poniedziałek, 13 września 2010

System robi węża, czyli gdzie jest wodzirej?

Zdaję sobie sprawę z tego, że to co mi chodzi po głowie, to myśli wyjątkowo niebezpieczne, ale nic na to nie mogę poradzić. Każdy bowiem dzień, z każdym tygodniem w coraz większym stopniu, każe mi wspominać PRL. I przykre jest w tym to, że bardzo często – zapewne zdecydowanie zbyt często – dochodzę do wniosku, że nawet jeśli większość wspomnień jakie mnie nawiedzają, jawią się dziś jako sympatyczne refleksje na temat mojej młodości, to wśród nich są też obrazy, których kompletnie nieszkodliwy charakter nie ma nic wspólnego ze zwykłymi sentymentami, ale raczej z konfrontacją z tym co nas spotyka dziś ze strony świata wolnego, bogatego i jak najbardziej demokratycznego.
Proszę sobie wyobrazić, że pomyślałem sobie dziś, że tamten system, jeśli czegokolwiek wymagał od swoich obywateli, to wyłącznie tego, żeby nie pyskowali i żeby raz na rok – no powiedzmy dwa – poszli na jakiś pochód i pomachali flagą, lub bukietem kwiatów. Oczywiście zdaję sobie też sprawę, że komuna komunie nierówna, podobnie jak historia nierówna historii, i że przez dziesiątki lat były miejsca gdzie człowiek nie byłby sobą, gdyby nie czuł się całym sercem i całą duszą zaangażowany w budowanie ustroju i w walkę z jego wrogami na codzień od rana do wieczora i przez całą noc jak najbardziej też. Ja jednak mówię tu wyłącznie o Polsce i o czasach, które stanowiły treść mojego peerelowskiego życia. A zatem pomyślałem sobie, że o ile sobie dobrze wszystko przypominam – pomijając to, że trzeba było pilnować języka i pewnych odruchów – szczególnego przyduszenia człowiek jednak nie odczuwał.
Było kłamstwo. Straszne, nieustanne, opresyjne, niekiedy wręcz bezczelne. Kłamstwo, które nie pozwalało spokojnie żyć, które kazało nieustannie zaciskać pięści i wierzyć, że one wreszcie kiedyś będą mogły zostać użyte – z prawdziwą radością, bez jednego wyrzutu sumienia, w pełnym poczuciu sprawiedliwości, która się wreszcie dokonuje. Ale znów, to kłamstwo, mimo że bardzo bezczelne, wciąż stało jakby na zewnątrz. Ono było, ono dźwięczało w uszach, ale ani przez moment nie wymagało od nas, żeby się w nie angażować. Żeby mu na przykład wierzyć. Właśnie tak. Nigdy nie mieliśmy poczucia, że ktokolwiek od nas oczekiwał, żebyśmy to kłamstwo traktowali jak prawdę. A tym bardziej swoją prawdę. Wręcz przeciwnie. Często odnosiliśmy wrażenie, że temu kłamstwu w ogóle nie zależało na naszej miłości.
I to jest właśnie moment, kiedy czuję, jak zaczynam rozmyślać nad dzisiejszą Polską i nad tym, co System z nią zrobił. Do jakiego stanu ją doprowadził. Na co ją skazał. I widzę przy tym jakość absolutnie nową. Widzę kłamstwo, którego aktywność i zaangażowanie stały się tak potężne, że ono nie spocznie dopóki nie zorganizuje wokół siebie poparcia tak znacznego, że to poparcie stanie się kłamstwem samym w sobie. Po co ten wysiłek? Otóż mam wrażenie, że o ile w tamtych latach, kiedy demokracja była jedynie jakimś nie do końca sprecyzowanym marzeniem, kłamstwo nie potrzebowało żadnego poparcia, bo ono – podobnie jak wszystko inne co zajmowało przestrzeń po stronie władzy – radziło sobie świetnie samo. Nie potrzebowało poparcia, nie potrzebowało weryfikacji, nie potrzebowało jakiejkolwiek kontroli. Inaczej jest dziś. Demokracja jaką niewątpliwie się cieszymy, wymaga od kłamstwa nieustannego doskonalenia umiejętności, ciągłego zdawania egzaminu. Bo to kłamstwo nie żyje samo dla siebie. Ono ma publiczność, a ta publiczność jest niezwykle wymagająca i surowa.
Jak zatem wygląda kłamstwo dziś, a więc kłamstwo które stało się częścią popularnej kultury, a tym samym przemieniło się już w rozrywkę i zabawę? Mam wrażenie, że ono od kilku już lat osiągnęło pewien poziom mistrzostwa, który powoli staje się dość stabilny i nawet nie wymagający zbyt dużego zachodu. Po raz pierwszy mieliśmy okazję zobaczyć jak to działa na szerszą skalę przy okazji tak zwanego „Borubara”. Z jednej niezbyt wyraźnie podanej wypowiedzi prezydenta Kaczyńskiego, ktoś – do dziś nikt nie wie, co to za mistrz – wyciągnął sekwencję tak niezwykle absurdalną i nieprawdopodobną, i zrobił z niej legendę na tak mistrzowskim poziomie zakłamania, następnie w tak niezwykle skuteczny sposób wprowadził tę legendę do szeroko rozumianej kultury popularnej, że ona z powodzeniem funkcjonuje do dziś, nawet mimo niewątpliwego sukcesu po drodze, w postaci już wręcz fizycznego unicestwienia swojej ofiary.
Pamiętamy też świetnie jak bystre oko systemu w pewnym momencie wypatrzyło ten szalik w rękach Prezydenta i, podobnie jak wcześniej z „Borubarem”, na długie miesiące potrafiło dostarczać głodnej publiczności zabawę nieporównywalną z niczym innym tego typu. Ktoś zobaczył ów szalik, powiedział: „O! To będzie hit!” i uruchomił to domino, które oczywiście jak najbardziej pomogło „Borubarowi” skutecznie dokończyć dzieła. Pamiętamy, jak ktoś kiedyś przeczytał niemal pięciostronicowy wywiad Jarosława Kaczyńskiego na tematy jak najbardziej różne, wypatrzył w nim jedno – jedno! – zdanie, w którym Jarosław Kaczyński wyraził wątpliwość co do sensu organizowania wyborów w systemie internetowym, bo to i niepoważne i nieskuteczne, i następnie rozpętał wielotygodniową burzę na wszelkich możliwych poziomach naszej przepięknej popkultury. Widzimy ten mechanizm i dziś. Jarosław Kaczyński wspomina coś o tym, jak to posłowie Platformy Obywatelskiej potrafią być chamscy i jak niezwykły poziom buractwa potrafią wykazywać, kiedy nikt nie patrzy, i już się zaczyna. Popularna kultura, karmiona przez czujne i profesjonalne media, zaczyna już żyć tym chamstwem z taka intensywnością, że można mieć pewność, że jeszcze parę dni, a każdy świetnie wykształcony kretyn będzie świetnie wiedział, jakiej reakcji od niego wymaga słowo ‘chamstwo’. A dla tych, kotrzy nie zdążą, nasi kabareciarze już piszą odpowiednie teksty.
Tak to właśnie działa. System twierdzi, że on w żaden sposób nie jest do nikogo uprzedzony. Że jego służby – czy to media, czy niezależni komentatorzy – zachowują pełną neutralność i w każdej chwili, jeśli tylko czy to Donald Tusk, czy prezydent Komorowski, czy nawet prof. Bartoszewski zrobią coś zabawnego, lub nie daj Boże, głupiego, on znajdzie w sobie wolę i sposób, żeby to głupstwo wyśmiać, czy napiętnować. I to jest jak najbardziej prawda. Tyle że chwaląc się tą swoją demokratyczną gładkością, System skromnie nie wspomina, że w tego typu sytuacjach on oprócz tego, że informuje, robi wszystko, żeby nie zawracać tymi informacjami za bardzo głowy i tak już zmęczonym obfitością wiadomości obywatelom. A więc jeśli na przykład dziś Donald Tusk bawi ze swoją małżonką w Indiach i w Wietnamie, z całą pewnością usłyszymy kilka smakowitych z tej wyprawy historii, ale w żadnym wypadku nie w formie parotygodniowego quizu, w którym będzie musiało brać udział całe społeczeństwo, na temat, dajmy na to, kto by chciał się przejechać do Indii, po co i za ile? W końcu Indie to nie Mongolia, ani nawet Japonia.
A ludzie wiedzą co wiedzą. A wiedzą to co wiedzieć mają. I oczywiście, tego czego wiedzieć nie powinni, ani wiedzieć nie chcą, ani nie muszą wiedzieć, wiedzieć nie będą. Pięknieśmy to mogli zaobserwować nie tak jeszcze dawno, kiedy to – jak grom z jasnego nieba – w TVN24 poinformowano, że Lech Wałęsa nie przeskoczył przez mur, bo ów był zbyt wysoki i zbyt nieprzystępny. Że ponieważ wtedy kiedy on miał skakać, Stocznia była zamknięta i otoczona przez wojsko i milicję, skoro Wałęsa się tam jakoś dostał, to musiał zostać tam przyciągnięty za uszy przez władzę. Zapytany, czy było jak się mówi, były prezydent odpowiedział, że nie ważne jak było, bo liczy się tylko to, że on obalił komunę. Czy coś z tej informacji wynikło? Czy może TVN24 zorganizował jakieś zabawne sondaże na temat skakania po murach i pływania motorówkami. Czy może choć jedno wydanie Szkła Kontaktowego zostało poświecone na wychwytywanie dowcipnych esemesów o motorówkach i murach? Oczywiście że nie. Bo po co zawracać ludziom głowę jakimiś bzdurami. Informacja była? Była? Demokracja jest? Jest. Media działają? A jak! Co obywatele wiedzą? Wszystko co trzeba. Na przykład to, że Jarosław w stanie wojennym żył z kotem.
Oto System w działaniu. Straszna jest ta pogarda dla człowieka. Wręcz upiorna. Wszyscy się krzątają przy swojej robocie – tu jakiś samolot, tu znowu gdzieś jakiś krzyż, gdzieś tam nagle podatki poszybują w górę, gdzieś ktoś straci pracę, czy życie – i tylko od czasu do czasu trzeba znaleźć jakiś smaczny kąsek i rzucić ludziom jak psom, żeby się najpierw trochę pobawiły, a potem nażarły. Jakież to okrutne! Ileż w tym podłości i bezwzględnej nikczemności. Oto trzydzieści lat, jak zaczęliśmy czuć, że może coś jednak z tego wszystkiego będzie, a później dwadzieścia lat, jak uwierzyliśmy, że to jednak jest, że wreszcie to mamy… no i w końcu znaleźliśmy się tu, jak te psy skomlące o jeszcze trochę, bo wiedzące, że pan jest dobry i pan zawsze coś znajdzie, żeby jakoś się żyło.



Powyższy tekst ukazal sie w Warszawskiej Gazecie w miniony piątek

12 komentarzy:

  1. @Toyah

    Ty o kłamstwie, Staniszkis o tolerancji - poniedziałkowa uczta !

    OdpowiedzUsuń
  2. @jazgdyni
    Co z tą Staniszkis? Nic nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  3. A propos, co to za periodyk ta "Gazeta Warszawska"? Wpadła mi w ręce przypadkiem, a tam ze zdumieniem widzę "głęboko niesłuszne" artykuły autorów znanych mi z Internetu. No, no! Czyżby wreszcie jakaś "jaskółka"?

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Zajrzyjcie koniecznie - internet dziś tym żyje a nie wiadomo, kiedy zdejmą...:

    Polski wątek zbrodni smoleńskiej: Zawiadomienie

    http://antydziad.salon24.pl/

    Ja dziś tylko wpadłam poczytać, mam mnóstwo szkolnej pracy.

    Bardzo pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Wystygły Wąż
    Nie wiem. Na oczy nie widziałem. Ale się kolegujemy.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Yo
    Strasznie długie jak na moje możliwości. I niestety bez szans na chocby minimalny sukces. Ale Łazarzowi należy się bezwzględny szacunek.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wyśmienity tekst.




    Pytanie mam do Wszystkich - co to jest Warszawska Gazeta, gdzie ją można zdobyć - szperałem w Google, są odnośniki do starych dziejów, dajcie linki.




    Pozdr.
    -------------------
    GW nie kupuję.
    TVN nie oglądam.
    TOK FM nie słucham.
    Na Rysiów, Zbysiów i Mira nie głosuję.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Przemo1

    Bo nie trzeba szukać pod "Gazeta Warszawska", tylko "Gazeta Finansowa". Znalazłem ją na półce w moich Delikatesach w Starej Miłosnej. Nie wiem, czy sprzedają też gdzie indziej.

    Pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
  9. Podobnie tu

    http://czteryprzyczyny.salon24.pl/228784,polska-2010-skutek-dwudziestu-lat-liberalizmu

    Poleciłem mu twój tekst też,
    pozdrawiam,
    a

    OdpowiedzUsuń
  10. A na to też wpadłem i pomyślałem, że zaciekawi Pana Nauczyciela :)
    http://www.polityka.pl/spoleczenstwo/artykuly/1508366,1,szkola-oglupiania.read
    pozdrawiam,
    a

    OdpowiedzUsuń
  11. @adthelad - artykuł w "Polityce"

    to pseudonauka. Bajanie dla ogłupionego "odbiorcy treści medialnych". Doczytałem jeszcze jakoś, wszak kręcąc głową nad tym pisaniem pod własną tezę, aż do nagłej wstawki o lustrzanych neuronach i wystarczy mi. Marzena Żylińska - obchodzić ją dużym łukiem. Ten jej artykuł to bełkot, mitomaństwo. A finely polished turd, if you know what I mean.

    My nie jesteśmy dziś bardziej "multimedialni" niż kiedyś. Ani dzieci nie są "inaczej rozwinięte". No-no.

    I jeszcze ukłon,
    YBK

    OdpowiedzUsuń
  12. @toyah

    LEMING (pozdrowienia) powiedział "coś o prorokach"?

    Dołączam się.

    Tylko prorok może opisać trafnie swój świat, a jeszcze trafniej co o tysiąc kilometrów dalej się dzieje. Agresja w kontaktach osobistych, służalczość w służbowych. Wyjdziesz do takiego równo, czyli uprzejmie tak w pracy, jak i w knajpie, a ten nie rozumie. NIE ROZUMIE!

    Jakby mieli jakiś przełącznik wbudowany.
    Lizidupstwo - poz. 1.
    Dawaj, chamie! - poz 2.

    No i jeszcze znakomicie wiedzą wszystko: co jest zajebiste, co przypałem, komu odwaliło, a spod kogo taboret.

    To było o facetach. O kobietach nawet nie zaczynam pisać.

    YBK

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.