wtorek, 29 października 2019

Zielony Zawisza, czyli biznes jak Pan Bóg przykazał - repryza


Ponieważ ostatnio, w tych i tak bardzo ciekawych czasach, jak ów zaćpany Filip, wyskoczył nam na scenę niegdysiejszy Artur Zawisza, uważam, że wszystkie informacje na jego temat, jakie przy okazji tych jego wybryków już uzyskaliśmy, a niewykluczone, że jeszcze uzyskamy, powinienem uzupełnić swoim tekstem jeszcze sprzed ośmiu lat, a dotyczącym czegoś co nigdy nie przestaje być aktualne. Podkreślam: nigdy. I uważam, że nie zaszkodzi też zaapelować do każdego z nas, byśmy to co się wtedy stało mieli zawsze na uwadze, ile razy będziemy dumać nad różnymi wydarzeniami, które nas jeszcze nie raz zaciekawią. Przed nami Zielony Artur we własnej osobie.


      Historia którą chciałbym dziś opisać, na tle tego, czym się ostatnio musimy zajmować, nie jest ani szczególnie interesująca, ani też – co przyznaję z bólem – ja sam nie mam dość kompetencji, żeby cokolwiek stwierdzać tu autorytatywnie. Mimo to czuję się zmotywowany do tego, by się sprawą zająć z dwóch powodów. Pierwszy nazywa się Artur Zawisza, a jak wiemy, wszystko co z tą akurat postacią się wiąże, bardzo nas interesuje. Drugi natomiast z nich to niejaki Michał Maciejewski, człowiek, którego w ogóle nie znam, ale który za to opowiedział mi ową historię i prosił, by nią siebie i innych w miarę możności zainteresować. Artura Zawiszę zostawię na sam koniec, natomiast teraz o Maciejewskim.
      Otóż w Lublinie działała sobie swego czasu firma o nazwie Tempo, założona przez wspomnianego Michała Maciejewskiego i kilku jeszcze innych Maciejewskich, jako rodzinny interes. Jakie to były rodzinne powiązania, nie wiem i nie wydaje mi się, żeby to dla nas w ogóle było istotne, natomiast należy stwierdzić, że Maciejewscy mieli ambicję, dla swego dobra i dobra wspólnego, otworzyć lokalnie parę metanowych bioelektrowni. Zarejestrowali więc to Tempo, uzyskali właściwe zezwolenia, dobrą opinię środowiskową, przedstawili odpowiednie wnioski do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej o dofinansowanie, uzyskali z owego Funduszu bardzo wysoką ocenę dla swojego projektu, i wreszcie – co najważniejsze – obietnicę gwarancji finansowych. Kiedy jednak dla tak zwanego „domknięcia” pozostało już tylko znalezienie inwestora, otwarte już linie kredytowe nagle się zamknęły. Mimo zagwarantowanych środków z NFOŚ, nikt nie chciał już udzielić Maciejewskim ani kredytu, ani pożyczki, ani w jakikolwiek inny sposób wesprzeć ich projektu.
      I wtedy u Maciejewskiego zjawił się przedstawiciel warszawskiej grupy Green Energy Europe Sp. z o.o. i, informując o swoim bardzo poważnym politycznym umocowaniu, zaoferował spółce pozyskanie inwestora dla domknięcia finansowania planowanych budów dwóch bioelektrowni. Jednocześnie jednak przedstawił warunek. Finansowanie będzie możliwe tylko w przypadku sprzedaży spółki, wraz oczywiście z gwarancjami NFOŚiGW w wysokości 20 mln zł. owemu inwestorowi i samej spółce Green Energy Europe. Ponieważ jedynym warunkiem, żeby dotacja z NFOŚiGW nie przepadła, było przedstawienie domknięcia finansowania, i ponieważ w wyznaczonym przez NFOŚiGW terminie, z niewiadomych przyczyn Maciejewskiemu nie udało się dla swojego projektu pozyskać innego inwestora poza Green Energy, zmuszony on został do skorzystania z warszawskiej propozycji, i podjął decyzję o potencjalnej sprzedaży spółki, z taką perspektywą, że uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczy na realizację innych ekologicznych projektów.
      Z informacji, jakie przekazał mi Michał Maciejewski, wynika, że dalej wszystko poszło już bardzo szybko. Najpierw więc sprawy zaczęły się nagle posuwać do przodu, do tego stopnia szybko, że rozpisano już nawet przetargi na budowę owych bioelektrowni. Jednak już po kilku biznesowych spotkaniach między właścicielami Tempa, a przedstawicielami Green Energy Europe, okazało się, że tajemniczy inwestor na razie się z interesu wycofał, natomiast przedstawił taki oto plan, że najpierw całość kupią warszawianie, a później warszawian spłaci ów dziwny podmiot. Kiedy po chwili wyszło dodatkowo na jaw, że Green Energy nie ma ani ochoty płacić, ani też nie ma za bardzo czym, a co gorsza, nie jest w stanie przedstawić nawet jakichkolwiek gwarancji, Maciejewski nabrał przekonania, że tak naprawdę, nie ma z kim handlować.
      Niestety, było już za późno. Opierając się wyłącznie na obietnicy sprzedaży, Green Energy Europe po pierwsze bezprawnie zwołało NWZ Tempo, na którym dokonali zmian w składzie Zarządu, zawiesili Maciejewskiego z funkcji prezesa, następnie dokonali zmian w KRS, dane adresowe przenieśli do Warszawy, zabezpieczyli konta, na których znajdowało się około 4 mln zł., a nawet przejęli internetową stronę firmy, i jako nowi właściciele zaczęli prowadzić już dalsze interesy. Gdy idzie o stronę prawną całego przedsięwzięcia, tu również wszystko odbyło się błyskawicznie. Wedle relacji Michała Maciejewskiego, wniosek o wykreślenie dotychczasowych udziałowców, wpisanie nowych, zawieszenie prezesa, wykreślenie prokury i przeniesienie siedziby z Lublina do Warszawy otrzymał sędzia w dniu 18.11.2010 r., czyli w czwartek, natomiast już 24.11.2010 r., a więc w środę, referendarz wydał odpowiednie zarządzenie. W dodatku jeszcze ktoś włamał się do lubelskiej siedziby Tempa, skradł całą dokumentację, a na koniec wymienił zamki w drzwiach. Po jakimś czasie w KRS pojawił się nowy wpis, z nową nazwą: Green Energy Europe została zastąpiona przez czyściutkie Green Energy. Tym sposobem, Michał Maciejewski w ciągu zaledwie paru tygodni stracił dosłownie wszystko.
      Dziś sytuacja jest taka, że z jednej strony Green Energy podpisuje umowy, zaciąga kredyty i szykuje się do realizacji projektów zaplanowanych i rozpoczętych przez interes Maciejewskich, natomiast sam Maciejewski stara się dochodzić swoich praw przed sądem, skarżąc warszawskich biznesmenów o wrogie przejęcie. Jak to się skończy? Nie mam pojęcia. Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że walka może być długa i bez gwarancji sukcesu. Co gorsza jednak, nie umiem nawet powiedzieć, czy informacje, jakie posiadam, i którymi się tu dzielę, są prawdziwe w całości, czy tylko częściowo, czy może w większości bzdurne i fałszywe. W końcu, jak mówię, Maciejewskiego nie znam, a i na sprawach związanych z biznesami i ich – wrogimi, czy przyjaznymi – przejęciami się nie znam. Wiem natomiast z całą pewnością, że Michał Maciejewski jest człowiekiem bardzo zdeterminowanym i zdesperowanym, żeby wygrać tę walkę. Nie tylko odnalazł moje teksty w „Warszawskiej Gazecie” i zgłosił się do mnie z prośbą o pomoc, nie tylko – jak mnie informuje – zwrócił się o pomoc pod wszystkimi możliwymi adresami, ale, jak wynika z otrzymanych przeze mnie dokumentów, prowadzi nieustanny bój o swoją sprawę w lubelskich sądach i w prokuraturze.
      I wiem coś jeszcze. Bez względu na to, czy przygoda, która spotkała Michała Maciejewskiego jest skutkiem jego nieroztropności, naiwności, czy głupoty, czy też może tego, że postanowił wejść w interesy z ludźmi bezwzględnymi i podłymi, dla których ktoś taki jak on, to tylko byle jaka stacja na drodze do jeszcze większych pieniędzy, fakt jest oczywisty. On i jego rodzina mieli interes, a dziś go nie mają. Ktoś im ten interes zabrał i wszystko wskazuje na to, że nie zapłacił za niego ani grosza. On i jego rodzina zostali zrujnowani w taki sposób, że ktoś – jak dotychczas, najwidoczniej całkowicie zgodnie z prawem – przejął ich firmę i nie dał im za to nic. Mało tego. Przejmując majątek Maciejewskiego, przejął również nieruchomości, jakie Maciejewscy zdążyli zakupić pod budowę bioelektrowni, płacąc za nie zarówno z własnych oszczędności, jak i z zaciągniętych kredytów. A więc, doszło do czegoś, co dotychczas znaliśmy tylko z mrocznej bardzo literatury i filmu. Człowiek któregoś dnia się budzi, stwierdza, ze nie ma nic, a kiedy się pyta, co się stało, System mu odpowiada, że nie rozumie pytania, bo z jego punktu widzenia nic szczególnego się nie dzieje.
      Ja oczywiście jestem pewien, że ci, którzy postanowili robić interesy na biznesie Maciejewskich mają bardzo dużo na swoje usprawiedliwienie. Nie wykluczam nawet, że jakimś niezrozumiałym dla mnie i budzącym moje oburzenie, lecz całkowicie legalnym ruchem, doszło do przejęcia, jakich w dzisiejszych czasach są setki, jeśli nie tysiące. Jednak to co mnie tu interesuje to nie obyczaj, ale fakt. Maciejewscy mieli biznes i mieli majątek, a dziś go nie mają, bo dali go sobie odebrać. I im ten majątek i ten biznes odebrała nie powódź, nie wiatr, nie ogień, ale ktoś bardzo konkretny.
I ja się z tym czuję fatalnie, kiedy nagle dochodzi do tego, że ten film staje się tak realny, że ów człowiek zgłasza się do mnie – zwykłego, biednego blogera, bez wpływów, bez pieniędzy i z bardzo niepewną przyszłością – i prosi o pomoc, a prosząc o nią wpada w taki ton: „Oczywiście dysponuję pełną dokumentacją i chętnie ją udostępnię, bo należy zrzucić maskę pana Zawiszy, który posługując się patetycznymi sloganami, chowając za parawanem patriotyzmu i katolicyzmu, w rzeczywistości bez żadnych skrupułów, posługując się antydatowanymi, sfałszowanymi dokumentami odebrał mi i mojej rodzinie majątek”.
      I w ten sposób oto doszliśmy do najważniejszej tu kwestii, czyli do samego Zawiszy. Bo tak, to właśnie on – jak twierdzi Maciejewski – sam Artur Zawisza przyszedł do niego na samym początku i zaproponował ten deal. Jako ówczesny dyrektor Green Energy Europe, a dziś udziałowiec Green Europe. Bo niewykluczone, że to właśnie przez to, że miał do czynienia z Arturem Zawiszą – a więc człowiekiem, z którego postawą polityczną się utożsamiał, polskim patriotą i konserwatystą – postanowił Maciejewski w ten deal wejść. Bo uznał, że kto jak kto, ale Artur Zawisza i jego koledzy go nie oszukają. Bo wreszcie, opisana sytuacja dawałaby nam odpowiedź na niekiedy nurtujące nas pytanie, o jakiej to „wielopłaszczyznowej działalności biznesowej” mówił w pewnym wywiadzie Zawisza, po tym, jak postanowił się pożegnać z polityką, ale jeszcze zanim z tą polityką zaczął się na nowo witać. Owa sytuacja daje nam też być może odpowiedź na pytanie, co to się takiego stało, że Artur Zawisza, ni stąd ni zowąd, postanowił zostać blogerem, i do czego to blogowanie ma go prowadzić.
      No i jeszcze coś. Możemy się spróbować zastanawiać, o co Zawiszy chodziło, kiedy w swoim wpisie na Nowym Ekranie, pisał tak: „Mamy dżunglę prawną, w której giną nawet najsilniejsi i najwytrwalsi. Co robić, będąc przedsiębiorcą, który ryzykuje własny majątek, dobrą reputację i los rodziny? Innymi słowy: obywatel chce zbudować garaż obok domu? Otwiera zakładkę: Jak doprowadzić do budowy garażu?, gdzie znajduje wyciąg z przepisów administracyjnych, budowlanych, środowiskowych i Bóg wie jakich pokazujących właściwą drogę krok po krok, kazus po kazusie, pułapka po pułapce. Przedsiębiorca chce zbudować biogazownię? To samo. Rodzic chce zmienić dziecku szkołę? To samo. Firma chce przyjąć do pracy niepełnosprawnego? To samo. Obywatel chce ubezpieczyć samochód kupiony w kredycie? To samo. Tenże sam obywatel chce sprzedać ów już ubezpieczony, a kupiony w kredycie samochód? To samo. Świadek wzywany jest na policję w celu przesłuchania? To samo”.
      Maciejewski w liście do mnie twierdzi, że ta „bioelektrownia” i „przesłuchanie przez policję” sugerować może, że Zawisza szykuje się na jakąś pyskówkę, kiedy to niezawisły sąd jednak uzna oczywistość tego przekrętu i Zawiszę odpowiednio pogoni. A to by świadczyło o Zawiszy nie najgorzej. Że on akurat świetnie wie, że blogi to siła i przyszłość. Zobaczymy.


SUPLEMENT

      Stało się tak, że dla uniknięcia zarzutów o brak staranności, redakcja „Warszawskiej Gazety”, do której ten tekst wysłałem, przed jego publikacją, jeszcze parę tygodni temu, najpierw sprawę zbadała, następnie zwróciła się do Artura Zawiszy o przedstawienie swojego stanowiska, i dopiero wtedy zdecydowała się tekst opublikować. Artur Zawisza wyjaśnień udzielił w formie wywiadu, który z kolei – jak można wnioskować z tego co zostało opublikowane w „Warszawskiej Gazecie” – został przeprowadzony w suchej formie pytań i odpowiedzi. A z nich wynika, co następuje:
1. Artur Zawisza jest człowiekiem uczciwym, i wszelkie prowadzone przez niego działania biznesowe są również uczciwe;
2. Pan Maciejewski jest osobą niepoważną, i wszelkie jego problemy są wyłącznie jego problemami;
3. Pan Maciejewski to znany w lubelskich sądach „pieniacz”. Patrz punkt drugi.
      Wprawdzie w samym wywiadzie tego już akurat nie ma, natomiast we wpisie na swoim blogu Artur Zawisza powyższe wyjaśnienia uzupełnia następującą deklaracją:
Tymczasem papista każe zarabiać ("Bóg, pieniądze i ojczyzna - trafne hasło, każdy przyzna") i rozdawać od serca, gdy wyżywimy rodzinę."
      I tym optymistycznym akcentem, kończę powyższe rozważania, a Artura Zawiszę z towarzystwa, na którym zdarza mi się niekiedy zawiesić oko i ucho, pozwolę sobie wyłączyć, przynajmniej do czasu, gdy zainteresuje się losami rodziny swojego biznesowego partnera. Albo nie. Wyłączę go w ogóle.

No i nie wyłączyłem. Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że chciałbym bardzo dziś wyrazić nadzieję, że on w końcu pójdzie siedzieć. Jeśli nie za wspomniany przekręt, to za tę rowerzystkę. Nic nie szkodzi, w końcu Al Capone też wsadzili pod pretekstem przestępstw podatkowych.




8 komentarzy:

  1. Ja trafiłem na A.Zawiszę szukając źródeł Ruchu Narodowego i jeżeli to prawda z jego machlojkami to przerażenie człowieka ogarnia na tych naszych patriotów katolików. Jednym słowem im kto ma gembę pełniejszą patriotycznych haseł tym bardziej trzeba uważać... a z RN idziemy po sznureczku do Konfederatów. Dobrze, że jednak przełamałem ogólne zwątpienie i oddałem głos jak to kolega mówi "na Jarka".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Janosik
      Nie tylko patriotycznych. Wystarczą hasła.

      Usuń
    2. w sumie racja, ja się nawet nie przyglądam co tam za ścianą się dzieje u zielonych, peowców, lewaków, do tego piekła szkoda mi czasu zaglądać, wystarczy że tutaj na blogu przeczytam artykuł w temacie :).

      Usuń
  2. Mam 53 lata na karku, a rzeczywistość wciąż mnie zadziwia...

    OdpowiedzUsuń
  3. @DittoAC
    Zachęcam do czytania tego bloga. Wtedy ryzyko, że rzeczywistość wyskoczy na nas zza węgła będzie zdecydowanie mniejsze.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dodam tylko, że w firmie Green Energy (Europe albo bez Europy) działa bądź działało wielu młodych (tak koło pięćdziesiątki) zdolnych patriotów - katolików.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli oni ich hodują w jakimś matrixie, co ciekawe większość z nich nie pokończyła studiów a ręce pracą nie skalane...

      Usuń
  5. "Na swoje usprawiedliwienie mam tylko to, że chciałbym bardzo dziś wyrazić nadzieję, że on w końcu pójdzie siedzieć. Jeśli nie za wspomniany przekręt, to za tę rowerzystkę."

    Po przeczytaniu panskiego tekstu poczatkowo bylem w stanie sie z panem zgodzic, panie Krzysztofie.
    Ale cos mnie tknelo.
    Otoz przypomnialem sobie jak kilka miesiecy temu prasa poinformowala opinie publiczna w Polsce, ze pani sedzia (sedzina?) po trzech bodajze miesiacach, zakonczyla zmudne odczytywanie wyroku skazujacego "glownego sprawce" afery Amber Gold - Marcina Plichte.
    I teraz, gdy juz ten zloczynca z Gdanska zostal ukarany prawomocnym wyrokiem, to ja tak sobie mysle, ze polski sad skaze Artura Zawisze za to co zrobil tej rowerzystce [a zrobil sporo] gdzies kolo roku 2025 na grzywne w wysokosci 200 zlotych.

    OdpowiedzUsuń