środa, 17 lipca 2013

No, lezą, psie krwie, i szczerzą te dziąsła...

Przyznaję bez bicia, że, kiedy się dowiedziałem, że prezydent Komorowski oberwał od jakiegoś Ukraińca jajkiem, z prawdziwą przyjemnością zajrzałem na stronę tvn24.pl, żeby na własne oczy obejrzeć sobie ów incydent, i, owszem – wzruszyłem się. Przede wszystkim dlatego, że, w sposób naturalny dla kogoś, kto Prezydenta zwyczajnie nie lubi i życzy mu – w rozsądnych, naturalnie, granicach – wszystkiego najgorszego, widok prezydenckiej marynarki, w którą ktoś – niech to nawet będzie jakiś ukraiński nacjonalista – wbija jajo, to, jak by nie patrzeć, minimum prostej, ludzkiej satysfakcji. Poza tym, powiedzmy sobie uczciwie, niemal każdy sposób, w jaki tym durniom można pokazać, że państwo zwyczajnie nie działa, jest sposobem dobrym.
Kiedy tak myślę sobie o tym jajku wbitym w ową marynarkę, przychodzi mi do głowy myśl, że ja już chyba wiem, co czuli ci wszyscy – w tym pewnie przede wszystkim prezydent Komorowski, który nie sądzę, by tu akurat był jakoś szczególnie wtajemniczony – kiedy się dowiedzieli, że prezydencki samolot runął w smoleńskie błoto i Kaczor nie żyje. Oni musieli tego ranka być w prawdziwej euforii.
Ktoś może sobie w tym momencie pomyśleć, że to, co ja tu wypisuję, jest naprawdę niesmaczne. Że jak można porównywać to, co język angielski określa, jako „death wish”, do zwykłej, powiedziałbym, że wręcz chłopskiej, satysfakcji z powodu jednego jajka? Jak można porównywać tę straszną tragedię do sytuacji – przyznaję, że kto wie, czy nie jeszcze słodziej łechcącej moje parszywe emocje – gdzie prezydent Komorowski nie dostałby tym jajkiem w marynarkę, ale normalnie, jak Pan Bóg przykazał – w łeb?
Rzecz bowiem w tym, że jeśli my wszyscy – wiem, że nie jestem tu sam – odczuwamy tak wielką satysfakcję z tego, co się właśnie stało na Ukrainie, operujemy na poziomie, który w najmniejszym stopniu nie da się porównać do tego, co on wszyscy czuli wtedy, kiedy ten samolot rozpadł się na setki zakrwawionych strzępów, wciąż naszych emocji nie da się porównać z owym, wyżej wspomnianym życzeniem śmierci, a z czym mieliśmy do czynienia wtedy, kiedy oni dzień za dniem budowali ową wieżę nienawiści, która wreszcie runęła, i tak naprawdę wszystkich nas pogrzebała, a ich zostawiła turlających się na ziemi ze śmiechu.
Dziś widzę, jak w telewizji TVN24 występuje jakiś specjalista od wszystkiego, który tłumaczy, że, owszem, ochrona prezydenta Komorowskiego się nie popisała, bo w sposób oczywisty oni nie powinni byli dopuścić do tego, by osoba kompletnie obca podeszła do Prezydenta na tak niewielką odległość, ściskając w ręku to jajko, i w dodatku jeszcze znalazła czas na to, by mu je skutecznie wbić w marynarkę, jednak powinniśmy rozumieć, że to są i tak najlepsi ludzie, jakich mamy, że oni są bardzo dobrze wyszkoleni, odpowiednio zmotywowani, w dodatku jeszcze nie należy zapominać, że tam też były miejscowe, ukraińskie służby, które tez miały swoje obowiązki, no a że człowiek robi błędy, to już inna sprawa, jednak, kto z nas jest doskonały. A ja od razu sobie myślę, czemuż to nam, przez te ponad już trzy lata, które upłynęły od Smoleńskiej Katastrofy, nie udało się usłyszeć, i w telewizji TVN24 i we wszelkich innych reżimowych stacjach, jednego tego typu zdania, które by tłumaczyło, że nie możemy aż tak się obrażać na tych niedouczonych pilotów, na tego szarżującego bez sensu z okrzykiem „debeściak” na ustach, kapitana Protasiuka, na tych wszystkich generałów, włącznie z samym najważniejszym, Błasikiem, bo przecież oni byli naprawdę najlepsi, a człowiek popełnia błędy. Nie przypominam sobie, by w którejkolwiek z tych telewizji ktokolwiek z nich próbował nas przekonywać, że przecież tam też na tym lotnisku byli Rosjanie i oni też mieli na wszystko mieć oko, a nie mieli. Nie umiem odtworzyć w pamięci choćby jednej wypowiedzi, w której któryś z tych wybitnych ekspertów nas przekonywał, że wprawdzie lepiej było nie ruszać się samolotem z tej Warszawy, a już tym bardziej lądować w tej smoleńskiej mgle, ale przecież trudno mieć pretensje do ludzi, którzy zawsze chcieli jak najlepiej. I nie padło, o ile mi wiadomo, żadne z tych słów, mimo że w tym akurat wypadku aż się prosiło, by, choćby ze względu na pamięć o nich, poświęcić im tę odrobinę zrozumienia.
Tymczasem tu mamy całą bandę ochroniarzy, nie odstępujących Komorowskiego na krok, i jakiegoś gówniarza, który już na pierwszy rzut oka budzi pytanie, co go nagle tam tak ciągnie, i który bezkarnie podchodzi do Prezydenta na wyciągnięcie ręki, a potem – równie bezkarnie – wbija mu w marynarkę to jajko, a ci „goryle” stoją, jakby im ktoś pokazał karty z gołymi babami, i natychmiast zjawia się cała kupa obrońców tych ciamajd, zaczynając od samego Komorowskiego, a kończąc na specjalistach od tego typu zadań, którzy próbują nam wytłumaczyć, że w końcu nie można mieć do nikogo pretensji.
Co to jest za cholera? Czemu oni się zachowują w tak nieskończenie bezczelny sposób? Otóż, kiedy się nad tym zastanawiam, przychodzi mi do głowy to, co oni zwykle wyprawiają – pisałem tu o tym niedawno – ile razy gdzieś rozbije się samolot, i okazuje się, że nie jest tak, jak nam wiele razy tłumaczono, że gdy coś tak potężnego walnie, to z tego czegoś nie zostaje nawet jedna nienaruszona śrubka. Nie mówiąc już o kruchym człowieku. Że prawda jest taka, że nie dość, że ów rozbity samolot wciąż wygląda jak samolot, to większość znajdujących się na jego pokładzie pasażerów, wychodzi z katastrofy praktycznie bez szwanku. My na to patrzymy, my to widzimy, a oni puszczają do nas oko, i mówią: „Widzicie, jaka to przemyślna zabawka, taki samolot? Widzicie, jakie z tych pilotów zdolne bestie?”
A wszystko po to, by za chwilę znów nas instruować, że samoloty nie są zaprojektowane, by latać po lasach, i że jak coś walnie, to musi się rozbić.
A zatem, moim zdaniem, to wszystko robi wrażenie bardzo dobrze zaplanowanego szyderstwa, którego podstawowym, a kto wie, czy nie jedynym celem jest wprowadzenie nas w stan ogólnego i śmiertelnego dla nas zniechęcenia. Im już nie chodzi nawet o to, byśmy im wierzyli, ale abyśmy sobie pomyśleli, że nie ma się co kopać z koniem. Że nasz przeciwnik jest zwyczajnie zbyt silny, że z nim nie ma jakiegokolwiek porozumienia, i że przede wszystkim on jest wieczny. A więc tak – chodzi o to, byśmy zrezygnowali. Miejmy nadzieję, że się fatalnie dla siebie przeliczą.

Przepraszam bardzo, ale znów mamy sytuację bardzo gardłową. Wakacje zawsze nas nieco przyginały do ziemi, tym razem jednak wygląda na to, że jest gorzej, niż kiedykolwiek. I nie ma wątpliwości, że jeśli tu mi się nie uda od Was niczego wyprosić, reszta miesiąca jest zwyczajnie nie do przeżycia. A, jak już wspominałem, prędzej pójdę na żebry do mojego teścia, niż wezmę kolejny kredyt. Co i tak wychodzi na jedno. Bardzo proszę o zrozumienie i dziękuję.

2 komentarze:

  1. Ostatnio mam takie wrażenie że żyjemy w świecie gdzie wszystko jest jakieś takie na niby, umowne jest.
    Są ustalone jakieś np. progi zadłużenia ale jak nie da się ich spełnić to politycy je likwidują.
    Pamiętam jak kazali mi się zapisać do OFE, no zapisałem się.
    Nie liczyłem na jakieś nie wiadomo jakie pieniądze z tego ale do głowy by mi nie przyszło że to zostanie za kilka lat tak sobie po prostu zlikwidowane.

    I tak samo może być z taką ochroną.
    Ochrona musi być bo jakby to wyglądało gdyby Prezydent chodził sam? Jakoś głupio.
    Więc ochrona musi być.
    A gdyby jakiś gościu miał zamiast jajka miał nóż i zadźgał Bronka na miejscu to by powiedzieli: oj tam, zdarza się, Państwo zdało egzamin, nie ma się co bulwersować.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Remo
    Albo że ludzka nienawiśc bywa straszna.

    OdpowiedzUsuń