środa, 27 kwietnia 2016

Czy w Reichu lubią słuchać piosenek Mariusza Kalagi?

W jednym z dawnych już tekstów, w których, przyznaję, że być może ze zbyt dużą dezynwolturą, przedstawiłem swoje emocje, gdy chodzi o tak zwaną śląskość, opisałem wydarzenie, które zrobiło na mnie naprawdę duże wrażenie i niewykluczone, że w jakiś sposób sprawiło, że w ogóle postanowiłem na ten temat się wypowiedzieć. Otóż w pewien zimowy wieczór stałem sobie na przystanku tramwajowym w Chorzowie i czekałem na tramwaj do Katowic. Obok znajdował się tak zwany „sklep muzyczny”, co oznaczało sprzedaż płyt CD, i z wystawionych na zewnątrz głośników leciały śpiewane w języku niemieckim piosenki reprezentujące gatunek powszechnie znany pod nazwą „muzyka biesiadna”. Ktoś się zapyta: „Czyli disco polo?” Otóż nie. Przede wszystkim, disco polo, jak sama nazwa wskazuje, to jest muzyka polska, a poza tym, przy tym, co usłyszałem tamtego zimowego wieczoru na przystanku tramwajowym w Chorzowie, disco polo to zdecydowanie sztuka wysoka. Tam grano niemiecką piosenkę biesiadną.
Postanowiłem dziś wrócić do tamtych wspomnień, bo parę dni temu, nudząc się nagle jak pies, zacząłem skakać po telewizyjnych kanałach i trafiłem na telewizję, której szczęśliwie nigdy wcześniej oglądać nie miałem okazji, a tam akurat trwał koncert życzeń. Każdy z nas, który pamięta głęboki PRL, wie też, co to takiego ów koncert życzeń. Otóż była to, bądź to telewizyjna, bądź radiowa audycja, gdzie puszczano nam piosenki z dedykacją dla osób mniej lub bardziej bliskich. Program zwykle prowadzili pan i pani, w pewnym momencie pojawiał się komunikat typu: „Dla ukochanej mamy i żony Kasi Jędrzejczak z Sosnowca z okazji 34 rocznicy urodzin, z najlepszymi życzeniami od męża Władka, córki Janeczki i syna Kazika”, no a potem już leciał Krzysztof Krawczyk lub Anna Jantar. I tak przez godzinę. Od czasu jednak jak Polska wstąpiła na drogę demokracji, a potem konsekwentnie stała się częścią Europy, koncerty życzeń stały się przeżytkiem, a jeśli ktoś z nas dziś chce zaistnieć w przestrzeni ogólnopolskiej, to może najwyżej zatelefonować do Szkła Kontaktowego, ewentualnie do Radia Maryja i liczyć na to, że go puszczą.
I proszę sobie wyobrazić, że ja tu nagle, między jedną a druga wizytą w Polsce Komisji Weneckiej, wpadam na telewizję Silesia, a tu dwie kobiety wyglądające, jak gwiazdy zabawy tanecznej w mojej wiosce w roku 1966, siedzą za wielkim stołem i w języku śląskim zapowiadają, że z okazji urodzin… i tak dalej. A po tej zapowiedzi pojawia się niejaki Mariusz Kalaga i mamy to:



A zatem, jak widzimy, nie jest to ani Krzysztof Krawczyk, ani Anna Jantar, ani nawet Reni Jusis, lecz niejaki Mariusz Kalaga. Tamci mogą się lansować w cieple III RP, tu natomiast znajdujemy się w wymiarze całkowicie osobnym i faktycznie, gdyby nie wciąż pewne suflowane bokiem zagrożenia w postaci uwag Jarosława Kaczyńskiego o „opcji niemieckiej” to Kalaga musiałby albo zacząć śpiewać po niemiecku, albo do wypełniania radością kolejnych dni by mu znaleziono godnego zastępcę w wydaniu oryginalnym. No ale Kalaga, jak widzimy, śpiewa jak najbardziej po polsku, a jak przejrzymy jego bogate dossier na youtubie, to i znajdziemy nawet oryginalne wykonanie „Barki”.
I jeśli ktoś myśli, że to już koniec, jest w ciężkim błędzie. Otóż proszę sobie wyobrazić, że szedłem sobie niedawno ulicą Młyńską w Katowicach i, tak jak to zawsze czynię przy tej okazji, mijając sklep z muzyką, zatrzymałem się, by zobaczyć, co tam dziś dają. I oto od lewej do prawej, najpierw była nowa płyta tego satanisty Bowiego, obok płyta tej satanistki Rihanny, a jeszcze bardziej na prawo Kalaga i jego DVD zatytułowane „Benefis Mariusza Kalagi – 30 lat na scenie”. Przepraszam bardzo, ale to jednak znacznie dłużej niż… no może nie Bowie, ale Rihanna na pewno.
Najnowsza płyta Bowiego „Black Star”, którą on nagrał i następnie oddał swoją duszę Diabłu, uważam za jedną z najwybitniejszych płyt w historii muzyki popularnej. Wysłuchałem ją raz i dalej już nie słucham, bo się boję. Nowej płyty Rihanny słucham czasem i uważam, że to jest kawał fantastycznego wręcz popu. No ale tu nagle mamy tego Kalagę, ten koncert życzeń w TV Silesia, te 30 lat na scenie, no i ten Śląsk, tak bardzo ekspresyjny na przystanku tramwajowym w Chorzowie pewnego zimowego wieczoru. Patrzę więc na tego Kalagę, staram się wczuć w emocję tych wszystkich ludzi, którzy mnie każdego dnia otaczają z każdej strony i dla których z takim sukcesem wciąż działa ta dziwna telewizja i myślę sobie, że oni naprawdę uwierzyli, że są poza tym wszystkim; że ich ta cała Polska nie interesuje; że oni stanęli właśnie na progu upragnionych Niemiec i za chwilę znajdą się w raju.
Otóż, tym razem ze szczerym zrozumieniem i jednak sympatią, zmuszony jestem ich poinformować, że oni są już mocno spóźnieni. Jeśli chcą sobie posłuchać fajnych szlagrów, to tylko tu, w Polsce. Tam w Reichu większość leci już wyłącznie po angielsku. Tam Kalaga się najzwyczajniej w świecie nie mieści. Takie czasy.

Jeśli chodzi o książki, to ja naprawdę szczerze zachęcam do odwiedzania księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl. Tam są wszystkie książki, które aktualnie są warte uwagi. W tym sześć moich. Polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz