środa, 3 lutego 2010

Puk, puk! Dziś w sprawie duszy.



Wczoraj usłyszałem zarzut, że mam obsesję na punkcie nauk… no, nie wiem, jak one się oficjalnie nazywają, ale chodzi mi o nauki zajmujące się ludzką duszą. Zdziwiło mnie to nieco, nawet nie dlatego, że do tego typu obsesji się nie przyznaję, ale z tej prostej przyczyny, że nie bardzo pamiętam, żebym się tu tematem tym jakoś szczególnie zajmował. Jednak nie będę się upierał, bo coś na rzeczy musi być, no a poza tym, mogę przynajmniej mieć satysfakcję, że te teksty są przynajmniej przez niektórych czytane bardziej świadomie, niż są pisane.
Na psychologii (powiedzmy, że będę dla uproszczenia używał tej nazwy) znam się lepiej niż na fizyce i baseballu, ale w żaden sposób nie na tyle, żeby się jakoś szczególnie wymądrzać. Natomiast znam się trochę na świecie i na ludziach, których spotykam i w związku z tym myślę sobie, że mogę zabierać głos na najróżniejsze tematy, o ile tylko ów głos nie będzie udawał, że jest głosem eksperta, lecz jedynie kogoś kto stoi z boku, patrzy, i po głowie mu chodzą różne myśli. A więc cóż to by były za myśli, jeśli idzie o mój dzień dzisiejszy? Otóż przypominam sobie, że kiedy byłem jeszcze młody, psychologów w telewizji nie pokazywali, a słowo pojęcie psychoanalizy występowało wyłącznie w zabawnych scenach w filmach Woody Allena. Zarówno w mojej podstawówce, jak i już w liceum, z lekarzy byli wyłącznie dentyści, którzy nam wiercili w zębach i panie higienistki, które nam pobierały z palca krew. Pomysł, żeby gdzieś tam się kręcił jakiś szkolny psycholog czy pedagog, był w najwyższym stopniu egzotyczny. Prawdziwych psychologów poznałem dopiero na studiach. Pierwszym z nich był człowiek, który był tak wybitny, że go pokazywali w lokalnej telewizji i wszyscy uważaliśmy że on akurat jest psychicznie niezrównoważony. Do tego przekonania doszliśmy właściwie już na samym początku naszych z nim kontaktów, ale ostatecznie ta bomba wybuchła, gdy zmarła mu córeczka, a on na drugi dzień przyszedł normalnie do pracy i ku naszemu przerażeniu, zachowywał się, jakby właśnie wrócił z kina. Właśnie wtedy zaczęliśmy się go bać.
Drugiego psychologa poznałem też na studiach i była to młoda, prześliczna kobieta, która prowadziła dla nas odpowiednie zajęcia. Byliśmy w niej wszyscy zakochani, a ponieważ nie potrafiliśmy naszych uczuć ukryć, ona też nie była w stanie się skupić na swojej pracy i siedziała wiecznie zaczerwieniona i zawstydzona, i w tak miłym nastroju minął nam cały rok. Później znów psychologów przez kilka dobrych lat nie widziałem, aż wreszcie przyszły lata dziewięćdziesiąte i tak jak pojawiły się owoce kiwi, demokracja, pieniądz, windykacja, Internet i sklep, tak samo, jak grzyby po deszczu, zaczęli pojawiać się psycholodzy.
Moje dzisiejsze doświadczenia na wspomnianym polu, wbrew pozorom, są zupełnie nienajgorsze. Znam dziś trzy osoby, które – przynajmniej z mojego punktu widzenia – reprezentują tę właśnie branżę. Jedną z nich jest mój dobry kolega, który jest tak zwanym psychoterapeutą. O ile mi wiadomo, jest on bardzo wybitnym specjalistą, a wiem to stąd, że mnie kilka razy prosił o pomoc w tłumaczeniu pewnych materiałów i właśnie z tych materiałów wynikało, że on musi być zawodowo umocowany wystarczająco wysoko, żeby mieć tę satysfakcję. Poza tym, nie mam pojęcia, co u niego słychać, bo kiedy rozmawiamy, on o swojej pracy praktycznie w ogóle nie wspomina. Zresztą podobnie jak ja o swojej. Raz jeden chyba zdarzyło się, że wspomniał coś o sprawach związanych z branżą i poinformował mnie, że gdyby mi słabo szło w nauczycielstwie, mogę zawsze zostać psychoterapeutą. Przepisy bowiem są takie, że tu akurat dobre chęci i pasja na ogół zupełnie wystarczają.
Drugą znajomą mi osobą, której profesja zaczyna się od przedrostka psy- jest autentyczny psychiatra. Jest to człowiek, z którym w pewnym momencie wspólnie słuchałem muzyki, a o którego psychiatrycznych talentach wiem tyle, że osobiście wyleczył jedną moją bardzo bliską koleżankę z choroby, która – przynajmniej z mojego punktu widzenia – była absolutnie dewastująca. Ona była chora tak, że ja czegoś podobnego wcześniej nie mogłem sobie nawet wyobrazić, a on ją wziął i wyleczył. Ot tak! Więc jest tak, że jeśli myślę o potędze psychiatrii, wspominam właśnie jego i w tej już kwestii nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń.
Jest też w moim otoczeniu jedna pani psycholog. I ona akurat, jako że należy do rodziny, jest mi z nich wszystkich osobą najbliższą.. Nie mam pojęcia, czy z niej jest psycholog dobry, zły, czy bylejaki. Kiedy też słucham jak ona rozmawia z moją najmłodszą córką, to odnoszę wrażenie, że w tym całym gadaniu nie ma nic takiego, czego ja sam bym nie umiał, albo nie wiedział. Z drugiej jednak strony też wiem, że z jakiegoś powodu moja córka bardzo lubi z nią rozmawiać. I że może być tak dlatego, że nikt nigdy i nigdzie jej nie traktował i nie traktuje z taką sympatią, jak ta moja krewna. I że kiedy one gadają, to ani przez moment nie można się zorientować kto tam jest ten ważniejszy. Więcej – jeśli już, to gwiazdą jest w tym duecie moje dziecko. I że z całą pewnością jest tą gwiazdą nie dlatego, że nią w ogóle jest, albo dlatego że chce, ale dlatego że została w tej roli ustawiona.
A więc – jak mówię – jak idzie o wszystkich psy-, z którymi mam do czynienia, radzę sobie zupełnie dobrze. Gorzej jest, kiedy oglądam ich w telewizji, albo czytam to co mają do powiedzenia w gazetach. I nawet nie muszę wracać wspomnieniami do zmarłego już Andrzeja Samsona, ani do wszystkich bardzo elokwentnych jego oklaskiwaczy, żeby przedstawić swoją tu tezę. Nie muszę, dlatego że mam bardzo silne przekonanie, że w ciągu ostatnich lat nie było w naszej przestrzeni publicznej takiego wysypu pustego, niczym nie podpartego mądrzenia się, jak w przypadku właśnie psychologów. I również, w ciągu całej tej naszej najnowszej historii, nie udało mi się zauważyć grupy zawodowej, która miałaby tak nieprawdopodobne, a jednocześnie niczym nieusprawiedliwione parcie na ekran. Każdego dnia możemy oglądać co raz to innych socjologów, politologów, prawników, czy nawet jakichś trzeciorzędnych artystów. I każdego dnia możemy być świadkami pustki wręcz nieporównywalnej z niczym innym. Z jednym wyjątkiem. Zawsze jest szansa, że w tym całym tłumie zaplączą się jacyś psycholodzy i dopiero oni nas porażą.
Dowiadujemy się na przykład, że gdzieś w Niemczech, czy w Finlandii jakiś szaleniec zastrzelił 10 osób. Natychmiast pojawia się jakaś mądra pani psycholog, którą media poproszą, żeby nam opowiedziała, co to się stało w głowie tego nieszczęśnika. I oczywiście natychmiast usłyszymy odpowiednią diagnozę. Gdzieś ktoś zakatował na śmierć swoje dziecko. Natychmiast przed kamerą siada jakaś kolejna wystrojona pani i przedstawia analizę i duszy tego dziecka i duszy tych dziwnych rodziców. Co tam mordercy i sadyści! Spali się ludziom dom, a już mamy kolejnego psychologa, który nam opowie, co czują ludzie, którzy stracili dom. Okaże się, że gdzieś jakiś bank naciągnął kolejną rodzinę. Proszę bardzo – już mamy kolejkę psychologów chcących wyrazić opinie na temat stanu psychicznego owej rodziny. Przecież to jest zupełnie tak samo, jakby do telewizji zaprosili jakiegoś lokalnego kardiologa, pokazali mu moje zdjęcie i zapytali mnie, jak on by mi pomógł. Ja wiem, że przede wszystkim żaden porządny kardiolog nie przyszedłby do telewizyjnego studia, żeby stawiać diagnozy ludziom, których nawet nie widział na oczy. Ale jest przecież oczywiste, że nawet gdyby został jakoś w to wmanewrowany i otrzymał tego typu pytanie, to by się z całą pewnością popukał w czoło. Dlaczego? Bo jest lekarzem a nie czarownikiem. Tymczasem telewizyjne studia w ostatnich latach aż gotują się od najróżniejszych psychologów, często – jeśli wnioskować po wyglądzie – ledwo co po studiach, którzy mądrzą się na każdy możliwy temat, a biedni ludzie kiwają z podziwem głowami, że jacy to niektórzy potrafią być mądrzy.
Nie widziałbym żadnego sensu pisania tego tekstu, gdybym miał poprzestać tylko na przedstawieniu tego, jak się rzeczy mają. Musimy się bowiem zastanowić, co to się stało, że wśród tych w wszystkich przedziwnych zjawisk, jakie 20 lat temu zaczęły wpadać do Polski tak szeroką falą ze świata, który to co my przechodzimy ma już dawno za sobą, jest też całe to psychiatryczne szaleństwo. Mam tu pewną teorię, do której, choć pozostaje ona wyłącznie teorią i to może aż nazbyt kontrowersyjną, jestem bardzo przywiązany. Otóż kapitalizm, taki jakim go znamy, jest dokładnie taką samą bzdurą, jaką był kiedyś socjalizm. Kiedy przed laty słyszeliśmy bajki o tym prawdziwym socjalizmie – tym prawdziwym i sprawiedliwym – który dopiero nadejdzie, i bajki o tym, że to co jest to jeszcze nie to, ale że już za chwilę zza rogu wyłoni się ten mesjasz, tak samo jest i z dzisiejszym z kapitalizmem. Wciąż się nam powiada, że wprawdzie tu, w Polsce, my dopiero zaczynamy, że to jeszcze jest taki kapitalizm dziki i nieokrzesany, ale przecież wiadomo, że na przykład w Nowej Zelandii, czy gdzieś w Szwajcarii, czy w cholera wie jakim innym zakątku świata, wszystko jest git. I że jeśli tylko będziemy mieli dobry, liberalny rząd, złożony z uczciwych i zdeterminowanych ministrów, i korzystający z rad porządnych ekonomistów, u nas też zapanuje równowaga.
Tymczasem, jeśli się przyjrzeć nie teoriom, ale ludziom i tu w Polsce i tam w tej Nowej Zelandii, to musimy dojść do wniosku, że oni wszędzie mają dokładnie tyle samo do gadania, co w każdym innym miejscu na świecie. Mogą oczywiście głosować w wyborach i niekiedy wyrazić swoją opinię, ale – jak idzie o kwestie podstawowe – to mają przede wszystkim chodzić do pracy, w tej pracy pracować dokładnie tak jak im się każe, wieczorem, w większym lub mniejszym stanie wzburzenia i rozczarowania, wracać do domu, a po tych pięciu dniach stresu, mogą iść na zakupy. Pisałem już o tym w tym miejscu wielokrotnie i mogę to powtórzyć parę razy jeszcze. Tak jest ułożony ten świat, że innej opcji właściwie nie ma. I im bardziej rozwinięty jest dany kraj, im bogatszy i z im większą ofertą, tym bardziej dramatycznie układa się ten tydzień, ten miesiąc, ten rok. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że wielkość owej oferty jest też wprost proporcjonalna do tego wysiłku. Im człowiek jest mocniej trzymany za gardło, tym więcej rozrywki, zabawy i najróżniejszych gadżetów mu się oferuje. A jednocześnie tym niższego poziomu owa rozrywka i owa zabawa sięgają.
Jak wiadomo, uczę angielskiego. Przez te wszystkie lata, miałem stałą możliwość obserwowania poziomu intelektualnego młodzieży zarówno tej mądrej, jak i tej głupszej. Ale również wielokrotnie miałem kontakt z dziećmi wręcz wybitnymi. Dziećmi, które mają przed sobą bardzo jasno określoną przyszłość, dzieci uczące się języka nie po to by go znać, ale żeby wygrać olimpiady i dostać się na najlepsze studia. Nikt mi nie chce wierzyć, kiedy opowiadam ilu z tych wspaniałych, sympatycznych, inteligentnych osób nie miało na przykład pojęcia co znaczy słowo Bitlesi, albo kim był Shakespeare. Pamiętam kiedyś, jeszcze z starej komuny, znalazłem gdzieś informację, że szokująco duży odsetek amerykańskiej młodzieży uważa, że jajka są robione w fabryce. Tak jak coca-cola, czekolada, czy buty. To, o ile sobie przypominam, było mniej więcej w tym samym czasie, kiedy my tu w Polsce zaśmiewaliśmy się z żartów Allena o psychoanalitykach. No i już to prawie też mamy.
Trzeba się uczyć, pracować, mieć dużo pieniędzy i nie zwariować. A jeśli komuś coś na tym polu nie wychodzi, to powinien skorzystać z porad czarownika. Czarownik ten może występować w każdej postaci. Może to być wróżka stawiająca horoskopy, człowiek z wahadełkiem, telewizyjny teleturniej, dziewczyna z ogłoszenia, esemesowy konkurs, a jak ktoś jest bardziej ambitny, to nawet siłownia, lub Towarzystwo Diamentowej Świadomości, czy coś podobnego. Dla ludzi stąpających bardziej po ziemi, pozostają psychiatria, psychologia i psychoanaliza. Psychiatria dla tych, którzy nie wytrzymali, psychoanaliza dla tych, którzy nie wytrzymują, a pani psycholog dla tych, którzy się boją, że mogą nie wytrzymać. Bo żyć trzeba, a skoro – jak mówią nawet ludzie pobożni i zorientowani bardzo tradycyjnie – nie wiadomo nawet czy Jezus był autentycznym Zbawicielem, czy wyłącznie symbolem, okazuje się że to życie to nie lada wyzwanie.
Za oknem przepiękny śnieg. Wśród tych płatków widzę czary. Ale to nie są te czary, o kórych uczą na naszych uniwersytetach, lub opowiadają mi w telewizji.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.