wtorek, 23 grudnia 2014

Tym razem bez życzeń. Nie tym razem.

Myślę że każdy, nawet ów mniej uważny, czytelnik tego bloga wie, że, jak to śpiewał swego czasu Mistrz, „tu się psia nędza nikt nie oszczędza”. A skoro tak, to czytelnik ten też wie, że w pierwszym szeregu tych, co do których nikt się tu nie oszczędza, stoją tak zwani „dziennikarze niepokorni”. Oni na tym blogu są tępieni w sposób bezwzględny i systematyczny od lat i jak wiele na to wskazuje, sytuacja ta już raczej się nie zmieni – przynajmniej do czasu, gdy jakaś nieoczekiwana rewolucja ich raz na zawsze najzwyczajniej w świecie stąd wymiecie.
O co autor tego bloga i komentujące na nim stale osoby mają do owych „niepokornych dziennikarzy” pretensje? Otóż po pierwsze o to, że oni są słabi; zwyczajnie słabi. Pod względem umiejętności czysto dziennikarskich, niemal stuprocentowa większość z nich to amatorzy i to amatorzy z całkowitego przypadku. Po drugie, niemal stuprocentowa większość z nich – choć tu mam wrażenie, że wyjątków nie ma – pozostaje całkowicie obojętna w stosunku do sprawy, o którą rzekomo walczą. I tego jestem pewien. Gdyby każdego z nich spróbować prywatnie zaczepić w którejkolwiek ze spraw, które dręczą na co dzień każdego z nas, oni by jedynie wzruszyli ramionami i powiedzieli nam, by im nie zawracać głowy. Po trzecie wreszcie zarówno sami autorzy dostarczanych prawicowej opinii publicznej tekstów, jak i ich dysponenci, są głęboko przekonani, że oni wszyscy uprawiając tę swoją działkę, mają do czynienia z takimi durniami, że choćby oni stoczyli się do poziomu najniższego, nikt z tych bałwanów tego nie zauważy. Ja mam pretensję do polskiego tak zwanego „dziennikarstwa niepokornego” o to, że oni, z jakiegoś kompletnie dla mnie niewyjaśnionego powodu, żyją w głębokim przekonaniu, że nie ma takiego idiotyzmu w ich wykonaniu, który ja na przykład byłbym w stanie dostrzec. No i sobie używają. I za to ich tu na tym blogu tępię bez żadnej litości. Tych bezczelnych idiotów, tę ich gnuśność i wręcz karykaturalną bezmyślność.
Ponieważ jednak ta walka trwa już tyle lat – przypominam, że mój pierwszy tekst, zamieszczony jeszcze w roku 2008 pod dawnym adresem toyah.salon24.pl, dotyczył osoby i publicystycznej działalności Rafała Ziemkiewicza – mam wrażenie, że pojawiająca się tu od czasu do czasu krytyka owej „niepokornej publicystyki”, przez niektórych z nas traktowana jest jako swego czasu rytuał. Chodzi mi o to, że uważam za bardzo prawdopodobne, że kiedy my tu zajmujemy się gnojeniem jakiegoś Skwiecińskiego, czy Zaremby, pewna część czytelników uważa, że to jest tylko taka zabawa; że wszystko się bierze stąd, że autor tego bloga ma taki a nie inny charakter, a ów charakter tworzy autpmatycznie charakter tych tekstów. Otóż możliwe, że tak się niekiedy dzieje, jednak nie w tym wypadku. Gdy chodzi o kwestie dziennikarstwa – w tym przed wszystkim (inne naszej tu uwagi raczej nie zajmuje) dziennikarstwa prawicowego – tu żartów nie ma. Tu wszystko się toczy na poziomie jak najbardziej poważnym.
Myślę, że nadszedł czas – a niech już będzie, że przy okazji zbliżających się Świąt – by pokazać, w czym rzecz, i to w taki sposób, by każdy z nas zrozumiał powagę sytuacji. Oto wczoraj, powiem szczerze, że nie bardzo nawet wiem dlaczego, zacząłem bardzo solidnie przeglądać kolejne wiadomości ukazujące się na portalu wpolityce.pl, który, o czym niektórzy z nas mogą nie wiedzieć, jest internetową ekspozyturą popularnego prawicowego tygodnika opinii „W Sieci”. I proszę sobie wyobrazić, że najpierw natknąłem się na tekst niejakiego (daje słowo, że ja tych redaktorów nie znam) Tomasza Domalewskiego, „wieloletniego redaktora krakowskiego ‘Dziennika Polskiego’”, który nas informuje, że premier Kopacz skompromitowała się udzielając wywiadu magazynowi „Viva” i dziś ma o tę kompromitację pretensję do „Vivy”, zamiast do siebie. „Zarówno sama Pani Premier, jak też cały fraucymer biegający za nią, zestaw doradców, opiekunów medialnych i tych od propagandy, został ośmieszony wyłącznie na własne życzenie, z powodu własnych niedostatków. Wiadomo jakich. I bicie przedświątecznej piany, próba zamiany próżności w obfitość ilorazu niczego nie zmieni. Lustereczko nie kłamie”, pisze Domalewski, a czytelnikowi pozostaje już tylko zachodzić w głowę, o co poszło. Czy Kopacz powiedziała coś głupiego, a ci zamiast ją ocenzurować, ową wpadkę puścili? Czy może „Viva” zamieściła jakieś kompromitujące ją zdjęcie? A może oni czegoś na czym Premier bardzo zależało, nie puścili? Oczywiście, zaciekawiony, o co mogło pójść, że to aż Kancelaria Premiera musiała interweniować, poszperałem w Sieci i odpowiedź znalazłem: chodziło o to, że „Viva” Kopaczowej założyła jakiś ciuch i obok właściwego tekstu zamieściła też reklamę sklepu, który owym ciuchem handluje. A więc reklama. Tyle że o tym już ani słowa. Dlaczego? To proste. Wówczas mogłoby się okazać, że my, a więc z punktu widzenia Domalewskiego i redaktorów portalu banda skończonych, nic nie wartych durniów, nie daj Boże, nie zrozumielibyśmy z tego nic, no i nie wiedzielibyśmy, że w najbliższych wyborach należy głosować na PiS, a nie na Platformę. A więc najlepiej jest po prostu obrzucić Kopacz szyderstwami i liczyć, że one nie okażą się zbyt wyszukane.
Po Domalewskim pojawia się tekst podpisany przez „Zespół wpolityce.pl” i zatytułowany „Prawie połowa Polaków nie uznaje wyniku wyborów samorządowych”, i tu już nie można mieć najmniejszych wątpliwości, że mamy do czynienia z akcją opartą na zasadzie „ci durnie i tak nie wyjdą poza tytuł”. Bo co takiego się dzieje? Otóż z tekstu zamieszczonego na prawicowym portalu wpolityce.pl dowiadujemy się, że 68 procent osób które wzięły udział w wyborach wierzy w oficjalnie podane wyniki, natomiast z tych, którzy w wyborach udziału nie wzięły, w oficjalne dane wierzy zaledwie 48 procent. Jeśli się jednak tych ludzi spytać, co należy w tej sprawie zrobić, zaledwie 7 procent chce, by policzyć jeszcze raz wszystkie głosy. Oczywiście to nie przeszkadza „zespołowi w polityce.pl”, by tytułować swój tekst zdaniem: „Prawie połowa Polaków nie uznaje wyników wyborów samorządowych”. Czemu tak? Sprawa jest jasna. Chodzi o to, byśmy my, banda idiotów, którzy ani nie umieją czytać, ani tym bardziej myśleć, wykonali robotę za panów dziennikarzy.
