piątek, 5 lutego 2010

Twarze



Zanim zacznę się na dobre upajać dzisiejszym wystąpieniem Jarosława Kaczyńskiego przed Komisją Sejmową Do Spraw Wyjaśnienia Przez Platformę Obywatelską Wszelkich Afer Hazardowych, chciałbym jednak wrócić do dnia wczorajszego. Pierwszy powód jest taki, że – pomijając stan szoku, w jaki te kilka godzin wprowadziło tych wszystkich, którzy liczyli na cud – nie ma właściwie o czym pisać. Kto wiedział, ten wie. A kto nie wiedział – pomijając może posła Arłukowicza, który własnie się dowiedział – i tak nic z tego nie zrozumie. A więc Bóg z nimi. Drugi jednak powód jest może ważniejszy. To właśnie wczorajszy dzień pozwolił nam zobaczyć coś, co może tylko dotychczas przeczuwaliśmy. A teraz mogliśmy wszyscy ujrzeć w pełnej ekspozycji. Jednak telewizja to potęga.
A zatem, tego że wczorajsze przesłuchanie Donalda Tuska będzie hitem, spodziewałem się. Jednak to czego nie umiałem przewidzieć, to taka ewentualność, że przesłuchanie to będzie hitem nie ze względu na osobę Premiera, lecz raczej w związku z udziałem w tym przesłuchaniu pani posłanki Beaty Kempy. I oczywiście od razu muszę przyznać, że ten mój brak przezorności jest rzeczą wstydliwą. Każdy bowiem kto zna i Donalda Tuska i Beatę Kempę, powinienem wiedzieć, że tu konkurencja właściwie nie istnieje. Zresztą konkurencja nie istnieje praktycznie w jakimkolwiek innym układzie, w którym udział bierze Donald Tusk. I to wcale nie na korzyść Donalda Tuska.
A więc show został skradziony. Według ogłoszonych natychmiast przez TVN24 badań, skutecznym zwycięzcą – co należy podkreślić, pozytywnym zwycięzcą – tego pojedynku była pani poseł Kempa. I to nie powinno dziwić. Każdy kto oglądał przesłuchanie i miał przy tym umysł otwarty, widział co się dzieje. Niestety, z reakcji które miałem okazję obserwować przez cały wczorajszy dzień, no i dziś może z jeszcze większą przejrzystością, wynika, że w tak zwanej domenie publicznej, zbyt często rozumienie tego co się stało jest dramatycznie postawione na głowie. A streszcza się ono w zdaniu: „Kempa jest głupia”.
Wbrew pozorom jednak, i to nie zaskakuje. Każdy w miarę uważny obserwator naszej sceny politycznej miał okazję niejednokrotnie zauważyć, że agresja układu oficjalnie reprezentowanego przez Platformę Obywatelską kierowana jest przeciwko dzisiejszej opozycji na poziomie czysto osobistym. Jeśli politycy Prawa i Sprawiedliwości zbierają jakiekolwiek oceny, to sprowadzają się one praktycznie do następującego przekazu: mężczyźni są brzydcy, chamscy i głupi, a kobiety są brzydkie i głupie i pijane. Oczywiście ja biorę chętnie pod uwagę, że gdzieś ktoś sformułował w stosunku do polityków Prawa i Sprawiedliwości jeszcze jakieś oceny, bardziej merytoryczne, ale dziś nie umiem sobie akurat ich przypomnieć.
Wprawdzie jestem pewien, że kobiety związane z PiS-em poradzą sobie z tym zdziczeniem równie dobrze jak pisowscy mężczyźni, jednak dziś, po tym co się dzieje od wczoraj, moja potrzeba zajęcia w tej sprawie stanowiska jest wystarczająco silna, żebym zwrócił uwagę na jedną tylko kwestię. Otóż chodzi o to, że przez większą część przesłuchania, ci którzy korzystali z przekazu TVN24 mieli możliwość jednoczesnego obserwowania zbliżenia twarzy Donalda Tuska i osoby zadającej pytania. W naszym wypadku chodzi o twarz Beaty Kempy. Mnie osobiście tu uderzył fakt, że o ile przez te jedenaście godzin, Donald Tusk prezentował dokładnie trzy (słownie – trzy) miny, pani poseł Kempa umiała zmieniać wyraz twarzy niemal niezliczoną ilość razy. Żeby wyjaśnić wagę tego spostrzeżenia, muszę opowiedzieć scenę z pewnego filmu. Proszę posłuchać.
W filmie do którego scenariusz napisał Quentin Tarantino, a zatytułowanym Prawdziwy romans, Christopher Walken, zanim zabija Dennisa Hoppera, próbuje od niego wyciągnąć informację, której ten nie chce mu ujawnić. Ponieważ Hopper kłamie, Walken – sycylijski gangster – tłumaczy mu, że on o tych kłamstwach świetnie wie, ponieważ jest Sycylijczykiem, a Sycylijczycy potrafią świetnie rozpoznawać kłamców. A robią to w taki sposób, że ponieważ znają wszystkie możliwe miny, jakie normalni ludzie są w stanie przybrać, wiedzą też która z tych min oznacza że delikwent kłamie, a która już nie. Przypomniał mi się ten film kiedy wczoraj, oglądając Donalda Tuska zeznającego przed komisją, uświadomiłem sobie, że on umie zrobić wyłącznie te trzy miny. A określiłbym je w sposób następujący: specyficzne rozbawienie, specyficzne zdenerwowanie i jeszcze bardziej specyficzne zafrasowanie. Poza tym u Tuska nie ma nic. Jestem pewien, że gdyby w filmie Prawdziwy romans to on siedział na miejscu Dennisa Hoppera, Walken, zanim by go zastrzelił, zwyczajnie by zwariował. Tak jak ludzie wariują, za długo patrząc w otchłań.
Ale jest jeszcze pani Kempa. Ona – jeśli już mamy się trzymać tego filmowego porównania – by tej konfrontacji nie przeżyła. Christopher Walken by ją odczytał w jednej sekundzie. Dlaczego? Właśnie dlatego, że Beata Kempa nie jest głupia. A już na pewno nie jest głupia w takim sensie, w jakim mówi się, że głupi są ludzie pozbawieni umiejętności demonstrowania uczuć, myśli, i emocji. Ona z całą pewnością nie umie – albo po prostu nie chce – ukryć swoich uczuć, myśli i emocji z tej prostej przyczyny, że i jedno i drugie i trzecie posiada i to posiada je w sposób wyjątkowo że tak powiem – otwarty. Patrzyłem więc wczoraj na Donalda Tuska, kiedy albo się frasował, albo irytował, albo bawił i po paru godzinach wiedziałem już z całą pewnością, że z wyjątkiem tych już najbardziej zaczadzonych umysłów, każdy widzi, że tam nie ma nic więcej. Że nie mamy przed sobą normalnego człowieka, ale nawet też nie japońską zabawkę, lecz w najlepszym wypadku jej chińską podróbkę. Patrzyłem na Donalda Tuska, z oczywistymi przerwami, przez cały dzień i nie widziałem nic poza tymi trzema minami: frasunek, rozbawienie, zdenerwowanie, rozbawienie, zdenerwowanie, frasunek, zdenerwowanie, frasunek… i tak przez całe godziny. A tuż obok niego – oczy, brwi, usta, czoło, policzki Beaty Kempy, które dodatkowo jeszcze to nieszczęście muszą pogłębiać.
I na to wszystko, przychodzą najróżniejsi komentatorzy i z obłędem, który mogę wytłumaczyć wyłącznie lękiem i bezradnością, mówią, że Beata Kempa jest głupia.
Na koniec wrócę jeszcze raz do filmu. Ponieważ Dennis Hopper wie, że i tak zginie, i jedyne na co już liczy, to to, że będzie miał śmierć szybką i możliwie bezbolesną, postanawia Walkena doprowadzić do takiej wściekłości, żeby ten stracił kontrolę i go po prostu zastrzelił. A zatem, cytując mu fakty historyczne, udowadnia, że Sycylijczycy pochodzą od Murzynów. Ostatnie zdanie, jakie wygłasza – już przed samą śmiercią – brzmi następująco: „I niech pan teraz powie, czy ja kłamię?” Widz może się tylko domyślić, że nie kłamał. To jedno. Drugie natomiast jest to, że co czuł Walken, czy wiedział, czy nie wiedział, czy wiedział że tamten wie, czy się tylko domyślał – pozostaje siłą rzeczy zagadką.
A co z tego zostaje dla nas? Nic szczególnego. Satysfakcja z tego, że jednak człowiek z maszyną wygrywa. Nawet z maszyną tak precyzyjną jak Sycylijczyk-morderca. A co dopiero zwykły piłkarz-amator z Sopotu?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz