niedziela, 7 lutego 2010

Jeszcze raz o tych, którzy zostali



Kiedy dotarła do mnie tryumfalna informacja o tym, że Putin zaprosił premiera Tuska na uroczystości do Katynia, przyznaję się, że zdębiałem. I wcale przyczyną mojego zdębienia nie była satysfakcja z powodu zaszczytu, jaki nasz biedny przywiślański kraj spotkał ze strony naszego wschodniego sąsiada, lecz to, że oto nagle Rosjanie, jak się zdaje, organizują uroczystości w Katyniu. Wiedziałem na sto procent, że coś tu nie gra, ale ponieważ ani nie miałem czasu, ani okazji wgłębiać się w sprawę, nie pyskowałem i siedziałem cicho.
Dziś moje dzieci wróciły jednak z rodzinnej wizyty i przyniosły informację, że w szerokim i cywilizowanym świecie, ludzie podłączeni do bezpośredniej informacji, szydzą z prezydenta Kaczyńskiego, że się wprasza na owe katyńskie uroczystości i znów, wyłącznie dla swoich marnych ambicji, psuje nam wizerunek, tym razem na Wschodzie. Przy okazji dowiedziałem się też, że pierwsza dmuchnęła w trąbkę Gazeta Wyborcza, informując o tym, że oto dwóch wielkich światowych przywódców pragnie sobie uczciwie pogadać nad grobami polskich oficerów, a tu nagle wyrywa się niejaki Kartofel. I to w ten właśnie sposób społeczeństwo otrzymało bezpośrednią informację, co i jak ma wiedzieć.
A zatem sprawę zbadałem. Otóż okazuje się, że oczywiście moje wcześniejsze wątpliwości były jak najbardziej słuszne. Rosjanie w żaden sposób nie mogą organizować katyńskich uroczystości, z tej prostej przyczyny, że to ani ta branża, ani te emocje. Organizatorem obchodów jest nasza Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. A to że Putin postanowił w Katyniu się pojawić i zażyczył sobie, żeby mu towarzyszył Donald Tusk, to jest sprawa wyłącznie między nimi dwoma. I konsekwentnie, jeśli Lech Kaczyński zgłasza chęć uczestnictwa w obchodach, to też nie jest to sprawa ani Tuska, ani jego totumfackich, ani Putina, ani KGB, ani polsko-ruskiej mafii, ani nawet Gazety Wyborczej, lecz wyłącznie Prezydenta, jako przedstawiciela Narodu, i Organizatora, czyli – o ile się nie mylę – Andrzeja Przewoźnika. ROPWiM organizuje imprezę, Prezydent informuje, że jest zainteresowany i na tym sprawa się kończy… Pozornie.
Kiedy dziś nastawiam ucha na to co się w Polsce dzieję, dowiaduję się, że kwestia bezczelnego zachowania Lecha Kaczyńskiego toczy się już własnym życiem. Oficjalna informacja jest taka, że Tusk z Putinem spotykają się nad grobami pomordowanych Polaków, protokół lśni jak syberyjski śnieg, a tymczasem to wszystko może nagle zostać zburzone przez jakieś kuriozalne zachowania prezydenta Kaczyńskiego, który na dodatek pozwala sobie na jakieś głupie dowcipy z wizami. Miałem okazję wysłuchać dwóch wystąpień, z których – najszczerzej na świecie – nie umiem powiedzieć, które jest bardziej poruszające. Najpierw Julia Pitera wyraziła swoje ubolewanie z powodu gestu Prezydenta, z taką oto argumentacją, że w sytuacji spotkania na szczeblu premierów, taki prezydent nie za bardzo będzie miał co w tym towarzystwie szukać, a więc może dojść do przykrego nietaktu. Jakiś czas po niej, wystąpił Dariusz Rosatti i poinformował, że w sumie sprawa jest zupełnie nieistotna z punktu widzenia spraw jakimi żyje poważny świat, niemniej obecność polskiego prezydenta na uroczystościach w Katyniu może sprawić kłopot stronie rosyjskiej, która przecież i tak będzie miała pełne ręce roboty, więc dobrze by było gdyby polski Prezydent swoje fanaberie powściągnął i na przykład nie zmuszał do extra wysiłku towarzysza Miedwiediewa.
I w tym momencie muszę powiedzieć, że jest już wystarczająco straszno, bym zaczął szybkim krokiem zmierzać do ostatecznej refleksji. Przed 70 laty Sowieci, w sposób absolutnie szczególny, zamordowali dziesiątki tysięcy polskich oficerów. Ludzi, których jedyną winą było to, że byli Polakami. Dziś, po tych wszystkich latach, tak jak przez wszystkie lata minione, polscy patrioci czczą pamięć tych bohaterów i tych świętych. I na to wszystko przychodzą Rosjanie, i dla swoich niezbadanych i dla nas akurat mało interesujących powodów, próbują to święto zhańbić. Pies z nimi tańcował! Gorsze jest co innego. Otóż znajdują się nagle Polacy, którzy, również dla swoich własnych interesów, tyle że już dla mnie z przyczyn o wiele bardziej ciekawych, postanawiają się przyłączyć do oprawców i przy okazji coś pozałatwiać dla siebie. Z jakichś niesłychanie czarnych powodów, niektórzy przedstawiciele naszego Narodu, uznają za stosowne zademonstrować, jak bardzo najprostsza wierność, honor i narodowa duma ich nie dotyczy. Jak bardzo zwykły geszeft może się okazać ważniejszy od Ojczyzny.
I to jest moment, kiedy już żadne słowa nie są w stanie wyrazić tego, co wyrazić trzeba. Jak więc można skończyć tego typu tekst? Mógłbym na przykład ogłosić tę prostą prawdę, że za to trzeba będzie odpowiedzieć. Ale to, mimo że i tak dużo za mało, jakoś cholera niezręcznie. Oddam więc głos jednemu z nich. Stefan Niesiołowski w rozmowie z Małgorzatą Domagalik opowiedział historię, której ona akurat nie zrozumiała, ale historię nie byle jaką. Otóż Niesiołowski siedział w więzieniu z jakimś zbójem, którego edukował historycznie. W pewnym momencie, widząc że ów bandyta robi się zbyt nerwowy, wzięli się za niego więzienni wychowawcy i zapytali, że skoro jemu się nie podoba obecna władza, to jaką inną on sobie władzę wyobraża. Na co ten odpowiedział, że on sobie żadnej innej władzy nie wyobraża, bo władza, która by mu ewentualnie pasowała, została wyrżnięta w Katyniu.
Właśnie tak. Ewentualna władza została wyrżnięta w Katyniu. Została Julia Pitera i Dariusz Rosatti. A to co my możemy dziś zrobić, to zapamiętać choćby te dwa nazwiska.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz