sobota, 20 lipca 2013

O psach Systemu, o tych, których one zagryzły, i o tym, jak się nie popłakać

Parę dni temu przyszło do mnie moje najstarsze dziecko i kazało mi się zapoznać z artykułem na – znanym nam skądinąd – portalu PCh24.pl. Że jest wstrząsający, i takie tam. Jak zawsze. Ponieważ staram się traktować moje dziecko poważnie, skorzystałem z podanego linku i sprawdziłem, co nam Krucjata Młodych ma do powiedzenia. I przyznam, że – mimo swoich wątpliwości, o których później – owszem, uważam, że warto było.
W czym rzecz? Otóż autor „Christiana Polonia”, bo w ten sposób musimy odcyfrować wpisany w internetowy adres skrót, niejaki Paweł Ozdoba, przypomina nam historię pewnej dziewczynki, która jeszcze w roku 1993 niezbadanym wyrokiem bożym przeżyła najbardziej okrutną aborcję, by po pięciu latach życia pełnego z jednej strony cierpienia, a z drugiej, doznawanej każdego kolejnego dnia, niezwykłej wręcz ludzkiej i bożej miłości, umrzeć. Po prostu umrzeć.
Tekst Pawła Ozdoby nosi – moim zdaniem głupi i kompletnie nieadekwatny do wagi sprawy – tytuł „Niezwykła historia małej Sary”, i dotyczy, jak już mówiłem, starego już bardzo zdarzenia, kiedy to, nawet jeśli nie Pawłowi Ozdobie, to niektórym z nas z pewnością znany, niesławny doktor George Tiller, przeprowadził nieudany zabieg aborcji, w wyniku czego czego urodziła się dziewczynka imieniem Sarah Elizabeth Brown.
Wszystko zaczęło się od tego, że do kliniki, którą, jako jeden z nielicznych w Stanach Zjednoczonych lekarzy-ginekologów specjalizujących się w tak zwanych późnych aborcjach, prowadził Tiller, przywieziono piętnastolatkę w dziewiątym miesiącu ciąży. Zabieg, polegający na wstrzyknięciu w serce dziecka chlorku potasu, przeprowadzał osobiście sam kierownik tej rzeźni, no i niestety – a może na szczęście – go spaprał. Błąd polegał na tym, że zamiast w serce, swoją strzykawką trafił w główkę dziecka, dziecko się urodziło, a następnie, mimo że obsługa kliniki wyrzuciła je na śmietnik, dzięki ofiarności jednej z pielęgniarek, jakoś przeżyło. Następnie zostało adoptowane przez miejscową rodzinę, no i żyło przez kolejne 5 lat, pozbawione wzroku, mowy, no i w ogóle chore.
Paweł Ozdoba kończy swój – jak już mówiłem, szalenie odkrywczy – tekst, informacją, że doktor Tiller to okrutny człowiek, i że powinniśmy wszyscy walczyć o życie nienarodzonych dzieci. End of story. A ja jestem zmuszony, nie wiem po raz który już, powtórzyć, że tak to się jakoś składa, że problemy ludzi, wśród których zmuszeni jesteśmy żyć, kończą się dokładnie w tym miejscu, w którym nasze się zaczynają. W tej sytuacji, jak najbardziej konsekwentnie, proszę o skupienie. Oto teraz dopiero czas na „historię” prawdziwie straszną – historię o tym, co było później.
Otóż, kiedy Sara się urodziła, została adoptowana przez rodzinę Brown, i otrzymała imię Sarah Elizabeth, wieść o tym, co się stało, zaczęła się rozchodzić. Wówczas dr Tiller zgłosił sprawę do sądu, i przybrani rodzice Sary otrzymali sądowy nakaz milczenia. Ponieważ jednak wiadomość o tej zbrodni była wiedzą powszechną, doszło do tego, że ledwo miesiąc później ktoś strzelił do siedzącego w swoim samochodzie Tillera – niestety niecelnie – raniąc go w oba ramiona. Ponieważ jego szczególna sława zaczęła zataczać coraz większe kręgi, Tiller zaczął nosić kamizelkę kuloodporną, nie przerywając jednak dotychczasowego procederu, wciąż służąc ciężarnym Amerykankom, jako ich zbawca i dosłownie ostatnia ucieczka. Minęło pięć lat, Sarah zmarła, minęły miesiące kolejne, i wtedy, do służącego do mszy – to był jak najbardziej pobożny luteranin – Tillera podszedł niejaki Scott Roeder, przyłożył mu pistolet do łba i go zastrzelił jak – nie ubliżając w niczym tym sympatycznym zwierzakom – psa.
Roeder został oczywiście natychmiast aresztowany i rozpoczęło się to, co my tu czasem nazywamy „topieniem fryt”. Pierwszy zabrał głos prezydent Obama i oświadczył, że to, co się stało, to odrażający akt nienawiści i pogardy dla człowieka, czy jakoś tak. Po Obamie przyszli następni i wszystko poszło zgodnie ze znanym nam cywilizacyjnym zwyczajem. Chodziło o to, by Roedera ustawić w takim miejscu, gdzie on nie będzie miał najmniejszych szans.
Rozpoczął się proces. I tam też wszystko było prowadzone zgodnie ze współczesnymi standardami. Mimo że początkowo, na wniosek obrony, sędzia zgodził się, by ława przysięgłych brała pod uwagę opcję zabójstwa w afekcie, ostatecznie zgoda ta została wycofana. Ile razy Roeder chciał w swojej obronie opowiedzieć, czym jest aborcja, sędzia mu nieustannie przerywał, tłumacząc, że, ponieważ on nie jest ekspertem, jego zdanie nie ma tu znaczenia. Kiedy obrona Roedera chciała powołać jako świadków byłego i obecnego prokuratora stanowego, którzy wcześniej bezskutecznie próbowali Tillera postawić przed sądem za to, co on wyprawia, sąd prośby odrzucał, wyjaśniając, że ich zeznania mogłyby wpłynąć na obiektywizm ławy przysięgłych. I tak to się wszystko toczyło, aż wreszcie rozprawa dobiegła końca, i ława przysięgłych – oczywiście, dzięki staraniom sędziego, w najmniejszym stopniu nieuprzedzona – po zaledwie 40-minutowej naradzie, jednogłośnie ogłosiła Roedera winnym morderstwa z premedytacją, a sędzia skazał go na dożywocie z możliwością ubiegania się o warunkowe zwolnienie najwcześniej po 50 latach.
I to jest koniec tej historii. To co w tym wszystkim jednak jest, z pewnego punktu widzenia, najbardziej uderzające, to to, że jeśli ktoś w ogóle wciąż pamięta o tym, co się stało w mieście Witchita w Stanach Zjednoczonych najpierw roku 1993, a następnie w latach 1998, 1999 i 2000 – a nie ulega wątpliwości, że Paweł Ozdoba, a domyślam się, że nie tylko on, ani tego ani nie pamięta, ani w ogóle nie wie, ani też wiedzieć nie potrzebuje – nawet jeśli poszuka sobie odpowiednich informacji na temat owego dr. Tillera, nie znajdzie jakichkolwiek odniesień do sprawy Sary Elizabeth Brown. Jedyne, czego się dowie, to to, że był pewien lekarz, który dokonywał aborcji, i został zamordowany przez antyaborcyjnego działacza – wariata. I tyle.
Napisałem wcześniej, że mam nieodparte wrażenie, że moje problemy zaczynają się tam, gdzie innych się kończą. Jak się to ma do tego, co tu dziś postanowiłem opisać? Otóż chodzi o to, że to, co tak okropnie podnieca redakcję pisma „Polonia Christiana” – ale, nie oszukujmy się, przecież nie tylko ich – a więc cierpienie tej biednej dziewczynki i czarna dusza człowieka, który zniszczył jej życie, to – oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji – jest nic takiego. Oczywiście, łatwo jest nam się wzruszyć cierpieniem, najpierw okaleczonego, a następnie zamordowanego z zimną krwią dziecka, i złem wcielonym w jakiegoś abortera. Wydaje mi się, że znacznie więcej skupienia wymaga od nas zrozumienie, że on jest tylko pionkiem w znacznie większej grze, a ta dziewczynka zaledwie jedną z tysięcy bezbronnych owej gry ofiar. I że świat, który to wszystko stworzył, nasze wzruszenia ma głęboko w nosie. Nie zdziwiłbym się wręcz, gdyby światu nasze wzruszenia wyłącznie dobrze służyły, bo tak długo jak my się będziemy wzruszać, istnieje pewność, że nie zauważymy tego, co tu jest najbardziej istotne, no a przede wszystkim tych, co są najbardziej za to całe zło odpowiedzialni. Dlatego, ja bym proponował, by końcowy apel, jaki Paweł Ozdoba do nas skierował, a więc słowa: „Niech ta historia uświadomi nam bestialstwo i bezduszność, którym kierują się feministki oraz wszelkie instytucje wspierające zabijanie nienarodzonych dzieci” on sobie wsadził w nos, i przestał nam zawracać głowę, a my zamiast tego stanęli wyprostowani, czujni i świadomi. Przede wszystkim świadomi, a to, jak wiemy, wyklucza zbędne emocje.
Stójmy więc, jak nam radził swego czasu Herbert, wyprostowani, na jednej nodze, gotowi, i niech nam nawet do głowy nie przyjdzie, by się pobeczeć.

