środa, 17 lutego 2016

Czekając na Mdisho z plemienia Mwanumwezi

Właśnie przeczytałem na Twitterze, że Kajetan Poznański, okrutny morderca, którego dziś poszukuje policja na całym świecie, oprócz tego, że był cenionym w środowisku poetą i szanowanym intelektualistą, miał odbywać staż w tygodniku „Polityka”. Wiadomość ta zrobiła na mnie wrażenie z dwóch powodów. Pierwszy to ten, oczywisty, że, jak się okazuje po raz nie wiadomo który, wystarczy mieć odpowiednio wyraźną psychopatyczną osobowość, by nie tylko otrzymywać rządowe granty na różnego rodzaju działalność kulturalno-artystyczną, to jeszcze być przyjmowanym na tak zwanych salonach. Drugi natomiast jest już znacznie bardziej poważny. Otóż, kiedy usłyszałem o tym stażu, przypomniało mi się, jak to Maria Goniewicz, opętane przez Szatana dziecko spod Białej Podlaski i podobnie jak Poznański, poetka, w tej samej „Polityce” miała recenzję swojej twórczości. Przypomniałem sobie o tym wszystkim i nagle zdałem sobie sprawę, że opisywane niedawno przez Coryllusa milion złotych na humanistyczną działalność Magdaleny Środy i inne tego typu ekscesy, to naprawdę nic takiego. Oni nas otaczają dosłownie z wszystkich kierunków.
Może się zbiorę w sobie i napiszę o tym coś osobnego, dziś natomiast chciałbym przypomnieć swój stary tekst, jeszcze z pamiętnego roku 2010, który nie wiedzieć czemu nie znalazł się w mojej książce o siedmiokilogramowym liściu, a powinien. Zapraszam.

Tak wyszło, że musimy wrócić do problemu prawa i sprawiedliwości i tego, jak dobrzy ludzie są jednego i drugiego spragnieni. Wydawało mi się – tak zresztą jak wydaje mi się za każdym razem, kiedy zamieszczam tu kolejny wpis – że wszystko co chciałem powiedzieć, powiedziałem wystarczająco szczerze i jednoznacznie, by nie prowokować nieporozumień, jednak – też podobnie jak za każdym razem – okazało się, że wciąż musimy stawać przed jakimiś niedomówieniami. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że te wpisy bardzo rzadko są konstruowane na poziomie prostych stwierdzeń i opisów i tego akurat ani nie żałuję, ani też nie zamierzam zmieniać. Jeśli ktoś pragnie poczytać o tym, że niskie podatki są lepsze od wysokich, że kara śmierci jest lepsza niż jej brak, że komunizm jest równie zły jak faszyzm, a Wojciech Jaruzelski to nie bohater, ale zdrajca, to ma wystarczająco dużo okazji sobie poużywać na innych blogach. Jak idzie o ten blog, to ja tak to sobie już tu planuję, że byłoby mi bardzo niezręcznie narażać się na zarzut, że jestem zbyt trywialny. Jeśli już muszę wybierać, to zdecydowanie bardziej wolę brak zrozumienia, niż choćby jedno wzruszenie ramion.
Bywa jednak tak, że czasem to co chcę przekazać, zostaje niezrozumiane w sposób bardziej bolesny, niż ma to miejsce na co dzień. Albo nawet nie tyle bardziej, co akurat nie przez tych, którzy i tak przeważnie niewiele rozumieją, ale przez tych do których te słowa są kierowane bardziej niż do innych. A więc przez tak naprawdę dobrodziei tego bloga. Ludzi, z myślą o których ten blog jest prowadzony, do których jest przede wszystkim adresowany, dla których w gruncie rzeczy cały czas powstaje i którymi się żywi, by nie powiedzieć pasożywi. Wtedy to autentycznie boli.
Z tego typu doświadczeniem miałem do czynienia kilka razy, i za każdym razem, blog ten opuszczała kolejna grupa zawiedzionych prawicowców, którzy dochodzili do wniosku, że jednak – wbrew wszelkim dotychczasowym znakom – jego autor, nawet jeśli nie zdrajca, to po prostu idiota bez śladu podstawowej wrażliwości. Zaczęło się, o ile sobie dobrze przypominam, od paru tekstów o Wołyniu, a skończyło się ostatnio bardzo, na tekście o prawie i sprawiedliwości reprezentowanym – wbrew powszechnym gdzie niegdzie przekonaniu – nie przez bandy idiotów wrzeszczące: „CHWDP”, lecz przez wymiar sprawiedliwości, rozumiany jako policja, prokuratura i sądy, działające w ramach praworządnego państwa. Konkretnie poszło o wyrażone przeze mnie przekonanie, że w sytuacji, gdy wspomniane bandy idiotów, ze wspomnianym hasłem na swoich sztandarach, wypowiadają temu państwu wojnę, to sprawiedliwość i prawo nie powinny być akademickim pustosłowiem, lecz praktycznym gestem. A jeśli ów praktyczny gest pozostaje z różnych – gównie cywilizacyjnych względów – nierealizowalny, to niech przynajmniej ten jak najbardziej naturalny postulat pozostanie zaledwie w postaci słowa. Choćby słowa.
No więc kiedy i te noże w dworcowych kioskach i ci idioci w kapturach i ta warszawska Wola i ten tak zawstydzająco bezbronny wobec tak zimnej, tak bezmyślnej i tak niewytłumaczalnej agresji policjant i ta jego biedna rodzina, stały się nagle jedną i tą samą częścią jednego i tego samego problemu, nie powiedziałem przecież nic ponad zupełnie oczywiste stwierdzenie, że jeśli można wartościować życie – a wierzę, że można – to zginąć miał agresor, a nie jego ofiara. Że w świecie prawdziwej sprawiedliwości i skutecznie egzekwowanego prawa, coś takiego jak grom z jasnego nieba jest rozwiązaniem, w moim pojęciu, pięknym w swojej naturalności. Nie chciałem otwierać debaty na temat złego poziomu wyszkolenia polskiej policji; nie planowałem dyskutować skuteczności wprowadzenia kary śmierci; nie miałem najmniejszego zamiaru prowadzić rozważań odnośnie legalizacji posiadania broni. Chciałem tylko, widząc jak tradycyjnie rozumiane prawo i sprawiedliwość zostają ośmieszone, powiedzieć, że to z czym mamy do czynienia – to już najprawdziwsza wojna. A skoro w tej wojnie jesteśmy aż tak bezbronni – i, jak wszystko na to wskazuje, bezbronni pozostaniemy – niech choćby pojawi się to słowo. I cóż w tym takiego groźnego?
A groźnie przecież mogłoby być. Jeden z moich ulubionych autorów, Roald Dahl, pisał głównie dla dzieci. Oprócz tych książeczek, z których niemal wszystkie zdobyły sławę wręcz modelową (w tym roku, oparty na jego historii „Fantastyczny pan Lis”, otrzymał dwie oscarowe nominacje), wydał Dahl dwie książki autobiograficzne i całą kupę krótkich opowiadań dla dorosłych. Kiedy miał 22 lata, jako przedstawiciel Shella wyjechał do Afryki, i kiedy wybuchła II Wojna Światowa wstąpił do wojska i już tam został. Mieszkał Roald Dahl w Tanganice, która będąc wcześniej niemiecką kolonią, w chwili wybuchu wojny była pełna Niemców, a więc siłą rzeczy wrogów. Kto chce, niech sobie kupi wspomnienia Dahla z tych czasów wydanych pod tytułem „Going Solo”. Ja tylko tu opowiem pewną historię, która dla tego o czym tu dziś piszę, może mieć znaczenie kluczowe. Otóż w momencie wybuchu wojny, służący Dahla, Mdisho, pierwsze co zrobił, to porwał należący do Dahla pamiątkowy, arabski, pięknie inkrustowany miecz, popędził do jedynego Niemca jakiego znał i, nie zadając mu żadnych pytań, wpadł do jego domu i obciął mu głowę. Dahl bardzo barwnie i z niezwykłym przejęciem opisuje ten akt. Mdisho, niemal całkowicie nagi, z mieczem w dłoni pędzi cztery godziny przez nocną Afrykę z jednym zamiarem. Wypowiedzieć wojnę Niemcom. Swoją prywatną wojnę, która go obchodzi tylko o tyle, o ile słyszał od samego Dahla, że jest wojna i Niemcy są źli. Wie też – z własnego doświadczenia i z nauk, jakie odebrał od swojego ojca – że kiedy jest wojna, naczelną zasadą jest zabić wszystkich przeciwników, zanim oni się zorientują co się dzieje. Dla niego nie istnieją ani traktaty, ani umowy, ani zasady, ani jakiekolwiek reguły. Jedyna zasada jest taka, że wroga należy zabić zanim on zabije nas.
Bardzo ciekawa jest rozmowa, jako przytacza Dahl. Kiedy Mdisho dowiaduje się, że szykuje się wojna, cieszy się bardzo, bo pochodzi z plemienia Mwanumzezi, a jak pisze Dahl, „Mwanumzezi przez setki lat byli największymi wojownikami we Wschodniej Afryce, podbijając wszystkich, włącznie z Masajami”. Podekscytowany Mdisho wrzeszczy: „Uderzmy pierwsi. Weźmy ich przez zaskoczenie, tych Niemców, panie. Pozabijajmy ich wszystkich zanim wojna się zacznie. To jest zawsze najlepszy sposób, panie. Moi przodkowie zawsze atakowali pierwsi”. Dahl mu na to tłumaczy, że tak się nie da, że dopóki wojna nie zostanie oficjalnie wypowiedziana, należy czekać: „Co do wojen, mamy bardzo ścisłe zasady”, mówi. „U nas jest tak, że nikt nie może zabić nikogo, dopóki sędzia nie dmuchnie gwizdek i mecz się oficjalnie nie zacznie”. I na to Mdisho wybucha śmiechem: „Przecież to jest niepoważne, panie! Na wojnie nie ma reguł. Liczy się tylko zwycięstwo”.
Mogłoby więc być groźnie. I obawiam się, że wielu tych, którzy przeczytawszy wpis o zamordowanym policjancie i bandycie, który przeżył, doszli do wniosku, że kiedy postulowałem, by siedemnastoletniego nożownika zabić jak psa, zanim w on ogóle ten swój nóż wyciągnął, miałem na myśli przyszłe rozwiązania prawne. Że sugerując, że sprawiedliwość byłaby wtedy, gdyby to ten bandyta został zdmuchnięty z powierzchni ziemi, a nie policjant, otwieram dyskusję na temat kary śmierci, prawa do posiadania broni, poszerzania praw policjantów, i ograniczania przypadków ewentualnych pomyłek. Że ja chcę rozmawiać o wyszkoleniu, o wychowaniu i o tym co dobre, a co złe. A więc mogło być groźnie.
Ale nie będzie. Ani bowiem nie jesteśmy wojownikami, ani nawet nie chcemy nimi być. Jesteśmy poważni i eleganccy, często wykształceni i współtworzymy współczesną cywilizację. Ani nie strzelamy do innych ludzi, ani nie przebijamy ich nożem, ani tym bardziej nie obcinamy im głów. A już z całą pewnością nie wszyscy. Nie wszyscy bowiem jestem zwierzętami, prawda? My, najpierw czekamy na gwizdek, i kiedy on już zabrzmi, wtedy tych, którzy chcą nam zrobić krzywdę, osądzamy przed naszymi sądami i wsadzamy do więzień. Przynajmniej mamy taki plan. A że się czasem nam się to nie udaje i że ponosimy przy tym pewne straty? No cóż. Taka jest cena cywilizacji. I ja wcale nie ironizuję. Jeśli ktoś myśli, że ja ironizuje, nich się puknie w czoło i zacznie wreszcie myśleć. Ja podkreślam jak najpoważniej jeszcze raz.
Cywilizacja ma swoją cenę. I ja już dawno zdążyłem się z tym pogodzić.
Wczoraj przeczytałem, że w 2000 roku, czyli już wtedy kiedy nawet u nas otwierały się poważne perspektywy cywilizacyjne, w Stanach Zjednoczonych dwóch wybitnych psychiatrów przeprowadziło siedemdziesięciominutową terapię na dziesięcioletniej dziewczynce nazwiskiem Candace Newmaker. Dziewczynka była niegrzeczna i nie chciała się podporządkować poleceniom swojej macochy. A więc macocha skierowała ją na ową terapię. Psychiatrzy zawinęli dziecko w koc i kazali się mu z koca uwolnić, jednocześnie uniemożliwiając jej to brutalną siłą. Plan był taki, że jeśli ona chce być grzeczna, musi się najpierw ponownie narodzić. Nie chce mi się o tym pisać. Jak kto chce sobie poczytać, wszystko jest w wikipedii. Powiem tylko, że po siedemdziesięciu minutach tych tortur, to dziecko zadusiło się swoimi wymiotami i umarło.
I teraz jest tak, że jeśli ja powiem, że było by sprawiedliwie, a przy tym i prawo by nie zostało upodlone, gdyby zanim ci psychiatrzy dotknęli tego dziecka, do tej ich kliniki wpadł wojownik z plemienia Mwanumzezi z pięknym, inkrustowanym obrazami z życia Proroka mieczem i poobcinał im łby, przyjdą tu nie tylko uczeni psychiatrzy, by mi tłumaczyć, jak po polsku nazywa się tzw. ‘attachment therapy’ i o co w niej chodzi. O nich już mam swoje zdanie i oni akurat nie są mi już do niczego potrzebni. Gorzej, że obok nich pojawią się wrażliwi prawicowcy i zaczną się nade mną użalać, że ja już kompletnie zdziczałem i że przez to jest im smutno. A po nich pojawią się nowi dyskutanci i otworzą rozmowę na temat błędów w psychiatrii i nieskuteczności wymiaru sprawiedliwości w Stanach Zjednoczonych. A po nich przyjdą jeszcze inni, i zaczną debatować o tym, jak to Ameryka pod Obamą jeszcze bardziej upada, a Tusk jest idiotą. No i, w podsumowaniu tego wszystkiego, pojawi się w sieci szyderczy wpis o brzydocie dworca kolejowego w Katowicach.
W tej sytuacji wszystkim tym, którym ta wiedza może być przydatna, mam do przekazania jedno. Ja w dalszym ciągu będę tu pisał to na co mam ochotę. I nie jesteście w stanie tego zmienić, choćbyście na mnie nasłali dziesięciu dzikich murzynów z arabskimi mieczami. Zwłaszcza że oni akurat trzymają tu moją stronę.

Zapraszam wszystkich do księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Wspomnianej książki o liściu tam już wprawdzie nie ma, natomiast wszystkie pozostałe jak najbardziej. Polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz