wtorek, 23 lipca 2013

Nie dać się zgrilować

Któregoś dnia, już jakiś czas temu, stałem sobie na przystanku autobusowym na mojej ulicy, czekając na autobus, który zawiezie mnie do Szopienic na lekcje. I oto obok mnie pojawiła się rodzina w składzie pan, pani i mała dziewczynka. Rodzina, jak rodzina – pełny standard, a więc coś, co mogło przypominać dom tak zwanej „mamy Madzi”, jeszcze zanim Madzia została zamordowana, a jej mamusia i tatuś trafili pod opiekuńcze skrzydła specjalistów od wizerunku. To, co jednak zwracało szczególną uwagę, to fakt, że pani tego pana najzwyczajniej w świecie bluzgała, równie najzwyczajniej w świecie lejąc po pysku. Mocno, metodycznie, i, co ciekawe, celnie. Nie wiem, o co ona miała do niego pretensje, bo ograniczała się wyłącznie do wyzwisk i gróźb, a on z kolei się praktycznie ani nie bronił, ani nawet nie odzywał, pokornie znosząc ciosy. A już jak idzie o dziecko, to ono w ogóle nie wyglądało jakby było sceną choćby w minimalnym stopniu zainteresowane.
Ale było jeszcze coś, co mnie uderzyło. Otóż zarówno ja, jak i inne osoby, które sobie stały na tym przystanku czekając na swoje autobusy, patrzyliśmy na to, co się dzieje z pełnym zażenowania zainteresowaniem, i to wszystko. Nikomu z nas nie przyszło nawet do głowy powiedzieć tej pani, żeby przestała tłuc swojego męża, bo on taki biedny, albo bo po prostu nie wypada. A więc obserwowaliśmy incydent, a ja w końcu, usłyszawszy jeszcze tylko, jak owa pani obiecuje swojemu mężowi, że jak idzie o dzisiejszą noc, nie ma na co liczyć, wskoczyłem do swojej dwunastki i odjechałem.
Jestem pewien, że część czytelników, zwłaszcza ta sprytniejsza, w tym momencie krzyknie, że oni wiedzą, do czego ja zmierzam, i żebym nie liczył na to, że mi pójdzie tak łatwo, bo bywa odwrotnie, i to wcale nie rzadko. Tyle że ja się jak najbardziej tu zgadzam: owszem, bywa odwrotnie. Prawie. Otóż innego dnia, pamiętam, że to było niedzielne przedpołudnie, szedłem sobie ulicą, jak to w niedzielny poranek, dość pustą, i oto minęła mnie para – tak jak poprzednia, w dość jednoznacznym standardzie, tyle że dziewczyna niosła jakąś smutną, czerwoną różę. W pewnym momencie chłopak coś do niej powiedział, ona dostała cholery, porwała tę różę na strzępy i wrzasnęła do niego coś w stylu: „Gdzie znajdziesz taką dziewczynę, jak ja?” I proszę sobie wyobrazić, że on, zamiast się rozpłakać, zaśmiał się szyderczo i rzucił z miną obojętną: „Na pierwszej lepszej imprezie”. W tym momencie ona się na niego rzuciła, klnąc jak szczególnie ordynarny szewc, i zaczęła go lać po łbie, po plecach i po wszystkim, w co umiała trafić, a on szedł przed siebie, nie zwracając na nią uwagi. Kiedy ona się zmęczyła, postanowiła go kopnąć w tyłek, niestety tu już jej poszło znacznie gorzej, przewróciła się, a on nie patrząc na nią poszedł dalej. Dziewczyna wstała, poryczała się i z policzkami uświnionymi czarnym tuszem pobiegła za nim. W tym momencie zadzwonił jej telefon, ona się natychmiast uspokoiła, wzięła swojego chłopaka pod rękę i zaczęła wesoło gawędzić. A więc, jak mówię – bywa też inaczej. Są też związki jak najbardziej udane.
Tak już na marginesie, biorąc pod uwagę, że ta pani z przystanku, traktowała przymuszenie swojego męża do jednorazowej abstynencji, jako karę wyjątkową, ten związek też mógł rokować nienajgorzej.
Czy zdarzyło mi się kiedykolwiek w życiu zobaczyć, jak to mężczyzna leje kobietę? Jak najbardziej. Na filmie. Nazywał się „Enough” i chodziło o to, że Jennifer Lopez ma córeczkę i męża skurwysyna, który traktuje ją jak szmatę, biję, gwałci, dręczy, ale ona ostatecznie ma już wszystkiego dość, zapisuje się na kurs walk wschodu, no i po długiej i niezwykle zaciętej walce sukinsyna zabija. Otóż ja mam wrażenie, że z osób, z którymi się spotykam na tym blogu, nie tylko ja widziałem ten film, i nie tylko na mnie on zrobił wrażenie. Podejrzewam wręcz, że na wielu z moich znajomych on zrobił wrażenie jeszcze większe niż na mnie. Powiedziałbym, że znacznie większe. Wrażenie takie wręcz, że niektórzy uznali, że opisana w filmie sytuacja stanowi standard. I to nie tylko w takiej Ameryce, ale jak najbardziej u nas, w Polsce. Powiem szczerze, że niektórzy z nas nie tylko obejrzeli ten film, ale wiele innych, równie interesujących, jednak nie tylko traktujących o mężach, którzy biją swoje żony, ale o gwałcicielach, którzy mordują prostytutki, rodzicach, którzy gwałcą swoje dzieci, a nawet o dzieciach, które mordują inne dzieci. I nie dość, że wszystko to, co tam zobaczyli, uznali za prawdę o naszym świecie, to jeszcze postanowili, że nie będą stać bezczynnie, tylko postarają się to zło zwalczyć.
Ja tu oczywiście, co pewnie dało się już dawno bez trudu zauważyć, ironizuję, jednak bardzo bym nie chciał, by ktoś pomyślał, że moim zdaniem nie ma kobiet dręczonych przez mężczyzn, i dzieci molestowanych seksualnie przez starszych, nawet jeśli owi starsi, to ksiądz proboszcz. Jestem pewien, że zarówno z jednym, jak i drugim rodzajem perwersji, wciąż musimy się to tu to tam borykać. Mało tego. Jestem głęboko przekonany, że ludzki grzech, czy zaledwie ludzki obłęd, potrafi sięgnąć wręcz gwiazd. Przecież nie sposób uznać, że to, o czym niekiedy czytamy, a więc że oto gdzieś jakaś mama, czy jej kochanek zatłukli na śmierć dziecko, to czysta propaganda. Tego typu przypadki mają miejsce. Powiem więcej: jestem pewien, że prawdziwa była również tamta historia o jakichś dwojgu dwudziestolatkach, którzy swoje dziecko upiekli w piekarniku. To się z całą pewnością zdarzyło. To się niewątpliwie zdarzyło. Oni to dziecko zapakowali do piekarnika i je upiekli.
Pozwolę sobie na moment zatrzymać się przy tym ostatnim nieszczęściu. Pamiętam, jak usłyszałem o tym po raz pierwszy, i zacząłem sobie zadawać pytanie, dlaczego? Co się musiało takiego stać, by on, czy ona – nieważne – wpadli na tak koszmarny pomysł i go zrealizowali? Odpowiedź zresztą otrzymałem natychmiast. Oni byli pod wpływem narkotyków. Jakich? Też nieważne. Z tego co wiem, jak dobrze trafić, to wystarczyć może nawet zwykła marihuana, tak ostatnio reklamowana choćby przez telewizję TVN24. Rzecz w tym, że oni się zaćpali i w pewnym momencie uznali, że to dziecko to diabeł, czy czarownik, a może jakiś po prostu wróg z jakiejś komputerowej gry, no i postanowili się bronić. A więc niewykluczone, że problemem nie jest to, że ci młodzi byli jakoś szczególnie agresywni, lub ewentualnie pozbawieni uczuć, czy zwykłego współczucia. Jest też możliwe, że im nie brakowało podstawowej świadomości, czym jest rodzicielstwo, lub choćby opozycja dobro-zło. Oni to wszystko mogli na co dzień bardzo dobrze rozumieć, tyle że się czegoś nażarli i od tego dostali pomieszania zmysłów.
Wróćmy do, opisanej przeze mnie na początku, historii z kobietą na przystanku autobusowym, lejącą swojego męża. Czy ona była zaćpana, czy choćby pijana? Z tego, co mogłem zauważyć, nie. To raczej on był lekko przypity. Ona tylko miała do niego o coś żal – może właśnie o to, że znów, zamiast pomalować okna, poszedł z kolegami na piwo – i dlatego postanowiła mu nakłaść po pysku, a z obojętnej reakcji tego dziecka, mogłem wnioskować, że to w tym domu był standardowy sposób wyjaśniania sobie nieporozumień. Patrząc zresztą na samo dziecko, nie miałem wrażenia, by ono było jakoś szczególnie źle traktowane, jeśli oczywiście przyjmiemy, że stałe oglądanie upokarzanego publicznie tatusia oznacza traktowanie normalne.
Czy z kolei tych dwoje w niedzielne przedpołudnie – a więc ten zobojętniały chłopak i ta dziewczyna z rozmazanym tuszem do rzęs, byli pijani, lub zaćpani? Też raczej nie. Ona go po prostu sprała, bo ją niegrzecznie potraktował, a on przyjął ten atak furii z obojętną rezygnacją.
Jestem pewien jednak, że gdyby stało się jakimż cudem tak, że on by zaczął ja publicznie wyzywać – choćby wyzywać – lub, nie daj Boże bić, nie uszło by mu to na sucho. Jestem pewien, że prędzej czy później znalazłby się jakiś napakowany byk, który by mu za to, co robi, zwyczajnie wpieprzył. Dlaczego? Bo bicie kobiet nie jest – w Polsce przynajmniej – przyjętym zwyczajem. Podobnie jak gwałcenie małych dzieci. I to nawet w wykonaniu księży. Powiem więcej. Przynajmniej w Polsce, nie jest zwyczajem gwałcenie młodych dziewcząt, dorosłych kobiet, i przystojnych chłopców przez innych przystojnych chłopców. To wszystko jest, póki co, tak zwana perwersja, a więc wynaturzenie, a więc egzotyka. W dodatku, jak podejrzewam, w dziewięćdziesięciu procentach powodowana przez wódę i dragi.
Czemu o tym wszystkim piszę? Z jednego tylko powodu, w dodatku powodu, który przez wielu może być uznany za zbyt trywialny, by służyć tu, jako usprawiedliwienie. Otóż przy okazji moich dwóch ostatnich notek, jakie zamieściłem w Salonie24, obu poświęconych bezużyteczności psychologii, jako nauki i praktyki, jeden z naszych kolegów skierował do mnie pretensję, a inny go w jednej chwili poparł, że bardzo niesłusznie traktuję psychologów z taka wzgardą, bo ich praca jest właśnie niezwykle potrzebna. W dobie, bowiem, kiedy mamy tyle przypadków molestowania seksualnego dzieci i stosowania przemocy wobec kobiet, ich obecność na posterunku jest wręcz nie do przecenienia. Otóż moim zdaniem sytuacja, w której tego typu głupstwa głoszą już nie tylko medialni propagandziści i przylepione do nich organizacje feministyczne, ale również niektórzy z nas, świadczy o tym, ze hasło „przemoc w rodzinie” ostatecznie się w publicznej świadomości skutecznie bardzo zapisało. A jeśli nagle się okazuje, że dla części z nas – a więc ludzi generalnie o poglądach konserwatywnych, i nie tak łatwo poddających się wpływom propagandy – coś tak idiotycznie fikcyjnego, jak paplanina o mało słonej zupie, staję się czymś realnym, to znaczy, że trzeba interweniować. Tu akurat trzeba koniecznie interweniować, bo jeszcze chwila, i się za nas wezmą tak, że się nie pozbieramy.