Ponieważ moje ostatnie apele przyniosły, jak dotąd, bardzo mizerny efekt, a sytuacja przestaje już być nawet podbramkowa, nie mam wyjścia, jak ponownie prosić wszystkich, którym ten blog nie jest obojętny, o wsparcie. Przepraszam za obcesowość, ale nie bardzo mam wyjście. Dziękuję.


6 komentarzy:

  1. Czasami, na szczęście rzadko, zupełnie bez przyczyny miewam taki sen, z którego budzę się zlany zimnym potem. Teraz po raz pierwszy na jawie poczułem ten pot na plecach. Nie będę zaglądał do sieci. Nie w tym temacie.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. @PrzeKaz
    No i słusznie. jeszcze trafisz na zdjęcie tego Tillera. Gdybym tylko uwazał za stosowne, sam bym je tu wkleił.

    OdpowiedzUsuń
  3. Dlatego lubię filmy z Brucem Willisem. Jak już gdzieś wchodzi to robi taką rozpierduchę żeby nie było co i komu zbierać. Sprawa jest załatwiona jednorazowo ale za to definitywnie żeby nie było to tamto. Brudny Harry też był dobry.
    To co opisujesz to jest prawdziwe NWO czyli System światowy w nas a nie jakieś dęte spiski Żydków.
    To PCh to jakaś lewizna atakująca od tej strony jak JKM łoi prawicę. Będą takie grzyby sadzić raz za razem, coraz bardziej trujące.

    OdpowiedzUsuń
  4. @crimsonking
    I Charles Bronson. O nim nie wolno zapomnieć. No i Stalone. Amerykanie wiedzą, co człowiekowi jest potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
  5. No mają całą galerię takich twardogłowych. Choć ostatnio to robią taki syf, że aż żal. Nie wiem co tam się dzieje. Chyba stracili koncentrację i dopadł ich jakiś marazm. To o czym mówiłeś na spotkaniach. Brak serca jakiś.
    http://www.filmweb.pl/film/G.I.+Joe%3A+Odwet+3D-2013-556174#
    Ten film trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć w jaką nędzę się zapętlili. Choć jest tam jedna scena od której Coryllus by podskoczył na krzesełku i krzyknął ooojjjeeeaaahhh!!! (zwiastun nr5)

    A James Bond przy nich to jakiś neptek, szybkostrzelny ale ciamciaramcia. Tu trzeba chłopa zimnego z wielkim zimnym (tylko na początku) gnatem. Rozmawiamy o poziomie meta, tu przy ziemi to tylko wiatr i smród padliny walący z każdego systemowego zakamarka.

    OdpowiedzUsuń
  6. @crimsonking
    Czasem sobie myślę, że jedyny sens kręcenia filmów jest taki, by sobie popatrzeć, jak się dzieje sprawiedliwośc. W końcu, czegóż innego nam trzeba?

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.