czwartek, 22 marca 2018

Siedem krótkich kawałków na poprawę nastroju

Od ponad tygodnia jest w kioskach do nabycia kolejny numer „Polski Niepodległej”, a w niej moje krótkie kawałki do śmiechu. Gdyby ktoś nie miał okazji, bardzo proszę. Oto wszystko jak na dłoni.


Kończąc swój poprzedni zestaw „Wezwanych do tablicy” wyraziłem obawę, że część z przedstawicieli „Obywatelskiego Ruchu na Rzecz Odsunięcia Faszystów od  Władzy” może już wkrótce transformować się w zombie i zaatakowac nas od tej nowej strony. Nie minęły dwa tygodnie, jak kolejnemu z nich zaczęło się coś sączyć ust. Oto Konstanty Gebert, niesławny przedstawiciel diaspory żydowskiej w Polsce, w wywiadzie dla „Newsweeka” ogłosił, że Polacy boją się debaty na temat swojej odpowiedzialności za Holokaust, ponieważ w jej efekcie, może wyjść na jaw, „co nasz dziadek robił podczas wojny”. Ciekawe w tym jest nawet nie to, że Gebert mówi to co mówi, ale że to mówi właśnie on, człowiek, którego ojciec, Bolesław Gebert, jako agent NKWD zakładał w Stanach ZJednoczonych partię komunistyczną, w 1920 r., kiedy na ziemiach odrodzonej Polski trwała wojna polsko-bolszewicka, Gebert szerzył propagandę prosowiecką wśród robotników amerykańskich, oraz organizował także akcje mające na celu torpedowanie finansowego wsparcia Polonii Amerykańskiej dla obrony Polski. Występował też jako gorący zwolennik sowieckiej inwazji na Polskę 17 września 1939 i wzywał do uznania skutków zawartego przez ZSRR i III Rzeszę Paktu Ribbentrop-Mołotow. I dziś jego syn nie dość, że publicznie oskarża naszych ojców i dziadków o współudział w Holokauście, to jeszcze mówi coś o naszym wstydzie? Nie. To nie może być zwykła ludzka ślina.

***
Skoro już się zgadało na temat tej szczególnej rodziny, należy wspomnieć, że stary Gebert, nie niepokojony przez nikogo, jest pochowany na Wojskowych Powązkach, obok starej Gebertowej, ze starannie wypisanym na solidnej płycie nazwiskiem. I tu nasuwają się dwie refleksje. Przede wszystkim, to jest bardzo ciekawe, że on zdecydował się spocząć na ziemi, której przez całe życie tak nienawidził. Przez większą część swojego podłego życia krążył między Stanami Zjednoczonymi, a Związkiem Sowieckim, w przedwojennej Polsce był traktowany jako persona non grata, a tu nagle zamarzyło mu się w ten szczególny sposób zaznaczać teren. Druga refleksja jest jeszcze bardziej ponura. Otóż, jak wiemy okrutny kat narrodu węgierskiego, Mátyás Rosenfeld, wydelegowany tam przez Sowietów jako Rákosi, również gnije ani w Moskwie, ani w Tel Awiwie, lecz na miejscowym cmentarzu, z tą jednak różnicą, że z jego grobu usunięto nazwisko, a zamiast niego pozostawiono zaledwie inicjały M.R., by nie prowokować ludzi do, jak by nie patrzeć, grzesznych zachowań. Swoją drogą, czy to nie jest sensowna propozycja, żeby już tych śmieci nie ruszać, a tylko zamienić nazwiska na inicjały. W.J., B.B., J.M., W.G….  Czyż nie wyglądałoby to pięknie?

***

Inna sprawa, że czasy mamy takie, że łatwo sobie wyobrazić sytuację, kiedy to my zaczynamy umieszczać tam kolejno  te inicjały, a dzieci, wnuki i ideowi spadkobiercy tej hołoty wybuchają na to wszystko gromkim śmiechem, pokazują nam kolejno Różę Thun, Janusza Lewandowskiego, Borysa Budkę, sędziego Rzeplińskiego i dziesiątki, dziesiątki innych  pytają: „Przepraszamy bardzo, ale w jaki to sposób oni są bardziej niż my Polakami?” Przesadzam? Ani mi w głowie. Oto całkiem niedawno, poseł Nowoczesnej Paweł Pudłowski, występując w TVP Info, w taki oto sposób skomentował fakt, że ulicami Lwowa, pod hasłem „Lwów nie dla polskich panów”, przeszedł marsz ukraińskich nacjonalistów: „To bardzo smutne obrazki. Ta relacja mogłaby być lepsza. Uważam, że dyplomacja polska powinna zabiegać o jak najczęstszy dialog z Ukrainą i o rozmowę o historii, która jest trudna. Wymagaliśmy, będąc tam, pracy ponad miarę od ukraińskich pracowników i dlatego właśnie, jak twierdzą sami Ukraińcy, nastąpiła Rzeź Wołyńska”. Ja mam świadomość, że poseł Pudłowski to młody człowiek i niech żyje jak najdłużej, ale jakie mamy argumenty, by, kiedy już przyjdzie na niego czas, nie potraktować go tak jak Węgrzy tego Rosenfelda?

***

A propos młodych, bardzo ostatnio uaktywniły się młode feministki, a my już się tylko zastanawiamy, czy to nie one przepadkiem przejmą pałeczkę z rąk Pudłowskiego i innych. Jedna z nich, jak się sama przedstawia, „wrocławska artystka/ ilustratorka, hafciarka i aktywistka”, Olga Budzan, najpierw  zorganizowała, a potem rozpropagowała przy pomocy zaprzyjaźnionych mediów, warsztaty artystyczne pod intrygującym tytułem „Narysuj swoją cipkę”. Gdyby ktoś nie do końca rozumiał, w czym rzecz, mamy też odautorskie objaśnienie: „Idea łączy w sobie mocny przekaz feministyczny, pomaga ‘odzyskać kobiece ciało’ na wielu płaszczyznach jednocześnie, wpisując się w nurt samoakceptacji i wzmocnienia samooceny kobiet”. Ależ się te losy plotą. Gdyby  owej bolszewickiej feministce Aleksandrze Kołłontaj Lenin powiedział, żeby dała sobie spokój z tym Dniem Kobiet, bo i tak wszyscy wiedzą, że tu chodzi wyłącznie o „cipkę”, ona by pewnie go własnoręcznie udusiła.

***

A tymczasem, proszę! Niedawno, jak zawsze bardzo uroczyście, obchodziliśmy Międzynarodowy Dzień Kobiet i jeśli komuś się wydawało, że za tym pomysłem wciąż stoi zaledwie walka o równouprawnienie i powszechny szacunek dla ciężkiego losy kobiety, to powinien wiedzieć, że to są już dawno zapomniane starocie. W tej chwili kobiety walczą o „odzyskanie własnego ciała”, a dokładniej rzecz biorąc, wspomnianej „cipki”. Wydaje się, że najbardziej obrazowo sprawę przedstawiła, nie byle gdzie, bo w wywiadzie dla Wirtualnej Polski, wybitna lewicowa „krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM”, niejaka Maja Staśko: „Uwielbiam seks i dlatego nienawidzę seksizmu. Lubię się pieprzyć i dlatego nienawidzę przemocy seksualnej. Seksizm to nie seks, przemoc seksualna to nie stosunek seksualny, a wolność seksualna to nie wolność przemocowych typów do molestowania i gwałtu. Dlatego #metoo to nie nowy purytanizm. To też nie koniec flirtu ani wolności seksualnej. Ale to wreszcie koniec zrównywania przemocy z seksem i odbierania wolności seksualnej kobietom. To koniec pierdolenia o pruderyjności, gdy kobiety solidarnie walczą z molestującymi gnojami. Jeśli ktoś traktuje walkę z gwałtem jak walkę z seksem, to zwyczajnie zakłada, że ‘zawsze się troszeczkę gwałci’. #metoo to wreszcie walka o lepszy seks i wolność seksualną dla wszystkich, do cholery”. Swoją drogą, to by dopiero była zabawa na 14 fajerek, gdyby red. Rachoń urządził w TVP Info debatę tej Staśko z posłem Pudłowskim. Nie żeby od razu o cipce, ale, powiedzmy, o stosunkach polsko-żydowskich.

***

Zaczęliśmy od naszych starozakonnych braci, i na nich przyszło nam kończyć. Ciekawa sprawa z tym Konstantym Gebertem. Starsi z nas pamiętają z pewnością czasy dawnego „Tygodnika Mazowsze”, ale też wprowadzającej nas dopiero w nowe czasy „Gazety Wyborczej”, i jednocześnie przypominają sobie niechybnie, że wtedy jeszcze nikomu do głowy nie przyszło sądzić, że wybitny działacz niepodległościowy, Dawid Warszawski, to syn „tego” Geberta. W tamtych latach, jemu nie dość, że nawet do głowy nie przyszło paradować w jarmułce, to nawet słowo „Żyd” nie przeszło przez gardło w jakimkolwiek kontekście. Czy można się temu dziwić? Oczywiście że nie. I nie oszukujmy się. Tu nawet niekoniecznie problemem był sam Gebert, ale i cała kupa jego towarzyszy, a więc Henio Wujec z żoną i Janek Lityński, profesor Bronisław, że już o Jacku Kuroniu i Adasiu Michniku nie wspomnę. To były czasy, kiedy człowiek musiał być podwójnie zabezpieczony i musiał uważać na każde słowo, żeby rewolucja solidarnościowa odniosła sukces.

***

Swoją drogą, to okropne, że oni wszyscy tak marnie skończyli. Tyle wysiłku przy takich pieniądzach i wszystko jasny szlag trafił. Jak się zastanowić, to im już tylko został Lech Wałęsa i ewentualnie Francis Fukuyama, który wciąż ich pociesza, że wystarczy tylko odsunąć od władzy Kaczyńskiego i Orbana, a historia, tak jak oni to wszystko w pierwszej kolejności wspólnie zaplanowali, ostatecznie i nieodwołanie się zakończy.


Zachęcam wszystkich do korzystania z oferty księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są również do kupienia moje książki. Gdyby ktoś życzył sobie dedykację, proszę o kontakt mailowy na toyah@toyah.pl. Myślę, że sobie jakoś poradzimy.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.