poniedziałek, 1 stycznia 2018

Czy Szczepan Twardoch jest wybitniejszym pisarzem od Anne Applebaum?

         Kilka już razy chodziło mi po głowię, żeby tę kwestię ostatecznie wyjaśnić, ale zawsze albo o tym zapominałem, albo pojawiało się coś, co akurat wydawało mi się ciekawsze. Wczoraj jednak, pod moją notką zainspirowaną zabójczym wręcz poziomem ostatnich tekstów Coryllusa, a w której ja – przyznaję, że nieco prowokacyjnie – wyraziłem obawę, czy to całe moje pisarstwo ma w ogóle jakikolwiek sens, pojawił się komentarz, który tu zacytuję niemal w całości:
      „Nie ma najmniejszego sensu, dotyczy to również Maciejewskiego. Po prostu wy tego nie umiecie robić. Dla przykładu wasz wróg śmiertelny Twardoch żyje z pisarstwa jak pączek w maśle. Jego pojedyncze nakłady przewyższają wszystko co razem z M. wydaliście ( nie sądzę żeby nakład którejkolwiek z waszych książek przekroczył 1000 egz. ). Chcąc coś robić z sensem należy mieć na swoją pracę klientów, wy ich nie macie. Macie jedynie koło wyznawców i nie są to tysiące osób”.
     Ja oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że ten akurat komentator może być w tym co pisze mocno nieszczery, choćby z tego powodu, że w kolejnym komentarzu sam przyznaje, że jest rodzinnie powiązany z wydawcą Twardocha, ponieważ jednak mam wrażenie że jego słowa bardzo dobrze oddają to, co wielu z nas sobie wyobraża nie tylko na temat produkcji Kliniki Języka, ale w ogóle na temat tak zwanego „rynku książki”, pomyślałem sobie, że warto by było powiedzieć wreszcie w tej sprawie parę słów. Otóż przede wszystkim powinniśmy wszyscy zrozumieć, że coś takiego jak „rynek książki” nie istnieje. A przynajmniej nie w takim sensie, w jakim powszechnie rozumiemy słowo „rynek”, gdzie jest towar i chodzi o to, by go sprzedać w taki sposób, by wyjść na swoje. I wcale też nie chodzi mi o to tylko, że 99 procent tego co się dziś w Polsce – a kto wie, czy nie na świecie – wydaje, to makulatura, ale również mam na myśli ten jeden procent, czyli wspomnianego Twardocha, Stasiuka, Bondę, Tokarczuk, czy kogo tam jeszcze z jednej strony, a książki typu „Resortowe dzieci” z drugiej. Żeby to ujrzeć w pełnej krasie, wystarczy zajść do pierwszego lepszego dyskontu typu „Żabka”, „Biedronka”, czy „Stokrotka”, rzucić jednym okiem na to, co tam jest wystawiane w koszach z książkami, a za chwilę drugim na to, ile osób przy wspomnianych koszach w ogóle raczy się zatrzymywać. Chodzi o to, że wszyscy ci pisarze, począwszy od tej pani, która wydała biografię Ronaldo, przez żonę ministra Sikorskiego, po wspomnianą wcześniej Bondę tam leżą, a skoro leżą, to, przepraszam bardzo, ale co my w ogóle wiemy na temat tego, w jakich nakładach te książki są wydawane i jaka ich część jest sprzedawana. Ktoś powie, że podobno tego jest dużo. No ale cóż to znaczy „podobno”? Skąd ta wiedza, założywszy, ze nie od samych zainteresowanych?
      No ale dobra. Ktoś mi zaraz na to odpowie, że faktycznie, u nas z czytelnictwem nie jest najlepiej, ale każdy chyba widział samochód, jakim jeździ Twardoch, czy dom, w jakim mieszka Stasiuk, a to przecież świadczyć musi o tym, że oni jednak w jakiś sposób na tych książkach zarabiają. Otóż rzecz polega na tym, że nawet jeśli oni faktycznie sobie kupili ten samochód, a następnie wybudowali ten dom, to z całą pewnością nie z tego, co uzyskali ze sprzedaży swoich książek. Każdy z nich bowiem, czy to Twardoch, czy Stasiuk, czy Bonda, żyją z tego, że mają osobisty udział w przekręcie polegającym na tym, że wydawnictwo ma swój roczny budżet, dzięki któremu funkcjonuje i żyje, a część tego budżetu, zupełnie niezależnie od faktycznej wysokości sprzedaży, jest przeznaczona na samochód Twardocha i dom Bondy. I nie oszukujmy się. Wydawnictwa nie po to utrzymują tych swoich rzekomo autorów bestsellerów po to, by zarabiać na sprzedaży ich książek, ale wyłącznie po to, by ich nazwiska pomogły im doczołgac się do kolejnego roku i kolejnego budżetu, a jeśli im płacą więcej niż trzeba, to też tylko po to, by media mogły wokół tego przekrętu zbudować jakąś fajną opowieść. Jeśli mamy wydawnictwo, które wydaje powiedzmy 20 książek rocznie, a wśród tych książek jest jeden tak zwany „hit”, to jego autor nie jest rozliczany ze sprzedaży, ale pozostaje na pensji, jako ktoś, kto dostarcza temu przekrętowi alibi. Wydawnictwo Literackie zamawia u Twardocha kolejną powieść, daje mu na to, żeby on przez kolejne dwa lata siedział i pisał, powiedzmy, sto tysięcy złotych, on za część z tych pieniędzy kupuje sobie coś ładnego, za część jedzie do Toskanii nawpieprzać się trufli, a za resztę przez te dwa lata żyje jak każdy z nas, męcząc to gówno, które musi wydawnictwu dostarczyć na termin, bo interes musi się kręcić. Książka się ukazuje w nakładzie kompletnie nieznanym, parę tysięcy dostaje natychmiast nalepkę „- 20%” i zostaje natychmiast wciśnięta tym wszystkim durniom, którzy wcześniej się dowiedzieli, że oto Twardoch napisał kolejną książkę, a reszta jest natychmiast wrzucona do Biedronki w cenie 9 złotych za sztukę, a nastepnie skierowana na przemiał. I tak do następnego razu.
        I teraz pewnie znów ktoś powie, że nawet jeśli tak jest, to ani ja, ani nawet Coryllus, nie mamy prawa pyskować, bo jesteśmy kompletnie niszowym towarzystwem, działającym z myślą o maleńkiej grupie zakochanych w nas wariatach, i nie mamy nawet prawa myśleć, by konkurować z poważnymi autorami, takimi, jak – niech już on tu z nami zostanie, jako symbol – Szczepan Twardoch. A więc, proszę sobie wyobrazić, że tu też sytuacja nie jest wcale taka oczywista. Ja oczywiście nie mam pojęcia, ile egzemplarzy swojej ostatniej książki sprzedał Twardoch, podobnie zresztą, jak on nie wie, ile tych egzemplarzy sprzedałem ja, natomiast jedno jest pewne. Otóż, podczas gdy Twardoch, jak już to powiedzieliśmy, jest pracownikiem wydawnictwa, któremu wydawnictwo organizuje utrzymanie, zarówno ja, jak i Coryllus, działamy wyłącznie na swój rachunek. Gdy chodzi o mnie, jak wszyscy wiemy, dotychczas wydałem osiem książek – czyli nie wiele mniej niż Twardoch – za wydanie każdej z nich zapłaciłem z własnych pieniędzy, koszt wydania każdej z nich zwrócił mi się w ciągu kilku tygodni i ze sprzedaży każdej z nich do dziś miesiąc w miesiąc stać mnie na to, by sobie coś ładnego kupić i żeby jeszcze zostało na kawałek kiełbasy i serka. I tu powiem coś, co niektórych może doprowadzić do białej gorączki. Otóż ja oczywiście nie powiem, ile ja się spodziewam dostać pieniędzy z grudniowej sprzedaży moich książek, ale nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że to znacznie przeywższa to, co Twardoch dostał za minione pół roku. A w tej sytuacji, przepraszam bardzo, ale ile jest sensu w stawianiu mi zarzutu, że to co ja robię, to kompletna porażka?
      Na zakończenie wspomnianego na początku komentarza jego autor noworocznie mi życzy, by moja emerytura pozwoliła mi nie zdechnąć z głodu. A ja tu oczywiście nie umiem zachować pełnego spokoju, bo faktycznie, gdy chodzi o nasze – nie tylko moją – emerytury, diabli wiedzą, jak to będzie. Jednego jednak jestem pewien: nawet jeśli będę klepał biedę, to na trzeźwo w towarzystwie rodziny. W odróżnieniu od wielu tych tak zwanych „prawdziwych pisarzy”, którzy, jak wiemy, z reguły kończą, kitując albo na marskość wątroby, albo na raka trzustki, ewentualnie dogorywają gdzieś w samotności, czekając na telefon, który już nie zadzwoni. Osobiście dziękuję bardzo, ale nie skorzystam.

Zapraszam jak zawsze wszystkich do zaglądania do naszej ksiegarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl i do kupowania moich książek. Polecam szczerze.
     

9 komentarzy:

  1. Krzysiu, z tym biznesem jest jak z gamblingiem (sorry za spolszczenie). Problem w tym żeby się trzymać reguł. Podstawową regułą gamblingu jest - "set the limit". Jeśli tego nie zrobisz, masz duże szanse zostać nałogowym hazardzistą, a to jest droga jednokierunkowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Wojtek Szeligowski
      Sorry. Nie skumałem.

      Usuń
    2. Gabriel zawsze mówił, że najważniejsze to osiągnąć sukces. Zdefiniuj sukces. Jaka jest różnica między pisarzem Twardochem a pisarzem Toyahem?

      Usuń
    3. Może to co napisałem jest trochę poniżej pasa, ale już nie wiem, czy dobrze wam czy źle? ;)

      Usuń
    4. @Wojtek Szzeligowski
      Ja nie wiem, jak Gabriel definiuje sukces. Dla mnie sukces, to osiągnąć stan, w którym uważasz, że to co dostałeś, przekracza to na co zasłużyłeś.
      Co do drugiego pytania, różnica jest taka, że Toyah jest pisarzem.

      Usuń
    5. @Wojtek Szeligowski
      No, jak nie wiesz? Przecież to jest jasne. Nam jest bardzo dobrze. My nie należymy do tych osób, które na pytanie "Jak tam?" odpowiadają "Chujowo". And we really mean it.

      Usuń
  2. Lubię pisarza Toyaha, a najbardziej za książkę o angielskim, której
    - mam 2 sztuki (żeby się dzieci przy testamencnie nie kłóciły :) ),
    - a 2 inne wręczyłem jako prezent.

    OdpowiedzUsuń
  3. No taaaak, koło wyznawców i wszystko jasne, a nie wystarczyłoby jeno koło sympatyków? Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku dla całej rodziny, przede wszystkim mnóstwo zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
  4. @Jola Plucińska
    Sympatyków maja oni. Ja mam wyznawców. To jest jasne.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.