Bardzo serdecznie dziękuję za wszystkie dowody pamięci, wyrazy solidarności i miłe słowa, jakich mi nie oszczędzono w minionych dniach. Proszę nie odchodzić.

3 komentarze:

  1. Opisane przez Ciebie scenki przypomniały mi moje stare mieszkanie, na warszawskiej Pradze, na ulicy Targowej 64, gdzie moja rodzina mieszkała od 1926 roku - jak się tam znalazła i dlaczego to już zupełnie inna opowieść. Społeczność kamienicy (trzy podwórka, trzy bramy) była zwarta, wszyscy się znali, a przynajmniej o sobie wiedzieli. W drugim podwórku, na parterze po lewej stronie, tuż obok piekarni mieszkał facio niewielkiego wzrostu, z zawodu kaletnik. Nikt nie znał jego nazwiska, wszyscy mówili na niego Garbus, za co on się nie obrażał, bo rzeczywiście miał był garbaty. No więc Garbus i jego żona dawali całej kamienicy cotygodniowe, wczesnoranne przedstawienie z regularnością i punktualnością cotygodniowych telewizyjnych telenoweli.
    Każdej niedzieli, tak gdzieś koło dziewiątej rano Garbus wybiegał na podwórko w nocnej koszuli (nawet w zimie), a za nim również w nocnej koszuli, ale z wałkiem do ciasta w dłoni biegła żona wyzywając go od pijaków, skur...synów, złodziei itd. Czasami go na tym podwórku dopadała zdzielając wałkiem po garbie. Sprawa się kończyła po kilku minutach kiedy oboje zmęczeni gonitwą już uspokojeni wracali do domu. Scena wypisz wymaluj jak z kiepskiej starej komedii filmowej. Po dwóch godzinach wszystko było w największym porządku i oboje w zgodzie odbiglowani jak należy szli pod rękę na Sumę do kościoła św. Floriana (teraz to jest katedra, siedziba biskupstwa, wtedy to był zwykły kościół parawialny, po wojnie z wielkim mozołem przez księdza Kłopotowskiego odbudowywany - pamiętam jak się z kolegami długie lata bawiliśmy w pozostałych po starym kościele ruinach)
    Nikt wtedy z sąsiadów i lokatorów nie mówił o żadnej przemocy w rodzinie, nikt się tym scenom nie dziwił. Ludzie się kłócili, bili, wszystko to stanowiło jakiś naturalny pejzaż mojego dzieciństwa.
    Można powiedzieć, że wychowywałem się w jednym z najgorszych miejsc (środowiskowo) w Warszawie. A ja uważam, że było to jedno z najlepszych miejsc, bo mieszkając w tej kamienicy nauczyłem się co to jest solidarność i... co to jest uczciwość - choć przyznaję, że miałem kilku kumpli, którzy byli niezłymi kieszonkowcami. Ale oni obrabiali "tylko" zamożnych, którym brak kilku stówek w portfelu nigdy nie zaszkodził. Nigdy, ale to nigdy nie ruszali starszych i schorowanych dziadków, babć i kobiet. Taką mieli zawodową moralność.
    Nikt nie słyszal o psychologach, poradniach rodzinnych i tym podobnych wynalazkach. A małżeństwa w ludzi mieszkających kamienicy były niezwykle trwałe.
    To wspomnienie właściwie nijak ma się do przesłania Twojego tekstu. Tak mi przyszło do głowy i postanowiłem się nim podzielić.

    OdpowiedzUsuń
  2. Są związki jak najbardziej udane... owszem, te paradoksy pomagają zrozumieć. Na przykład to, że łagodne kobiety agresywnie domagają się rozwodów.

    Na 4 rozwody 3 są inicjowane przez kobietę. Jedynym sposobem na trwałość rodziny jest pozostawienie decyzji o jej założeniu i rozwiązaniu w ręku mężczyzny. Zdumiewające, ale gdy uświadomić sobie, że referuję tutaj oficjalne statystyki doskonale zresztą znane sędziom sądów rodzinnych, ale przypadkiem nigdzie nie publikowane, tym bardziej uderza przyznawanie "prawa do brzucha" czy innej "specjalnej ochrony" znanym agresywnym niszczycielkom życia.

    I niszczycielkom rodziny. Myślę, że to jest właśnie druga strona dawania życia, zdolności do niesienia życia i do wyczucia, kobiecej intuicji. Jak każda broń i ta może się zwrócić przeciwko wyposażenej w nią.

    Tymczasem broń powinna chronić życie, bronić dom i domowników. Mężczyzna żelazem, a kobieta dzieckiem.

    Zabiera się nam i jedno, i drugie. A społeczeńswo złego w działaniu nie zauważa, rozbrojone zupełnie.

    OdpowiedzUsuń
  3. @janmucha
    Jak to się nie ma? Ma jak nabardziej. Cieszę się, że wpadłeś.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.