piątek, 2 marca 2018

Co sierżant Daniels robi w mojej lodówce?

       W kompletnej zupełnie ciszy minęło 10 lat od dnia, gdy opublikowałem na tym blogu swój pierwszy tekst i powiem zupełnie szczerze, że owa cisza zarówno mnie zadziwia, jak i  powoduje całkowicie nowe refleksje. Otóż tak się złożyło, że w ciągu kilku minionych dni nie napisałem ani jednego nowego tekstu, a przez to miałem więcej czasu na przyglądanie się temu, co pojawiało się na innych blogach i nie mogłem nie zauważyć, że dokładnie ta sama niemoc ogarnęła większość autorów, z tą różnicą, że podczas gdy ja, nie będąc w stanie wymyślić nic mądrego, milczałem, inni, owszem, starali się zachować dotychczasową aktywność.
      I proszę mnie nie zrozumieć źle. Ani mi w głowie sugerować, że przez te puste dni nie pojawiło się tu nic szczególnie godnego uwagi. Chcę tylko powiedzieć, że poza mrozami oraz ogólnie rozumianym problem „żydowskim”, nie dzieje się nic. Kiedy czytam kolejne notki, mam wrażenie, że gdyby nie ciągnąca się od już chyba z górą miesiąca owa polsko-żydowska awantura, wszyscy byśmy się pozamykali w domach i tylko czekali aż się zrobi cieplej, co być może sprawi, że po kolei wpadniemy w lepszy nastrój i zainteresujemy się zwyczajnie życiem.
      Otóż – nastrój. Odnoszę mianowicie wrażenie, że z jakiegoś powodu cały początek roku generalnie jest tak depresyjny, że większości z nas dosłownie nie chce się nic poza tym, by ewentualnie ponarzekać. I nie chodzi mi nawet o narzekanie w sprawach konkretnych, ale takie, znane nam bardzo dobrze skądinąd, narzekanie dla samego narzekania. Niedawno spotkałem jednego z moich dawnych uczniów, dziś już człowieka bardzo dorosłego, i proszę sobie wyobrazić, że on z miejsca wyskoczył do mnie z pretensjami o to, że ja popieram PiS, w sytuacji gdy, jak podobno wszyscy widzą, tak dramatycznie źle, jak jest dziś w Polsce, tu nigdy jeszcze nie było. Staliśmy sobie na ulicy, wokół chodzili ludzie, jeździły samochody, dzwoniły tramwaje, nie wykluczam, że nawet ładnie świeciło słońce, a on mi opowiadał, jak to jest strasznie. Mówiłem mu, że ja oczywiście rozumiem, że on jest politycznie rozczarowany i że jeśli miał wcześniej jakieś nadzieje i dziś widzi, że póki co z nich nic nie będzie, to może mu być smutno. Ja sam na jego miejscu też bym był poirytowany, natomiast nie widzę żadnego powodu, by z tak w gruncie rzeczy marnego powodu zaczepiać, jak by nie patrzeć, obcych ludzi na ulicy i ogłaszać koniec świata. Tłumaczyłem mu to wszystko, zachęcałem do refleksji, a on wciąż swoje: to już koniec i to widać, słychać i czuć.
      Przypomniało mi się tamto spotkanie wczoraj, kiedy  czytałem co poniektóre notki i z przerażeniem odkrywałem, że ich główny przekaz zawiera się w opinii – swoją drogą, cytowanej przeze mnie słowo w słowo – „To ostatni moment… Jeśli Ciemny Lud znowu to kupi, to mamy przerąbane już na amen. Zniszczenia w dziedzinie kultury, tradycji, obyczaju, nauki, a nawet języka są tak straszne, że za kilka lat będą już tylko tubylcy, Polaków nie będzie”.
     Ktoś się być może zapyta, o co poszło. A propos czego ów szczególny komentarz? Jak to czego? Przecież to jasne. Minister Gliński powołał na kolejną kadencję nowych członków czegoś, co nosi nazwę Rady Muzeum przy Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN, a wśród nich byłego ambasadora Ryszarda Sznepfa. No i to w związku z tym prawdopodobnie za kilka lat Polaków nie będzie, no i to właśnie ta świadomość sprawia, że wielu z nas wpadła w tak wisielczy nastrój. Rozumiemy, o co chodzi, prawda? Jest w Warszawie to żydowskie muzeum, swoją drogą tak okropnie nieciekawe, że tam z tych nudów można się już tylko zgubić, jego faktyczni właściciele tworząc wokół niego coś, co nosi nazwę „Rady Muzeum przy Muzeum”, instalują tam oczywiście zaufanych ludzi, a my nagle zaczynamy drżeć z emocji, bo nie podoba nam się skład tej Rady? Bo tam są Rorfeld, Sznepf i Niezabitowska? A kogo oni mieli tam posadzić? Stanisława Michalkiewicza?
     Ja wiem, że przykład, na który się wyżej powołałem jest dość drastyczny i generalnie atmosfera nie jest aż tak bardzo ponura, jednak odnoszę wrażenie, że to jest kierunek, który łatwo można zauważyć. Obchodziliśmy wczoraj dzień pamięci o Żołnierzach Wyklętych, za nami cała seria przeróżnych uroczystości, ogólnie rzecz biorąc bardzo podniosłych i wzruszających, przy okazji wreszcie udało się wręczyć te cholerne nominacje generalskie, na które w pewnym momencie wydawało się, że nie ma już co czekać, a tymczasem my gapimy się za okno na te skute mrozem dachy i pomstujemy na zmianę albo na Żydów, albo na ministra Glińskiego.
      Na Słowacji zastrzelono dziennikarza, który ujawnił współpracę słowackiego rzadu z włoską mafią, „Washington Post” natychmiast podał, że Słowacja tym samym dołączyła do takich krajów jak Polska i Węgry, a my się martwimy tym, że minister Gliński to człowiek bez honoru i już tylko czekamy na wybory, które wreszcie pozbawią władzy ten cholerny PiS?
      Ja oczywiście nie lekceważę ewentualnych nastrojów wynikających z autentycznego rozczarowania z każdą chwilą coraz bardziej irytującym zachowaniem polityków Prawa i Sprawiedliwości, oraz wspierających władzę mediów. To co się jednak dzieje ostatnio w głowach niektórych z nas woła o pomstę do nieba.
       Wiosna już naprawdę za progiem, po niej przyjdą upały, a po nich znów Święta. A na Święta będzie karp, którego, w ramach pozbawiania nas naszej „kultury, tradycji i obyczaju”, nie odbierze nam nawet sam sierżant… jak mu tam? Daniels? Daniels. Nawet on.
       A wtedy też być może któryś z czytelników zechce mi złożyć spóźnione życzenia urodzinowe. W końcu spędziliśmy tu wspólnie trochę czasu, czyż nie?

Zapraszam wszystkich niezmiennie do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia również i moje książki. Być może najlepszą z nich, „Marki, dolary, banany i biustonosz marki Triumph” można dodatkowo zamawiać bezpośrednio u mnie mailowo: toyah@toyah.pl. Bardzo polecam.  


4 komentarze:

  1. Panie Krzysztofie, w tej dziwnej sytuacji (gdzie oni się podziali?) to ja Panu życzę następnych dobrych lat blogowania. I końca tego czegoś, co Panu obecnie się wydarza, chociaż nie wiem co to jest, ale podobno niedobre. Pzdr. ER

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochany Toyahu!
    Wszystkiego najlepszego! Czytam niemal wszystkie Twoje notki i to od początku. Mam kiepską pamięć, więc ten tekst o Kulturkampfie przeczytałam teraz zapewne już ponownie, ale z wielkim zainteresowaniem jak gdyby po raz pierwszy. Narzekasz, że nikt nie czyta długich tekstów. Coś w tym jest i mi samej nie chce się ich czytać. Jednakże ten, o którym mówimy jest akurat niezmiernie pouczający i arcyciekawy. Wszyscy wiedzą coś o polityce Bismarcka jeszcze ze szkoły, ale od Don Paddingtona dowiadujemy się jak to wyglądało. A jest to wiedza pokrzepiająca!
    marzec

    OdpowiedzUsuń
  3. Dziekuje za wszystkie dotychczasowe notki i zycze wielu kolejnych.
    (moze przyczyna owej ciszy byl fakt ograniczenia mozliwosci komentowania. W czasie gdy nie bylo opcji 'nazwa' itd. kilka razy napisalam komentarz z konta google, pojawial sie on ale po chwili znikal)
    Wszelkiej pomyslnosci zycze

    OdpowiedzUsuń
  4. Zdecydowanie Pana pozdrawiam. Jest Pan niespotykanie rzadkim blogerem i pisarzem , który potrafi wnikliwie skomentować to , jest ciekawe i istotne, a jednocześnie zna się na Sex Pistols , Pink Floyd i Davidzie Bowie.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.