wtorek, 22 października 2019

Na różowej, na podusi, czyli o sercu i duszy


       Jestem przekonany, że o polskiej kinematografii, no i w ogóle o osiągnięciach naszej współczesnej kultury, pisałem tu parokrotnie, natomiast nie umiem sobie przypomnieć, czy wspominałem o pewnym kinematograficznym doświadczeniu, jakie na mnie spadło, kiedy któregoś dnia jakimś niezbadanym przypadkiem trafiłem na youtubie na serię bardzo krótkich brytyjskich filmów zrealizowanych przez miejscowych amatorów, które to filmy zrobiły na mnie takie wrażenie, że przez dobrych kilka dni nie byłem się w stanie uspokoić. Gdybym jednak o czymś zapomniał, powiem tylko, że chodzi o to, iż z jednej strony były to w sposób jednoznaczny zaledwie filmowe wprawki adeptów sztuki filmowej, a z drugiej jednak ich poziom, w porównaniu choćby do tego, na co minister Gliński rok rocznie wydaje ciężkie miliony, sięgał kosmosu.
       Przyznam tu zupełnie uczciwie, że mimo iż generalnie uważam się za osobę potrafiąca nazywać rzeczy po imieniu, w kwestii odpowiedzi na pytanie, czemu, gdy chodzi o nasz piękny kraj, poziom wszelkiej produkcji artystycznej jest tak żenująco niski, to ja na to pytanie odpowiedzi nigdy nie byłem w stanie odnaleźć. Czy to bowiem współczesna polska piosenka, czy współczesna polska literatura, czy w ogóle wszelkie współczesne wyczyny kulturalne z filmem włącznie, to co stamtąd otrzymujemy jest na tak niskim poziomie, że aż trudno uwierzyć, że to wszystko powstało tu u nas, a nie w jakiejś choćby Francji, Włoszech, czy Bułgarii.
        I oto pojawia się kwestia, którą miałem w głowie od dłuższego już czasu, ale z różnych powodów musiała ona wciąż na swoją kolej czekać. Otóż, co wiedzą niektórzy, dorobiłem się w ostatnich latach troje wnuczek, z których jedna, ta najstarsza, wciąż mnie molestuje, bym jej puszczał umieszczone na youtubie piosenki dla dzieci. Ponieważ i ja i moja żona jesteśmy z wykształcenia anglistami, zapoznaję to dziecko również z piosenkami w języku angielskim, które jednak są na tyle pięknie zrealizowane, że bariera językowa nie stanowi dla niej jakiegokolwiek problemu. No ale oczywiście, obok owych angielskich rymów, słuchamy też piosenek polskich – co muszę tu koniecznie podkreślić, ostatnio coraz częściej – i to  na co nie mogłem nie zwrócić uwagi, to fakt, że zdecydowana większość polskich filmików z tymi piosenkami pod każdym możliwym względem zdecydowanie przewyższa to, co prezentują strony z piosenkami dla małych Amerykanów, czy Brytyjczyków. Nie chcę tu powiedzieć, że tamto to są jakieś śmieci. Nic podobnego. To są fantastyczne piosenki, pięknie zrealizowane, cudownie zaśpiewane, rzecz jednak w tym, że to wszystko co zostało stworzone przez polskich dziecięcych edukatorów bije tamtą produkcję na głowę pod każdym względem.
       Od dobrych parunastu miesięcy niemal dzień w dzień oglądam te filmiki, zrealizowane przez kompletnie anonimowych autorów, dośpiewane przez równie anonimowych artystów – często zresztą same dzieci – i nie mogę się oprzeć wrażeniu, że gdyby – zostańmy tu może przy polskiej kinematografii i piosence – coś na podobnie wysokim poziomie udało się nam osiągnąć w tak zwanej sztuce poważnej, to bylibyśmy w absolutnej światowej czołówce.
      Rzecz jednak w tym, że my nawet nie wiemy, kto stoi za tym zupełnie niezwykłym osiągnięciem. Kto te wszystkie filmiki produkuje i kto je swoim talentem wypełnia kto je wreszcie wyśpiewuje. A o czym to świadczy? O tym mianowicie, że to jest coś, co się odbywa całkowicie poza rynkiem tak jak on jest powszechnie rozumiany, i to tak, że tu nie dość że nie ma mowy ani o sławie, to również o jakichkolwiek pieniądzach.
      Wśród piosenek, z którymi ostatnio budzę się każdego dnia, jest też prześliczny wierszyk Janiny Porazińskiej „Ta Dorotka”. I tu pojawia się coś, co właściwie zasługuje na osobny tekst, no ale nie sposób o tym nie wspomnieć i tu. Otóż w momencie gdy pani Porazińska pisze, anonimowa artystka śpiewa, a równie anonimowy artysta rysuje słowa:
A teraz śpi w kolebusi, w kolebusi,
Na różowej na podusi, na podusi,
Chodzi senek koło płotka, koło płotka:
Cicho, bo już śpi Dorotka, śpi Dorotka
”,
czujemy wszyscy, że stoimy wobec sztuki niezłomnej, niepodległej i niepokonanej. Sztuki wielkiej.
        No i pojawia się to pytanie, czemu ów wspaniały naród nie jest w stanie wspiąć się o szczebel wyżej i napisać znakomitą powieść, nakręcić poruszający cały świat film, czy zaśpiewać piosenkę dla dorosłych, która zrobi wrażenie na wszystkich. Wygląda na to, że odpowiedź na tę zagadkę dają nam te biedne filmiki zamieszczone całkowicie za darmo na youtubie przez ludzi, którzy w swoją pracę zaangażowali nic więcej ponad osobisty talent i serce, nie oglądając się ani na pieniądze, ani na sponsorów, ani na to, kto gdzie i jak. Wygląda na to, że przynajmniej tu u nas każda próba rozmowy o interesach kończy się kompletną klapą.
      No ale jest jeszcze coś. Otóż gdy chodzi o te piosenki, najczęściej śpiewane są przez dzieci, na pełnym krzyku, z prawdziwą radością i energią. Czasem jednak można tam znaleźć tak zwanych „zawodowych” piosenkarzy, i oni już kompletnie tracą poczucie misji. Kiedy zaczynają modulować te swoje głosy i się bez sensu popisywać, wszystko w jednej chwili siada. I tu powoli się zbliżamy do faktycznej odpowiedzi na tę naszą zagadkę: czemu? Chodzi po prostu o serce i duszę, które z jakiegoś powodu nie potrafiły przebić do, jak ją nazywają, kultury poważnej.
      Popatrzmy więc teraz może na nasz polski remake znanego przeboju „Old MacDonald Had A Farm”; popatrzmy na tę głębię ekspozycji, na ten dowcip, na siłę przekazu, na śpiew, wreszcie na tę grafikę, i zobaczmy, co byśmy mogli mieć, gdyby to wszystko udało się nam we właściwym czasie zorganizować nieco inaczej.



      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz