czwartek, 4 stycznia 2018

O niezwykłej przyjaźni brytyjskiego żeglarza z japońskim szogunem, część 1

Dla uzupełnienia wczorajszych refleksji dotyczących  filmu Martina Scorsesego na temat prześladowań chrześcijan przez XVII-wieczną Japonię, proponuję dziś dość obszerny tekst, jaki napisałem do tak zwanego „holenderskiego” Nawigatora, gdzie wszystko to, czego nam zabrakło we wspomnianym filmie, jest przedstawione nadzwyczaj dokładnie. Ponieważ jest to tekst zbyt długi, jak na jeden raz, dziś może jego pierwsza część, a reszta będzie jutro. Polecam bardzo.


       Ze wszystkich XVII-wiecznych męczenników japońskich, których liczba, wedle ostrożnych obliczeń, wynosiła 30 tysięcy, choć niektóre wyliczenia wskazują nawet i na 200 tysięcy, ponad trzy tysiące znamy z imienia i nazwiska. Kościół czci ich pamięć praktycznie od pierwszego dnia tej hekatomby, a więc od dnia kiedy, dzięki relacji jezuity Ludwika Froisa, będącego naocznym świadkiem śmierci Pawła Miki i towarzyszy, spisanej 15 marca 1597 roku, 14 września 1627 roku papież Urban VIII beatyfikował Pawła Miki i jego 25 towarzyszy, tak zwanych Męczenników z Nagasaki, kanonizowanych 8 czerwca 1862 roku przez Piusa IX, ale również beatyfikacji, pięć lat później, obejmującej kolejnych 205 nazwisk, aż po rok 1969, kiedy papież Paweł VI włączył Męczenników z Nagasaki do kalendarza liturgicznego, a ich imiona zaczęły być wymieniane w litanii do Wszystkich Świętych. Ostatnio przypomnieliśmy sobie o nich 24 listopada 2008 roku, kiedy to podczas uroczystości beatyfikacyjnej w Nagasaki decyzją papieża Benedykta XVI 188 kolejnych z nich zostało uznanych za błogosławionych. Warto przy tym wiedzieć, że spośród ściętych, ukrzyżowanych, spalonych żywcem, czy zamęczonych w inny, często najbardziej wymyślny sposób, jedynie 5 było księżmi lub zakonnikami kongregacji religijnych. Pozostałych 183 to świeccy kobiety i mężczyźni, dzieci i starcy.
     Ktoś mógłby zapytać, dlaczego Kościół aż tyle uwagi poświęca akurat tym świętym i błogosławionym, którzy oddali życie za wiarę w Japonii. Oczywiście pierwszą odpowiedzią jest to, że tam ich było naprawdę wielu i, jak już wspomniałem, losy i nazwiska wielu z nich są nam dobrze znane, jednak wydaje się, że Kościół chce o nich bardzo pamiętać z tego względu, że wielkość tego męczeństwa często przekracza to, do czego przyzwyczaiła nas historia. Ostatnio tu w Polsce dużo rozmawiamy o okrucieństwie, z jakim z Polakami na Wołyniu rozprawili się ukraińscy patrioci i od pojawiających się wciąż to nowych relacji, włos się jeży na głowie. A kiedy słyszymy, jak to ukraiński plan obejmował również szczególne nagradzanie tych z nich, którzy opracowali szczególnie perfidne sposoby zadawania śmierci, możemy dojść do przekonania, że niczego gorszego niż ów Wołyń świat nie poznał. Otóż jest bardzo prawdopodobne, że jakkolwiek byśmy traktowali skupionych wokół Bandery Ukraińców jako azjatycką dzicz, jeszcze dalej na kierunku wschodnim mamy Azję prawdziwą, autentyczną i z możliwościami, które u samego Mistrza mogłyby wzbudzić dreszcz podziwu.
     Oto wystarczy może przytoczyć jedną jedyną z tych relacji, a mianowicie tę dotyczącą męczeńskiej śmierci przybyłego do Japonii z Meksyku augustianina nazwiskiem Bartolomé Gutiérrez Rodríguez który przez pełny miesiąc, sześć razy dziennie był zanurzany w gorących i trujących źródłach siarkowych, z których wydobywały się powodujące ciężkie poparzenia opary, umierał przez niemal rok, od grudnia 1631 do września roku 1632. By przedłużyć cierpienia odmawiającego apostazji Gutiérreza, był on objęty stałą opieką lekarza, którego jedynym zadaniem było dbanie o to, by skutkiem strasznych oparzeń ów dzielny ksiądz nie zmarł i by tortura mogła być ponawiana w nieskończoność. Wreszcie 3 września 1632 o. Gutiérrez, podobnie jak jego czterech, cierpiących te same męki towarzyszy, oddał ducha spalony żywcem, w długiej, powolnej ceremonii, na stosie.
      A zatem wyjątkowość tej męki mogła sprawić, że Kościół o tych akurat swoich wiernych postanowił się upomnieć w sposób szczególny, było tam też jednak coś, co sprawiało może nie aż tak spektakularne wrażenie, ale z punktu widzenia owego Kościoła miało znaczenie nie mniejsze. Otóż, jak wspominał święty Franciszek Ksawery, człowiek, którego wysiłek misyjny stał na samym początku tego, co się zarówno dobrego, jak i złego wydarzyło w kolejnych latach, opisując ów naród użył następujących słów: „Wydaje mi się, że nigdy nie znajdziemy narodu równego Japończykom”. A ocena ta potwierdziła się w sposób niezwykle bolesny podczas wspomnianych prześladowań. Naoczni świadkowie, w tym również sami prześladowcy, podkreślali niebywałe męstwo, z jakim przyszli święci znosili swoje cierpienia, a należy pamiętać, że choćby wśród wspomnianych 26 męczenników z Nagasaki były też 12-letnie dzieci. W wielu relacjach zwracano uwagę wręcz na pragnienie przez wielu z nich takiej właśnie, a nie innej śmierci. Oto słowa jednego z nich, 13-letniego Tomasza Kosaki, pochodzące z listu, jaki ten tuż przed swoją śmiercią napisał do matki:
      „Dzięki łasce Pana naszego piszę ten list do Ciebie, droga Matko. Zgodnie z wyrokiem wszyscy - także padres – będziemy ukrzyżowani w Nagasaki. Jest nas dwudziestu sześciu. Proszę, nie martw się o Ojca i o mnie, ponieważ będziemy czekać na Ciebie w raju. Gdybyś nie mogła znaleźć padre, który mógłby udzielić Tobie ostatniego namaszczenia, pamiętaj o żalu za grzechy i strzeż wiary. Pamiętaj również o niezliczonych błogosławieństwach płynących od Pana Jezusa Chrystusa. Skoro wszystko na tym świecie można szybko utracić, nawet jeśli zostaniesz żebraczką, dbaj o to, proszę, byś nie utraciła chwały nieba. Nieważne, co ludzie powiedzą, znoś to wszystko do końca z cierpliwością i miłością. Proszę, módl się za nami wszystkimi. Błagam Ciebie o najważniejszą rzecz: zanurzaj zawsze swoje serce w żalu za grzechy. Niech Bóg Cię strzeże”.
      Powszechne mniemanie jest takie, że prześladowania katolików w Japonii związane były przede wszystkim z tym, że owa obca kultura i cywilizacja z trudem znosiła obecność Jezusa Ukrzyżowanego. Wielu z nas od zawsze była przekonana, że ów szczególny świat buddyzmu, traktując dzieło misyjne przybyłych z Hiszpanii i Portugalii ojców, jako naturalne zagrożenie, w pewnym momencie z charakterystyczną dla siebie bezwzględnością postanowił owo zagrożenie zlikwidować. I owszem, nie da się ukryć, że miejscowi mnisi patrzyli na dzieło misjonarzy co najmniej z niechęcią. Niewykluczone też, że często to oni właśnie zachęcali szogunów do rozprawienia się z rosnącymi coraz bardziej wpływami Kościoła wśród mieszkańców Japonii. Wydaje się jednak, że nigdy by nie doszło do pogromów o takiej skali, gdyby nie działalność angielskich i holenderskich kupców, którzy w tym samym mniej więcej czasie uruchomili swoje szlaki handlowe na Daleki Wschód, a dla których to interesów hiszpańskie i portugalskie wpływy stanowiły bardzo istotną przeszkodę. Należy też pamiętać, że był to czas, kiedy angielski król Jakub I prowadził ciężką wojnę z katolikami, a ona równie skutecznie mogła się realizować na owych szlakach handlowych.

      Myślę, że bardzo dobrym przykładem tego, jak handel i wiara mogły się fantastycznie wręcz uzupełniać, była działalność człowieka nazwiskiem William Adams, który w roku 1598 wyruszył z Holandii do Japonii z misją handlową, by ostatecznie tam zamieszkać, założyć rodzinę i dokończyć żywota, a dzięki osobistej przyjaźni i życzliwości szoguna, uzyskać pozycję, jakiej żaden Europejczyk przed nim i po nim nie zdobył, włącznie z najwyższym tytułem samuraja. Popatrzmy jednak, jak to się wszystko zaczęło.

Zachęcam wszystkich do odwiedzania księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie poza wspomnianym numerem „Szkoły Nawigatorów” są do kupienia i moje książki. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.