No i wreszcie mamy na koniec autentyczny rodzynek. Oto przed nami tekst człowieka nazwiskiem Tomasz Rakowski, który pod spodem przedstawia się jako: „Informatyk, przedsiębiorca, podwójny absolwent Politechniki Gdańskiej. Zaangażowany w działalność społeczną od 10.04.2010. Publikował w pierwszym ‘Uważam Rze’. Współpracownik Ruchu Społecznego im. Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. Katolik, konserwatysta, homosceptyk. Dumny z tego, że jest Polakiem. Interesuje się kinematografią” (daję słowo, nic nie zmyślam). I oto okazuje się, że ów Rakowski ma dla nas naukę, w jaki sposób powinniśmy zareagować na to, że sieć EMPiK uznała za stosowne do swojej akcji promocyjnej zaangażować muzyka Adama Darskiego i gwiazdę telewizji TVN24 Marię Czubaszek, nazywanych przez Rakowskiego „satanistą” i „aborcjonistką”. Otóż zdaniem Rakowskiego powinniśmy pójść do EMPiK-u, wrzucić do koszyka towar za ciężkie pieniądze, przyjść do kasy, a kiedy kasjerka to wszystko nabije do kasy, odwrócić się na pięcie i odejść z honorem. Taki to jest plan. Rakowski, abyśmy – banda tępych durni – wszystko do początku do końca zrozumieli, opisuje nam punkt po punkcie, jak to wszystko on sam dla nas zrobił. Otóż (daję ponowne słowo honoru, że nic nie zmyślam) zaszedł ów człek do EMPiK-u, nawrzucał do koszyka przeróżnego towaru i ustawił się w kolejce do kasy. Kiedy przyszła na niego kolej, okazało się, że trzeba będzie zapłacić aż 500 zł. Tu pozwolę sobie zacytować cały odpowiedni fragment tekstu na prawicowym portalu wpolityce.pl:
- A co ze zniżką?
- Nie mogę, niestety.
- To jak to? Dla całej rodziny, na pół tysiąca zakupy i żadnej zniżki?
- Niestety.
- No cóż – skapitulowałem sięgając do wewnętrznej kieszeni płaszcza. Wyciągnąłem portfel. Brak gotówki.
- Można kartą? – zapytałem naiwnie.
- Można! – rozwiała moje obawy pani kierownik. Odgarnęła włosy. Jej wyciągnięta w moim kierunku ręka zawisła w powietrzu. Od mojej dłoni, w której trzymałem plastykowe pieniądze dzieliło ją kilka centymetrów.
I w tym momencie następuje atak:
- Jak się nazywa ta sieć księgarń, która reklamuje się przy pomocy satanisty? – Zmieszanie na jej twarzy było nie do ukrycia. Kobiecie odjęło mowę. Oczy zaczęły uciekać na boki, jakby w geście obrony jej ręka po raz kolejny wyciągnęła się w kierunku mojej karty. - Nie wiem – bąknęła. - No nie pamięta pani? – nie odpuszczałem - No ten satanista. Wie pani, nie chciałbym, żeby doszło do jakiejś pomyłki. On tam jeszcze występuje z jakąś starszawą panią, aborcjonistką.
I tak jeszcze przez chwilę nasz rycerz „zaangażowany w działalność społeczną od 10.04.2010” pognębia funkcjonariusza Systemu i wreszcie triumfalnie ogłasza: „A to w takim razie będzie rezygnacja” i z tym obrazem zostawia nas, bezmyślne wyborcze mięso, które z całą pewnością się ucieszy, że nasze media, panie, napisały, że ten Nergal to satanista, ta Czubaszek morduje małe dzieci, a kasjerka z EMPiK-u to jakiś tępy leming. A jeśli się nie ucieszy, to wyłącznie dlatego, że sami jesteśmy lemingami.
I ten cały, tak bezczelny przekręt, firmują Jacek i Michał Karnowscy – nasi czołowi prawicowi publicyści.
Powtórzę jeszcze raz. Ten blog działa już od siedmiu lat i naprawdę można się było przyzwyczaić. Można było również sobie pomyśleć, że to wszystko jest zaledwie taką umową między nami a nimi, gdzie my tu będziemy się na nich złościć i im dokuczać, a oni będą dalej robić to co robią, dla naszego i wspólnego dobra. Otóż nie. To tak nie działa. Bo tu nie chodzi ani o nas, ani o nich. Tu chodzi o Polskę. A jeśli w tej walce o Polsce pojawiają się jacyś – powiedzmy to wreszcie otwarcie – ruscy cwaniacy, to dla nich nie będzie litości. Oni będą niszczeni jak najgorsze robactwo. Nawet – a może szczególnie – w czasie Świąt Bożego Narodzenia.

Przypominam że nasze książki, w tym moja najnowsza o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, są do nabycia na stronie www.coryllus.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.