piątek, 11 grudnia 2009

Bronię Senatora!

Wszyscy jesteśmy wstrząśnięci tym, co spotkało senatora Krzysztofa Piesiewicza. Jeśli idzie jednak o mnie, słowo ‘wstrząśnięty’ pozostaje najzwyklejszym niedomówieniem. To co czuję, obserwując zorganizowaną nagonkę – bo tak to muszę nazwać – na tego człowieka, budzi we mnie wyłącznie obrzydzenie. Kiedy słucham ludzi, którzy wypowiadają się na temat tego, co spotkało senatora Piesiewicza i nawet im głos nie drgnie, kiedy w tak bezwzględny i – co tu mówić – bezmyślny sposób miotają pod jego adresem oskarżenia, odczuwam wstyd, że podobnie jak oni jestem Polakiem.
Kim jest Krzysztof Piesiewicz? Wszyscy go pamiętamy przede wszystkim jeszcze sprzed wielu lat, kiedy w tak niezwykły sposób reprezentował przed sądem rodzinę księdza Jerzego Popiełuszki. Ale dla wielu z nas, którzy wtedy, albo byli zbyt młodzi, żeby interesować się szczegółami tamtego przykrego zdarzenia, albo po prostu zajęci sprawami dnia codziennego, po prostu nie mieli głowy do tego, by myśleć o polityce, Krzysztof Piesiewicz jest wielkim humanistą i intelektualistą, wybitnym politykiem Platformy Obywatelskiej, i – o czym nie należy zapominać – znakomitym scenarzystą, autorem wielu największych dzieł filmowych Krzysztofa Kieślowskiego. I oto ten człowiek jest bez żadnej litości i bez żadnego szacunku dla tego, czego dokonał dla wolnej Polski, rozszarpywany i opluwany przez zwykłe – nie bójmy się tego słowa – hieny.
Co nasi niedzielni moraliści zarzucają Piesiewiczowi? Czy wśród tych wszystkich oskarżeń, jest choć jeden zarzut, który moglibyśmy z czystym sumieniem uznać za na tyle szokujący, by mógł on być z całą powagę skierowany przeciwko komukolwiek, a co dopiero przeciwko człowiekowi takiemu jak senator Piesiewicz. Zastanówmy się tylko, cóż takiego uczynił Krzysztof Piesiewicz, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek z nas? Zastanówmy się, co pozostanie z tych wszystkich ohydnych pomówień kierowanych wobec Piesiewicza, kiedy już odrzucimy z nich to co stanowi zwykłe, brudne plewy? Bulwarowy Super –Express, a za nim inne, szukające taniej sensacji media, sugerują, że senator Piesiewicz zażywał kokainę. Ten zarzut akurat od samego początku wart był funta kłaków, bo wystarczyła krótka i stanowcza deklaracja samego pana senatora, że ten biały proszek, o którym z taką swadą donoszą najróżniejsi „dziennikarze”, to nie kokaina, lecz zaledwie lekarstwo, które Krzysztof Piesiewicz specjalnie rozdrobnił, żeby je przyjąć. Czym więc jeszcze, skoro już nie ma problemu rzekomych narkotyków, chcą zaabsorbować naszą uwagę ludzie o określonych, choć nie do końca jasnych interesach? Okazuje się, że na przyjęciu – być może urodzinowym, być może z okazji jakiejś innej rocznicy – Piesiewicz był ubrany w sukienkę i miał pomalowane usta. Rzeczywiście! Jestem porażony! Toż to skandal! Żeby poważny człowiek nagle postanowił się po prostu dobrze zabawić. Czegoś takiego świat nie widział. Ilu z nas – zastanówmy się, ilu z nas – choć raz w życiu nie przebrało się z okazji jakiejś zabawy za księdza, kowboja, czy właśnie dziewczynę? Iluż z nas, czy to w młodym wieku, czy później, już w dorosłym zyciu nie pozwoliło sobie na chwilę relaksu i szaleństwa? Doprawdy, brakuje słów, by komentować to co się w związku z tą sprawą wyprawia.
Wiele już powiedziano na temat tzw. ‘sprawy Polańskiego’. Każdy z nas miał wielokrotnie okazję zobaczyć, ile złego może wyrządzić ktoś, dla kogo głównym motorem działań jest zawiść i nienawiść do drugiego człowieka. Wydawałoby się, że po tym wszystkim cośmy zobaczyli i cośmy usłyszeli na temat rzekomych win Romana Polańskiego, jesteśmy w stanie odróżnić to co prawdziwe od tego, co jest wyłącznie wytworem chorej ludzkiej fantazji. Niestety nie. Wydaje się, że są wśród nas tacy, którzy nie są w stanie przeżyć jednego dnia bez kolejnego seansu nienawiści, bez kolejnej ofiary. Tym razem, skoro, jak wszystko na to wskazuje, z Polańskim już nie da się zbyt wiele wskórać, bo wielki reżyser z pewnością wyjdzie na wolność, trzeba znaleźć nową ofiarę. Ciekawe tylko jest to, że zawsze jest to ktoś o nieposzlakowanej opinii. Zawsze ktoś taki, kogo nawet nie można uczciwie drasnąć najmniejszym oskarżeniem.
Oczywiście, już niedługo ta sprawa – jak wiele innych wcześniej i z całą pewnością wiele jeszcze kolejnych – zniknie w zakamarkach ludzkiej niepamięci. Krzysztof Piesiewicz zostanie. Już na zawsze zraniony, już do końca życia z tym strasznym znamieniem. Słyszę dziś też głosy jeszcze straszniejsze, jeszcze bardziej przebijające każde szczere serce swoim bezlitosnym ostrzem. Głosy, które sugerują że Krzysztof Piesiewicz padł ofiarą ekskluzywnych prostytutek, z których usług korzystał. Wiem, że to nieprawda. Wiem, że nawet jeśli coś z nimi miał wspólnego, to z całą pewnością nie z własnej woli, nie z jakiś niskich, prostych, ludzkich słabości. Wiem też, że gdyby tylko dobrze poszukać, również w PiS-ie – a może przede wszystkim tam – można by było znaleźć podobne „kompromitujące” zdjęcia i materiały. Ale nawet jeżeli, nawet gdyby miało się okazać, że tak, że senator Krzysztof Piesiewicz raz – ten jeden raz w życiu – okazał swoją słabość i dał się uwieść tym, których intencje i cele nigdy do końca nie zostaną wyjaśnione, to i cóż takiego? Kto z nas może rzucić kamieniem, kto z nas może z czystym sumieniem powiedzieć, że nigdy w życiu nie korzystał z usług prostytutek? A jeśli nawet i znajdą się tacy, to chciałbym ich spytać o jedno. Czy to jest może przestępstwo? Czy nawet najbardziej wyuzdany seks jest zbrodnią? Dlaczego tyle jadu, tyle złości, tyle szyderstwa kieruje się pod adresem było nie było ofiary? Dlaczego, pytam. Czy będziemy się godzić na to, by znów, po raz nie wiadomo który, to zło tryumfowało? A dobro było w defensywie?
Pamiętam, jak kiedyś oglądałem w telewizji program rozrywkowy zatytułowany Latający Cyrk Monty Pythona, w którym aktorzy szydzili z sędziów – z poważnych dostojnych, sędziów – którzy rzekomo pod swoimi togami noszą pończochy i damskie majtki, a jak wyjdą z sali sądowej, to mówią do siebie piskliwymi głosami. Nigdy mnie takie żarty nie śmieszyły. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, jaki społeczny interes stoi za tego rodzaju humorem. Ale nigdy też nie przypuszczałem, że ten rodzaj obsesji zagości kiedyś i u nas. Że i my dojdziemy do tego rodzaju barbarzyństwa, ze będziemy tropić posłów, senatorów, sędziów i w ogóle – osoby z pozycją i autorytetem, wtykając nasze spocone nosy w najbardziej prywatne i osobiste sprawy. Wstyd!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz