piątek, 15 kwietnia 2016

Kukiz - ostatnie wejście smoka

Miałem na dziś zupełnie inne plany, jednak wczorajszy widok Pawła Kukiza gratulującego sobie z Ryszardem Petru owego – historycznego już w pewnym sensie – „zwycięstwa”, zrobił na mnie takie wrażenie, że postanowiłem najbliższe dni poświęcić właśnie jemu, Pawłowi Kukizowi, i przypomnieć dwa swoje starsze już teksty. Pierwszy z nich, zatytułowany po prostu „Kukiz” już dziś. Wrzesień 2009 roku. Jak ten czas leci!

Dziwna rzecz. Powinno być zupełnie odwrotnie, a tu akurat, w moim przypadku, wszystko stanęło na głowie. Z jakiegoś powodu, pisanie na zamówienie mi służy. Jakiś czas temu, mój dobry kolega FlyingOko zażyczył sobie, bym przestał zanudzać i zaczął pisać o sprawach, nie o ludziach, napisałem specjalnie dla niego tekst o czymś co panoszy się po mojej okolicy, a nazywa się Regionalna Izba Gospodarcza, i natychmiast ojciec Rachmajda wydrukował mi ten tekst w swoich Zeszytach. Wczoraj, mimo że miałem już bardzo sprecyzowane plany co do mojego kolejnego wpisu, a tu znów FlyingOko zgłosił zamówienie, tym razem na tekst o językowej niekompetencji w rejonach jak najbardziej publicznych. Napisałem więc to co napisałem, a tu nagle, komentarze, rozbłysły tak cudowną gadką – tylko w bardzo, bardzo nikłym stopniu związaną z tematem – że pozostało mi jedynie drapać się po głowie i zastanawiać, jak to się stało, ze ten blog potrafił przyciągnąć do siebie tak miłe towarzystwo.
Oczywiście, wrzutki, o których piszę mają swoje wady. Choćby to, że tematy już gotowe, muszą poczekać. Ale to jest drobiazg. Jak trzeba, niech czekają. Szczególnie gdy ich bohaterem jest ktoś, lub coś, co nawet nie do końca zasługuje, by się tu znaleźć. Dziś, mam na głowie piosenkarza Pawła Kukiza. Piszę ‘piosenkarza’, choć nie do końca mam przekonanie, że to jest dobre określenie. Kukiz jest niewątpliwie byłym piosenkarzem, zdaje się, że w pewnym momencie swojej kariery, jak na polskie warunki, dość zdolnym. Jest też aktorem z doskoku, kompletnie nieudanym, no i przede wszystkim tzw. niedzielnym autorytetem. Co mam na myśli, mówiąc o ‘niedzielnych autorytetach’? Chodzi mi i pewną, niewielką grupę, głównie popowych artystów, którzy przez ogólnokrajowe media wykorzystywane są, od czasu do czasu, do załatwiania bieżących spraw, o których przeciętny obywatel ani nie ma pojęcia, ani tego pojęcia mieć nie powinien. Są to tacy ludzie jak Zbigniew Hołdys, Krzysztof Skiba, Kora Jackowska, Liroy, czy właśnie Paweł Kukiz, którzy wprawdzie nie mają pojęcia o niczym, oprócz tego – być może – gdzie można kupić najlepszy towar w mieście, ale za to są wyszczekani i zawsze gotowi do tego, by przyjść do telewizyjnego studia i powiedzieć to co trzeba.
Paweł Kukiz jest oczywiście bardzo typowym przedstawicielem tego środowiska, z jedną jednak różnicą. O ile oni wszyscy są pozbawieni nawet śladu jakichkolwiek innych umiejętności, poza ględzeniem, Kukiz zachował jakąś szczątkową wersję tego, co się nazywa twórczością estradową. A w zawiązku z tym, kiedy on się pokazuje publicznie, to przynajmniej czasami oprócz tego, że gada co mu każą, śpiewa, co uważa za bezpieczne, a może nawet i korzystne. Pamiętamy go wszyscy sprzed lat, kiedy już był tylko byłym muzykiem, ale wciąż dopiero początkującym komentatorem, kiedy zyskał wielką, ogólnonarodową sławę piosenką zaczynająca się od słów „Ksiądz proboszcz już się zbliża”. Były artysta Kukiz, wymyślił sobie swój akt w ten sposób, że, korzystając z melodii kościelnej piosenki eucharystycznej, śpiewanej przez pobożne polskie dzieci podczas ich Pierwszej Komunii, stworzy zupełnie nowy utwór, który wyszydzi Kościół, jako środowisko pijaków i złodziei. Pomysł Kukiza bardzo zgrabnie się wpisał w ówczesną atmosferę bardzo agresywnego antyklerykalizmu i przyniósł mu wielką sławę i zapewne bardzo duże pieniądze.
Piszę dziś o nim bez najmniejszego wstydu i poczucia tracenia czasu, ponieważ właśnie w dniu rocznicy sowieckiej zbrojnej agresji na Polskę, Kukiz powtórzył swój manewr sprzed lat. Nie po raz pierwszy zresztą. Kiedy komunistyczna agentura zaczynała tracić grunt pod nogami i nawet ktoś kompletnie niezorientowany w polityce wiedział, że Miller, Kołodko, Oleksy, Kwaśniewski i cała reszta tej bandy powoli zaczyna odchodzić w niebyt, i kiedy Lech Kaczyński swoją popularnością zaczął dystansować nawet Aleksandra Kwaśniewskiego, Paweł Kukiz odnowił swoją publiczną pozycję piosenką, w której obrzucał komunistów najbardziej obelżywymi epitetami. I wtedy również, wystąpił kilka razy w mediach, wyjaśniając jak to on po prostu nie mógł się powstrzymać od tego gestu serca. Zarówno jednak ów stary greps z parodią dziecięcej piosenki eucharystycznej, ani późniejsze plucie na naszą rodzimą bolszewię, nie mogą się równać z tym, co Kukiz wykroił nam obecnie. Wykorzystując, z jednej strony, społeczny sukces historycznej polityki, niestrudzenie i wbrew bardzo ciężkiej agresji z różnych stron, prowadzonej przez Lecha Kaczyńskiego, a w wcześniej również przez rząd PiS-u, a z drugiej, 70. rocznicę sowieckiej napaści, napisał i zaprezentował nową piosenkę, tym razem o dwóch pijanych sowieckich żołnierzach strzelających w lesie katyńskim do polskich oficerów.
Podobieństwo między wczesnym przebojem Kukiza, a tym, co on odstawił dziś, jest uderzające. Przede wszystkim identyczny jest sam pomysł muzyczny. zarówno piosenka sprzed lat, jak i ta dzisiejsza, to jarmarczne parodie. Śpiewając przed laty o zapijaczonym księdzu wyłudzającym pieniądze od głupich i bezmyślnych religijnych wieśniaków, Kukiz przygrywał sobie tanimi kościelnymi organami, w taki sposób by ta stara kościelna pieśń brzmiała maksymalnie śmiesznie i szyderczo. Dzisiejszy szlagier Kukiza korzysta z identycznych środków . Wprawdzie tym razem, zamiast organów, słyszymy akordeon, ale też używany w taki sposób, żeby opinia publiczna błyskawicznie skojarzyła, że mamy do czynienia z ruskim dziadostwem i jarmarkiem. Ja oczywiście rozumiem, że sposób, w jaki Kukiz komponuje swoje dzieła, jest w pewnym stopniu na nim wymuszony. On nie ma wystarczająco dużo talentu, żeby stworzyć coś autentycznie oryginalnego, więc siłą rzeczy musi się odwoływać do najbardziej prymitywnej, sztubackiej estetyki. To mu gwarantuje, ze i będzie miał łatwo, a i jednocześnie, najbardziej bezmyślna i niewrażliwa część jego publiczności szybciej to wszystko przyjmie.
No ale i to nie jest najważniejsze. Najgorsze, co się tu wydarzyło, a przy okazji najbardziej oburzające, jest to, że on do promowania swojej nędznej osoby, wykorzystał akurat ten dzień. Mało tego. Niechby i robił on sobie, co mu przyjdzie do tej jego brudnej głowy, gdyby tylko nikt na to nie zwrócił uwagi. Tu jednak nastąpiło coś zupełnie porażającego. Telewizja TVN24, najpierw w ciszy i w całości puściła klip z tą piosenką, a później pojawił się Rymanowski z Kukizem i z po chwili śmiertelnej, pełnej wzruszenia ciszy, obaj, ze ściśniętymi gardłami zaczęli swoją pełną patriotycznych uniesień rozmowę. Oczywiście, ani razy nie padło słowo ‘piosenka’. To już była ‘pieśń’, a Kukiz już oczywiście nie był zwykłym, walczącym o przetrwanie, upadłym popowym artystą do wynajęcia, lecz tym Pawłem Kukizem. Głosem polskiego, narodowego sumienia. Oto choroba w postaci najczystszej.
Żeby nie pozostawiać najmniejszej wątpliwości co do tego, o czym chcę dziś mówić. Nie chodzi mi specjalnie o to, że władze wykorzystuję kulturę pop do swoich nędznych interesów. W końcu, to się dzieje cały czas. Pamiętamy pewnie wciąż, jak w czasach kiedy Jerzy Buzek jeszcze nie był wielkim, wspaniałym, poważnym europejskim polityka o najszlachetniejszej w świecie siwiźnie, ale Buzkiem, z którego szydziło każde dziecko, Krzysztof Skiba, wówczas jeszcze muzyk, a nie polityczny komentator, podczas któregoś z koncertów dowcipnie wypiął na Premiera swój spasiony tyłek. To jest na tyle bzdura, że dziś nawet nie warto Skiby pytać, czy on, w swoim niezależnie myślącym łbie, wciąż uważa Buzka z kogoś, komu można tylko pokazać dupę. Ani nie ma po co, ani nie ma jak. W końcu nawet, gdybym go spotkał na ulicy, to co mi to da, że się napnę? Przecież to głupek.
I taki to jest ten nasz los. Los ludzi, otoczonych z jednej strony przez zakłamanych polityków, dziennikarzy, socjologów, politologów, psychologów, a z drugiej strony przez wynajmowanych przez nich tandeciarzy, których jedynym sukcesem i zasługą jest to, że w tych smutnych wczesnych latach osiemdziesiątych, kiedy władze stanu wojennego, w celu uwiarygodnienia swojej zbrodni, znaleźli się w odpowiednim miejscu, a umieli trochę grać na jakimś instrumencie. Jednych i drugich, zresztą, z kolei, wynajętych przez kogoś stojącego znacznie wyżej, tyle że, jeśli idzie o to, kto to taki, to nam już akurat nic do tego. A po co to wszystko? Tu nam akurat też nic do tego.

Przypominam, że w księgarni pod adresem http://coryllus.pl/?wpsc_product_category=books są do nabycia moje książki. Szczerze zachęcam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz