czwartek, 28 kwietnia 2016

Padają jak muchy, czyli that's entertainment


Wprawdzie nauczony na wcześniejszych cudzych błędach, ktoś tam bardzo przezornie zdecydował, żeby ciało zmarłego niedawno piosenkarza Prince’a jak najszybciej spalić, ale i tak, jak donoszą media, wychodzi na to, że przyczyna jego śmierci jest bardziej skomplikowana, niż się na początku mogło wydawać. Otóż na przykład u niego w domu znaleziono całą kupę niezrealizowanych recept na niezwykle silne środki przeciwbólowe, a w dodatku okazuje się, że owo gwałtowne lądowanie samolotu z artystą na pokładzie nie było wymuszone tym, że on akurat tam zachorował na grypę, tylko zwyczajnie gwałtowną utratą przytomności. Oczywiście, cokolwiek tam się wydarzyło, jak uczy nas życie, nie będzie miało najmniejszego znaczenia, jako że tego typu śmierci są od samego początku wpisane w koszta, a nam nic do tego. My najwyżej możemy sobie kupić płytę z piosenkami Prince’a, albo liczyć na to, że może wreszcie na youtbubie pojawią się jego koncerty. A dalej będzie tak jak było. Nie nasza sprawa. A jeśli idzie o mnie, to ja chętnie przypominam swój stary tekst o Michaelu Jacksonie, jeden też z rozdziałów mojej książki o muzyce. Polecam.

Osobiście – jeszcze od czasów Jackson Five – jestem wielkim wyznawcą sztuki artystycznej i nieposkromionego talentu najpierw rodziny Jacksonów, a później już samego Michaela Jacksona. Każda jego płyta, począwszy od Off the Wall, z czasów kiedy Jackson jeszcze był czarny, jest dla mnie wydarzeniem i każdej z nich mogę słuchać bez końca. Dziś, kiedy Jackson nie żyje, uważam, że jego śmierć jest wydarzeniem porównywalnym ze śmiercią Elvisa Presleya. Wielu wielkich artystów już odeszło. Umarł choćby Johnny Cash, umarł James Brown. Ale śmierć Presleya czy Jacksona jest jednak czymś innym. To jest trochę coś takiego, jak przed wielu, wielu laty odejścia takich gwiazd, jak Jimi Hendrix, Jim Morrison, Janis Joplin, czy – nieco z innej beczki – Ian Curtis, niemal dziesięć lat później. Jest to bowiem śmierć zaskakująca, a jednocześnie, jak gdyby oczekiwana. Jest to śmierć, której wielu się bało, a jednocześnie wiedziało, że jest nieunikniona i że jest już właściwie tuż tuż.
Ktoś mnie spyta, o co w tym wszystkim może chodzić? Oglądałem kiedyś dokumentalny film o Ozzym Osbornie, którego uwielbiam jeszcze bardziej niż Jacksona. W filmie tym, Osbourne, a z nim jego żona i – wówczas jeszcze nie do końca skretyniałe – dzieci, opowiadali jak to tatuś kiedyś mało nie umarł, ale żyje i już pewnie żył będzie. Sam Ozzy wspominał, jak to jeszcze za czasów Black Sabbath, w garderobach przed i po koncertach zawsze się kręcił przedstawiciel firmy nagraniowej, z walizką wypełnioną kokainą, czy jakimś innym gównem. Specjalnie dla niego i jego kolegów. Takie czasy, taki styl, taka śmierć. Osbourne przeżył. Podobno częściowo dzięki Sharon. Przeżył Mick Jagger, przeżył Keith Richards, nie przeżył Brian Jones. Podobnie jak wielu innych. Im akurat poszło znacznie gorzej. Ciekawe dlaczego?
Mam w tej kwestii od wielu lat pewną teorię, do której jestem bardzo przywiązany i którą się chciałem tutaj podzielić. Uważam – a dziś, po śmierci Jacksona, jestem tego właściwie pewien – że wielu wybitnych skądinąd artystów, nie było tak naprawdę klientami tego faceta z walizką, o którym wspominał Ozzy Osbourne. Z różnych powodów, ale prawdopodobnie przede wszystkim dlatego, ze po prostu byli zbyt mało inteligentni, lub choćby tylko silni. I tak naprawdę, to oni akurat obsługiwali innych. To nie wokół nich kręcił się ten biznes. To nie branża ich karmiła. To oni karmili branżę i to oni branży służyli w sposób absolutnie niewolniczy. Służyli tak długo, aż wreszcie okazało się, że już nic więcej nie mogą przemysłowi dać. I zostali wykorzystani po raz ostatni, w sposób najbardziej spektakularny. W sposób tak spektakularny, że do dziś dzieci noszą na koszulkach wizerunek Doorsów, młode dziewczyny latem noszą się jak Janis Joplin, a ten głupek Hołdys może bezkarnie pleść coś o tym, że jego gitarzysta, Dariusz Kozakiewicz, ma ten sam talent co Hendrix, tyle że znacznie wyższą technikę.
Nie ulega dla mnie najmniejszej wątpliwości, że gdyby Doorsi nagrali jeszcze jedną płytę w składzie z Morrisonem, Jimi Hendrix – zanim umarł – zagrał jeszcze trzy koncerty, a Joplin nagrała jeszcze jedną piosenkę, kolejny rok doprowadził by ich wszystkich do takiego stanu, że pies z kulawą nogą by się już nimi nie zainteresował. I to nie oni by na tym najbardziej stracili. Oni być może tego nawet by nie zauważyli, bo mieli mózgi już tak wyprane z wszelkich uczuć, ze pewnie nie bardzo nawet wiedzieli, jak się nazywają. Natomiast straciliby najbardziej na tym ci sami ludzie, którzy do dziś na nich wszystkich najwięcej zarabiają.
I jestem przekonany, że to jest też to, co ostatecznie spotkało Michaela Jacksona. Wiadomo było, ze po wielu latach kompletnie jałowych, postanowiono na Jacksonie jeszcze raz zarobić. Wiadomo było, ze już wkrótce Michael Jackson wyruszy na nową, światową trasę i że tym razem to będzie trasa rekordowa. Jak się dowiadujemy, sprzedano milion biletów na nowy show Michaela Jacksona. Wiemy, ze ten milion ludzi, którzy wydali ciężkie pieniądze na to, żeby zobaczyć wielki powrót wielkiego artysty, w tym swoim szczęściu było równocześnie skazanych na największe rozczarowanie. Bo, nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że, gdyby jakoś już doszło do tych koncertów, każdy z nich kończyłby się po pierwszych pięciu minutach jakimś nieszczęściem. Czy to w postaci Michaela, który stracił przytomność, albo Michaela, który się popłakał i uciekł, czy wreszcie Michaela, który, zamiast śpiewać siadł na estradzie i zaczął opowiadać jakieś bajki. Tak prawdziwe legendy nie kończą. Jakaś banda zimnych sukinsynów – jestem przekonany, że mam rację – musiała sobie to wszystko bardzo starannie zaplanować. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik. Wybór pozostawał tylko jeden: czy Jackson ma umrzeć zanim się cała trasa zacznie, czy lepiej go załatwić podczas pierwszego koncertu. Wybrano rozwiązanie pierwsze. Zdecydowanie bardziej opłacalne i znacznie mniej ryzykowne. Choćby z tego powodu, że nie wiadomo kompletnie, co artysta by zdążył pokazać, zanim wszystko by się skończyło.
Dziś więc mamy sytuację idealną. Pozostała legenda w najczystszej możliwie postaci, pozostał milion tych biletów, które – nawet jeśli stanowiły dla wielu fortunę – będą już na zawsze przepiękną pamiątką. No i przede wszystkim, przez najbliższe 50 lat, najpierw dzieci, a później wnuki obecnych właścicieli tego interesu, któremu na imię pop, będą świetnie żyli z tego niezwykłego talentu i tej niezwykłej historii. A my do śmierci, z prawdziwą radością, będziemy kupować te piosenki.

Wspomniana na początku książka, gdyby ktoś szukał, jest tu: http://coryllus.pl/?wpsc-product=rock-and-roll-czyli-podwojny-nokaut

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz