czwartek, 23 września 2010

Z miłością i nędzą tego świata - Kolagen

Dzisiejszy wpis ma charakter jak najbardziej specjalny. Otóż, jak zdążyłem w ostatnich dniach zauważyć, okres wspomagania tego bloga pomaleńku, w sposób zupełnie naturalny, dobiegł końca i obecnie mamy sytuację taką, że – z wyjątkiem najbardziej okazjonalnych gestów – wróciliśmy do punktu wyjścia. Wpłat praktycznie nie ma.
W związku z powyższym, postanowiłem usunąć numer konta, który od pewnego czasu wisiał na tej stronie, i pisać dalej – jak kiedyś, za dobrych starych czasów – w sposób jak najbardziej bezinteresowny. Przede wszystkim jednak, bardzo pragnę podziękować wszystkim tym, którzy przez najbardziej dramatyczne miesiące pomagali nam przeżyć. Nie ma takich słów, które mogłyby wyrazić powagę tej pomocy, poza może tymi, że bez niej, bylibyśmy dziś w kompletnie innym miejscu.
Jeszcze raz wszystkim bardzo dziękuję. Jeśli komuś przyszło do głowy, żeby za to co tu czyta, płacić, i tego zdania nie zmienił – niewątpliwie będzie mi miło. Ale, jak mówię, ten czas, zarówno w sposób naturalny, jak i już niedługo – mam nadzieję, ze faktyczny – dobiegł końca.
Po raz kolejny więc wszystkim, ktorzy nam dali przeżyć najgorszy czas dziękuję.
Dla Was wszystkich, dziś tekst, z którego jestem bardzo dumny. Uważam, ze to jest jeden z najlepszych wpisów na tym blogu. Trochę o kolagenie, ale i nie tylko przecież. Dla Was.


Moja starsza córka, jak może niektórzy wiedzą, studiuje biotechnologię, a jest to nauka, z mojego punktu widzenia, tak kosmicznie obca i abstrakcyjna, że nie mam sposobu, żeby choć w przybliżeniu nawiązać z nią kontakt na poziomie ściśle zawodowym. Na szczęście, jak wszystkie moje dzieci, jest ona bardzo mądra i wyrozumiała, więc ile razy porusza wobec mnie tematy związane z chemią białek, lub z genetyką molekularną bakterii, stara się przemawiać do mnie jak do dziecka, żebyś, tatusiu, wszystko zrozumiał. W ten sposób, rozmowy z moją córką są dla mnie zawsze bardzo pożywne i wzbogacające. Przychodzi ona do mnie i pyta, na przykład: „Czy ty wiesz, dlaczego oczy…?”, albo „Czy zauważyłeś, że kiedy człowiek…?” i tak dalej w tym kierunku. A ja wiem, że wszystko co ona mi powie, będzie bardzo ciekawe.
Dziś, moja córka opowiedziała mi o kolagenie. Mam nadzieję, że większość z nas mniej więcej wie, co to jest ten kolagen i do czego on ma służyć, ale na wszelki wypadek, bardzo ogólna informacja. Kolagen jest to białko, które znajduje się w ludzkiej skórze i sprawia, że ta skóra nie jest pomarszczona, lecz gładka. Niestety, jest też tak, że, najczęściej z wiekiem, tego kolagenu ubywa i starsi ludzie dostają na przykład zmarszczek. Takie życie.
W tej sytuacji, przemysł kosmetyczny wymyślił, że będzie produkował kremy z dodatkiem kolagenu i sprzedawał je kobietom za ciężkie pieniądze, żeby one sobie owe kremy wcierały i przez to ich skóra stawała się piękna, czyli gładka. Otóż moja córka powiedziała mi, że problem z kolagenem jest taki, że on złożony jest z trzech łańcuchów, a więc przez to jest zbyt duży, żeby przeniknąć w głąb skóry. W tej sytuacji, zdając sobie sprawę z utrudnień, przemysł farmaceutyczny wymyślił, że należy te łańcuchy jakoś pociąć i rozdrobnić, i tym sposobem umożliwić penetrację. Ogłosił też przy tym, że kiedy już ten pocięty kolagen zostanie wchłonięty przez pomarszczoną skórę, już tam w środku ulegnie reaktywacji i zacznie skutecznie działać.
Córka moja twierdzi, a ja nie mam powodu, żeby jej nie wierzyć, że do tej reaktywacji nie ma prawa dojść. Zniszczony kolagen w tych warunkach nie jest w stanie się odbudować, a więc to całe nacieranie, smarowanie i wklepywanie tej mazi jest absolutnie nieskuteczne. Z kolagenem, czy bez, krem który sobie pomarszczone panie kupują, daje tylko taki efekt, że te ich zmarszczki nawilża i przez to sprawia, że kiedy sobie po nich przejadą równie pomarszczoną dłonią, to poczują ten aksamit, który – już zaglądając do innej beczki – mogą skutecznie skosztować, pijąc któryś z jogurtów, czy smarując chleb masłem. Ot i cała filozofia.
Któryś z bardziej intelektualnie posuniętych i cynicznych czytelników tego bloga powie mi, że się zajmuję głupstwami, bo każde dziecko wie, że reklamy kłamią. Oczywiście, samo już takie podejście bardzo mi się nie podoba, bo uważam, że nie ma nic bardziej wstrętnego, niż popisywanie się swoją przenikliwością w stosunku do człowieka, który chce sobie zwyczajnie ponarzekać. Ale w tym akurat wypadku, sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana. Ja bowiem doskonale wiem, że reklamy kłamią i że to jest fakt aż nudny w swej oczywistości. Wiem jeszcze coś więcej. Że to nieludzkie namawianie ludzi zagrożonych rakiem, lub zawałem serca, do tego, by sobie poszli do apteki i kupili pastylki, lub ewentualnie do spożywczego i nabyli któryś ze wspomniany tu już aksamitnych jogurtów, cuchnie ewidentnym kryminałem. I to, że ten świat, który wielu z nas tak bardzo imponuje, postanowił ten proceder autoryzować, jest strasznym grzechem. I że, prędzej czy później, natura ludziom odpowiedzialnym za to kłamstwo, jeszcze zdąży zademonstrować, jak można się naprawdę bać.
Ale dziś chodzi mi po głowie tylko ten kolagen. Kiedy widzę te gładkie fryzury i te pięknie skrojone garnitury. Gdy słucham tych słów, tak pięknie sklejonych zwykłym kłamstwem. Kiedy przyglądam się tym twarzom wykrzywionym w tryumfalnym poczuciu przynależności. Kiedy oglądam te rzędy równych, białych zębów, sączących wiadomość o tym, że oto udało się zrobić następny krok. Gdy widzę tych zdrajców, puchnących z dumy, że wyczuli odpowiedni moment, żeby być tam, gdzie podejmowane są decyzje, myślę sobie, że zbliża się coś niezwykle spektakularnego. Parę razy ostatnio zastanawiałem się, jak to się dzieje, że niektórzy z nas podejmują wybory absolutnie wbrew nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale – o zgrozo – naturze. Że akceptują zło i w jednej chwili w nim toną tak głęboko, że nie mają już stamtąd możliwości wyjścia. Jak to jest?
Dziś już wiem. To jest dokładnie ten sam mechanizm, który każe niektórym wierzyć, że można zatrzymać czas. Że, jeśli tylko się człowiek postara, to – zapewniając sobie tę odrobinę codziennej satysfakcji – przy okazji i powstrzyma naturę. To jest ten kolagen. I proszę mi wierzyć. Jeśli dziś myślę o przemyśle, to z całą pewnością nie o przemyśle farmaceutycznym.

9 komentarzy:

  1. @Toyah

    Jako może nieśmieszną ciekawostkę a propos, korespondującą z uwagami twojej mądrej córki, uświadomię ciebie, że tym całym przemysłem upiększania poprzez wygładzanie, chudnięcie, naciąganie skóry, modą i stylem rządzą i kierują homoseksualiści. To oni, tzw trendmakerzy, nie zawahają się przez chwilę wciskać najbardziej idiotyczny kit, głównie paniom, które jak piszesz, mają nadzieję zatrzymać czas.
    I panom też. Jak najbardziej.

    To ironia - rządy pedałów.

    OdpowiedzUsuń
  2. @ MM = jazgdyni
    Nie wpadłabym na to sama... Teraz wydaje się oczywiste; złośliwie: kobiety aż tak wytrwale by się nie oszukiwały, a normalni faceci pracujący w kremach...?

    Jednak jest w tym świecie jakiś ład, tyle że przekręcony. Ale zawsze może się znaleźć ktoś, kto wie, gdzie się podział klucz.

    (Tobie się to nie pierwszy raz przytrafiało! - Mądry Marynarzu)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak, pełne hipokryzji rządy pedałów i ... tego słowa z gwary więziennej na „c” nie śmiem użyć na tym blogu. A najbardziej ubawiła mnie akcja z minister Radziszewską, wielkie ostatnio wydarzenie w TVN, której się wymsknęło, że ktoś tam, kto z nią razem przyszedł do studia, to gej. Olaboga! Z jednej strony parady równości i wymachiwanie różowymi fiutami, niech nas zobaczą, a z drugiej święte oburzenie feministek, Biedronia, SLD, i tej całej ferajny, że jak to tak? Jakby zdradziła tajemnicę lekarską co najmniej, a przecież „homoseksualizm to nie choroba”. Przyznam, co nie nowość, że gubię się w tym coraz bardziej. O co chodzi?

    OdpowiedzUsuń
  4. I jeszcze jedno, bo widzę, że Pan myśli, że traci moc: to wielkie teksty, te ostatnie, o Ziębie i o państwie, którego nie ma. A o kolagenie to jeden z moich ulubionych, smutnych, prawdziwych.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zdrowia, opieki Ducha, łask Bożych i wszelkiej pomyślności!

    Pamiętam ten wpis. Wolne skojarzenie ale w czasie niedawnego urlopu przeglądałem kolorowy magazyn dla pań. Na którejś z kolei stronie aktualna moda; sesja zdjęciowa zrobiona na grunge'owym tle starych kamieniczek. Klimaty jak z przemysłowej Łodzi lub śląskich familoków, do tego emaliowane tabliczki z nazwami ulic przekonują mnie, że to gdzieś w Polsce.
    Jednocześnie czegoś tam brak - szukam wzrokiem wszechobecnych ogłoszeń kredytów-chwilówek i nie znajduję. Jest modelka na pierwszym planie, na drugim świat, który (ktoś użył takiego określenia) "wygląda czarująco pod warunkiem, że w każdej chwili możesz wrócić do swojego bezpiecznego mieszkania". Jednak zdjęcie emanuje taką atmosferą, jakby ją i ludzi w tle konweniowało społeczeństwo kastowe.

    OdpowiedzUsuń
  6. @jazgdyni
    Bardzo to ciekawe. Z tymi pedałami. Ciekawe.

    OdpowiedzUsuń
  7. @Bahama Rum
    Dziękuję za dobre słowo. A rękę na pulsie trzymać trzeba zawsze. Prawda?

    OdpowiedzUsuń
  8. Witaj Toyahu (i Wszyscy). Ja też tu jestem, choć dotąd zgodnie z mottem G. Przemyka powyżej ,,Na razie słuchaj..." starałam się bardziej słuchać.

    Życzenia: Niech Dobry Pan hojnie wynagradza Cię za wszystko co czynisz Pozytywnego :)

    Yo napisała kiedyś, że jest tu trochę jak w dawnym, dobrym Salonie na poziomie, gdzie dyskutuje się, wymienia myśli ubogacjąc na wzajem, ale z kulturą i manierami w najlepszym słowa tego znaczeniu. Też to tak odbieram. Podczytuję trochę jeszcze inne blogi ,,naszej opcji", ale tym co w moim odczuciu odróżnia Twój jest pewien rodzaj Wspólnoty, która się tu zawiązała. A to już nie tylko stawianie trafnej diagnozy (to bywa i u innych) ale i pewne Remedium na chorobę, którą jest otaczający nas umocowany mocno System. Jak kiedyś słyszałam na Kursie Filipa (rodzaj rekolekcji) jedną zapałkę czy patyczek łatwo złamać, ale wiązkę - już NIE!!!!!

    Pozdr :)

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.