę dziś pisał proszę traktować, jako bardzo luźne refleksje, do których oczywiście jestem bardzo przywiązany, ale zaledwie refleksje.
Otóż – i w tej sprawie też już składałem wielokrotne deklaracje – mam głęboką pewność, że gdybym z jakiegoś powodu miał nagle przedstawić listę pięciu największych podłości tego świata, to kto wie, czy w tej piątce nie znalazłaby się lichwa, a więc oczywiście banki. Gdyby ktoś mnie poprosił, bym wskazał pierwsze trzy rzeczy, które należy uczynić, żeby świat się stał lepszy, na trzecim, a kto wie, czy nie na drugim miejscu znalazłoby się zdelegalizowanie lichwy, a więc oczywiście zburzenie wszystkich znajdujących się na kuli ziemskiej banków. Jeśli sprawa by tego wymagała, nawet bez uprzedniej ewakuacji personelu. Jeśli wreszcie ktoś mi powie, że nie mam pojęcia, o czym mówię, i zacznie mi tłumaczyć, jak to bez systemu bankowego życie na ziemi zwyczajnie przestanie istnieć, powiem mu, żeby swoje nauki wsadził w nos, bo ja w tę katastrofę zwyczajnie nie wierzę, i gadanie o niej uważam za wyjątkowo bezczelną propagandę. Moim zdaniem, gdyby w tym momencie wszystkie banki – niechby tylko ich centrale – zostały wystrzelone w kosmos, świat by wyłącznie odetchnął z ulgą.
Kiedy pracowałem w szkole, miałem ucznia, który był ciężko uzależniony od narkotyków. Nie wiem, czy on to wie – choć sądzę, że wie – ale to akurat za moją sprawą jego uzależnienie zostało upublicznione, a on został wyrzucony ze szkoły z obietnicą, że będzie się mógł reaktywować, jeśli uda się na leczenie, ale tak właśnie było. Po roku pobytu w ośrodku, on wrócił do szkoły, zdał maturę, potem wyjechał do Irlandii, z owej Irlandii wrócił, zorganizował tu sobie jakieś życie, no i kiedyś go spotkałem, starannie wyszykowanego, jak szedł ulicą i – jak mi powiedział – próbował naiwnym ludziom wciskać karty Citi Banku. Jako osoba doświadczona, powiedziałem mu, żeby spróbował szkoły, na co on ze smutkiem pokręcił głową, że nic z tego – szkoły są już w całości obstawione. Tak naprawdę, wszystko jest już obstawione i nie bardzo widać realne możliwości rozwoju. A więc, wygląda na to, że on tę robotę już na dniach straci.
Pisałem o tym już też, czy to na blogu, czy w którejś z książek, więc nie będę się w tej kwestii dalej rozpisywał, natomiast chciałbym wskazać na inny nieco aspekt działalności banków, poza zwykłym udzielaniem konsumpcyjnych, czy celowych kredytów i sprzedawaniem kart, mianowicie obsługiwanie sprzedaży ratalnej. Jak wiemy – a wiemy to z pewnością wszyscy, bo każdy z nas miał nie raz okazje widzieć ludzi, którzy wyjeżdżają spod jakiegoś Media Marktu, czy Saturna, z potężnym kartonem – pomysł jest taki, że mamy ochotę na telewizor, czy lodówkę, idziemy do najbliższego hipermarketu, przedstawiamy dowód osobisty, pani za ladą sprawdza naszą wiarygodność finansową, i wracamy do domu, bogatsi o kolejny sprzęt. Przez najbliższe 12, czy 24 miesiące wysyłamy na podany numer konta jakąś drobną, lub mniej drobną, sumę, i wreszcie jesteśmy wolni i gotowi do kolejnego zakupu.
Może się oczywiście okazać, że nie jesteśmy w stanie uregulować długu i wtedy dany bank wchodzi na nasze konto, wszystko, co mu się należy, odbiera i szafa gra! Nas jednak – i jak podejrzewam banki przede wszystkim – interesują nie ci, którzy nie mają jak spłacać, ale ci, co spłacają i sobie świetnie z owym spłacaniem radzą. Co zrobić, żeby tych też wziąć za gardło? Co zrobić, żeby przede wszystkim tych wziąć za gardło? Co zrobić z tymi, którzy poczuli się na tyle mocno, że nie dadzą sobie wcisnąć głupiej karty kredytowej Citi Banku? W końcu to oni są nadzieją tego interesu; ci do końca zbankrutowani i tak są na straty.
Każdy z nas, który mieszka w mieście wie, że w ostatnich latach głównie trzy biznesy odnotowały wzrost: pierwszy, to wspomniane banki, drugi – lombardy, trzecie – nocne sklepy z alkoholem. Zniknęły księgarnie, drobne sklepy spożywcze, ciastkarnie, sklepy papiernicze, niektóre lokalne sklepy mięsne; banki, lombardy, i oczywiście nocne sklepy kwitną. Jak idzie o banki – każdy, kto ma z nimi do czynienia choćby w sposób pośredni, wie też, że one stają wręcz na głowie, żeby ludzie pożyczali od nich pieniądze. Bez żadnych praktycznie zabezpieczeń, bez dokumentów, bez zaświadczeń. Wystarczy przyjść i podpisać umowę.
Tu mam do opowiedzenia pewną anegdotę. Zaszedłem kiedyś do banku, który mnie obsługuje, i oczywiście dziewczyna, która tam pracuje zaproponowała mi kredyt. Kiedy jej odpowiedziałem, że to nie wchodzi w grę, bo ja akurat muszę dbać o to, by spłacić do końca moje bieżące zobowiązania, a nie troszczyć się o kolejne, ona się uśmiechnęła i powiedziała: „Ależ my się o nie zatroszczymy za pana”. Mądre te dzieci dziś, jak nie wiem co.
A więc wygląda na to, że mamy kryzys i nie tylko my musimy sobie radzić. Otóż wszystko wskazuje, że ci specjaliści od kart sobie poradzili. Jak już pisałem, nasza najmłodsza córka, uczennica modelowo zła i leniwa, zdała maturę, a następnie dostała się na studia. Zanim jednak do tego doszło, cała rodzina żyła w głębokim przekonaniu, że ona, nawet jeśli jakimś cudem ukończy to liceum, to nie dość, że się nie dostanie na żadne studia, to nawet nie zda matury. Aby ją jakoś zmobilizować do wysiłku, obiecaliśmy jej, że, jeśli ona tylko zda maturę, dostanie wymarzony laptop. No a ona ją wzięła i zdała. Ot tak! No i trzeba jej było kupić ten laptop. Oczywiście na raty. I oto, proszę sobie wyobrazić, że dziś system sprzedaży ratalnej nie funkcjonuje tak jak funkcjonował przez lata. Dziś on jest już jednoznacznie związany z kupieniem tak zwanej karty kredytowej. Na czym to polega? Sprawa jest prosta. Przychodzimy do sklepu, wybieramy laptop, podpisujemy dokumenty, pani za ladą sprawdza, czy przypadkiem nie jesteśmy już poza marginesem, daje nam ten laptop… plus kartę, na którą mamy spłacać swoje raty. Wszystko, co spłacimy, jest oczywiście do naszej natychmiastowej dyspozycji, a jeśli będziemy odpowiednio czujni, to po roku mamy nadal tę kartę, na niej czystą, żywą gotówkę do wydania, a z boku bank, który nas nienawidzi. Bo zamiar wcale nie był taki, byśmy zostali z tymi pieniędzmi. Zamiar był taki, byśmy tego laptopa nie spłacili do końca życia; bo przecież wiadomo, że pieniądze zawsze się przydadzą; zwłaszcza gdy istnieją w formie jakiegoś kawałka plastiku.
A więc, jak już wspomniałem, banki sobie jakoś poradziły z problemem, który mój były uczeń określił przy pomocy zdania: „Wszystko już obstawione”. Okazuje się, że nie wszystko. Wystarczyło trochę pomyśleć i sposób, jak można wejść nam prosto do naszych domów został pięknie opracowany. Mamy ich więc już u siebie. W przedpokoju. Za chwilę wejdą do środka. Bądźmy przygotowani. Zwłaszcza, że to z pewnością nie koniec.
No i najważniejsze: szykujmy broń. Wedle uznania.

Bardzo proszę o nas nie zapominać, wspierać ten blog i nie odchodzić. Dziękuję.

6 komentarzy:

  1. Kredyt to bardzo skuteczny sposób przejmowania cudzych pieniędzy a czasem nawet dorobku życia. Oferta dla tych najbiedniejszych prawdopodobnie jest wymierzona w ich nieruchomości. Ciekawe tez jest to że rolnicy za każdym razem jak maja problemy na przykład z pogoda to rząd polski natychmiast oferuje im okazyjne kredyty. Uważam że ziemia w Polsce jest lub będzie niebawem celem ataków. Co nie udało się zaborca osiągną banki. Chciałbym wierzyć ze Polacy się opamiętają i trochę na to liczę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Toyahu, dobry wieczór.

    Melduję, że jestem nieustająco tylko trochę się pozmieniało u mnie i z komentowaniem było jak widać - tzn. nie było.

    Mnie zawsze zastanawia ten fenomen, że ludzie nieppotrzebni, czy wręcz szkodnicy mają najwygodniejsze życie - no patrz właśnie na tych wszystkich bankowców, finansistów, ekonomistów, to całe tałatajstwo brylujące w programach ekonmicznych różnych stacji.
    Natomiast ludzie niezbędni jak np. rolnicy, lekarze, nauczyciele, producenci różnych dóbr itp. są zarzynani przez System i zazwyczaj funkcjonują na granicy, stanowiąc jeszcze do tego organizm na którą pasożytują te wszystkie gnidy.

    Toyahu, w dniu Św. Krzysztofa życzę Ci wszelkiej pomyślności, wszystkiego dobrego! Trzymaj się, Bracie!

    OdpowiedzUsuń
  3. @Gedeon
    Cieszę się, że Cię zainspirowałem.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Kozik
    No wreszcie! Już się bałem, że wyjechałeś za zarobkiem do Irlandii.
    A za życzenia oczywiście, bardzo dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
  5. Najlepsze jest to, że cena laptopa odzwierciedla w jakichś 20% koszty produkcji. Reszta to transport, to kolorowe opakowanie, to sprawdzian (nazywany "testem zgodności elektrycznej", czy jakoś tak - czyli łapówka dla kontrolerów) oraz handlowe narzuty, a w nich opłaty sprzedawcy dla BANKÓW. Te ściągają opłatę ostatecznie z klienta. Kredyt z kartą to ostatni przekręt w serii rozmaitych lewizn i narzutów.

    To jest ten najbardziej widoczny przekręt, bo mający "zafiksować" klienta na okoliczność przedłużania tego pierwszego kredytu w nieskończoność, generowania następnych kredycików bez roboty papierkowej. A co robi klient?

    Klient banku sam zamyka się tak jakby w kacecie, jakby trafił za druty do obozu, i choć ma klucz do bramy, to bank chce, by się poczuł tam za drutami dobrze. Aby wyrzucił ten posiadany przecież klucz i został.


    Toyahu, zdrowia teraz i zawsze! Dziś okazją imieniny Patrona na drodze przez nasze życie.

    OdpowiedzUsuń
  6. @L
    Dziękuję za życzenia. Przepraszam, że wczesniej nie odpowiedziałem, ale wyjechałem na weekend na wieś i staram się jakoś spędzić ten czas bez Internetu.
    Co do tych banków i tej karty, to własnie to na mnie zrozbiło takie wrażenie, że aż pomyślałem o tym, żeby to opisać.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.