niedziela, 4 marca 2018

O tym jak prof. Zybertowicz kliknął i ujrzał zło

Poniższy tekst napisałem jeszcze w miniony wtorek, tak by zdążył się ukazać w kolejnym wydaniu „Warszawskiej Gazety”, no a dziś wrzucam go tu w głębokim przekonaniu, że przynajmniej część Czytelników uzna go za na tyle interesujący, by mu poświęcić część tej pięknejmroźnej  niedzieli. Zapraszam.



Minął dziesiąty rok, jak zacząłem prowadzić  blog, który, poza wszystkim, przyniósł kilka bardzo wymiernych efektów. To właśnie głównie przez owe internetowe teksty, kilka lat temu zwrócił na mnie uwagę Piotr Bachurski, proponując współpracę z „Warszawską” i od tego czasu, Bogu dzięki udaje nam się tu tydzień w tydzień spotykać. To dzięki tym tekstom powstała pierwsza moja książka, no a później wszystko poszło z górki i dziś mam ich aż osiem. To wreszcie dzięki nim, poznałem wielu fantastycznych, bezinteresownie serdecznych ludzi, których dziś mogę uważać za swoich przyjaciół.
Jest też jednak coś, co ciagnie się za mną przez te wszystkie lata, jak owa smuga cienia, i nie ma sposobu, by ją traktować, jak ciało obce. To też jest bowiem internet i to też stanowi część tego całego doświadczenia. Chodzi mianowicie o ową nienawiść, która nie dość, że mi towarzyszy od samego początku, to w pewnym momencie doprowadziła mnie do utraty pracy i w efekcie niemal bankructwa. A wspominając ten element internetowego życia, mam na myśli ludzi, dla których niezależna, nieograniczona jakimikolwiek tajnymi porozumieniami myśl, jest czymś tak nieznośnym, że oni nie spoczną dopóki jej albo w jakiś sposób nie uporządkują, albo zwyczajnie zdelegalizują. A ja, choć nad tym ubolewam, to tę reakcję dobrze rozumiem. To bowiem właśnie przeciwko takiej organizacji publicznej debaty w pierwszej kolejności powstał ten blog.
Chciałbym jednak oświadczyć, że przyjmuję jedno i drugie i oba chętnie akceptuję. Internet bowiem, jeśli ma pozostać forum niezależnej myśli, musi obejmować również tę podlejszą jego część, a my nie powinniśmy kierować pod niczyim adresem jakichkolwiek pretensji, tylko robić swoje.
Tymczasem, proszę sobie wyobrazić, w jednym z ostatnich numerów tygodnika „Sieci” znalazłem felieton prof. Andrzeja Zybertowicza, poświęcony właśnie Internetowi, z którego chciałem zacytować trzy fragmenty. Najpierw sam początek. Proszę posłuchać:
Niecierpliwość, zawiść, radość z cudzego nieszczęścia, cynizm, chamstwo, wulgarność, okrucieństwo, nieodpowiedzialność, debilizm, brutalizm, perwersyjność, wrogość, agresja, nienawiść, wściekłość, obsesyjność, sprzedajność, nielojalność, zdrada, narcyzm, psotność, egoizm, egocentryzm, hiperindywidualizm, niestabilność emocjonalna, wariactwo…”.
Ktoś się pewnie zapyta, cóż to takiego się porobiło biednemu profesorowi? Niecierpliwość, debilizm, psotność, wariactwo? Co on zjadł, czego się napił? Otóż odpowiedź pojawia się chwilę później. On ani nic nie zjadł, ani wypił. Jedynie po raz kolejny zajrzał do internetu, zobaczył coś, co zapewne widział już wielokrotnie wcześniej, tyle że tym razem coś w nim pękło i wyrzucił z siebie cały swój żal. „Jeśli ktoś miałby wątpliwości, czy na tym świecie istnieje zło, kontakt z internetem powinien go ich pozbawić”, pisze Profesor. I dalej: „…prawo, zakłady poprawcze, więzienia – to wszystko rozwiązania instytucjonalne chroniące życie społeczne przed naporem złego. Bariery, które w sieci niemal nie działają”.
A ja tylko mogę na koniec z satysfakcją zawołać: daliśmy im do wiwatu, co nie? Warto było przeżyć te dziesięć lat.

Przypominam, ze nasze książki można niezmiennie zamawiać pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl. Polecam gorąco. Jednocześnie zachęcam do kontaktu mailowego pod adresem toyah@toyah.pl i kupowania mojej książki „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph”.
   


1 komentarz:

  1. "Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów".
    Stanisław Lem
    Ciekawe,czy znał wtedy Zybertowicza ?

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.