sobota, 6 grudnia 2014

O słonecznym mieście i ludziach z cienia

Jak może niektórym z nas wiadomo, od pewnego czasu, w tygodniku Piotra Bachurskiego zatytułowanym „Gazeta Finansowa” publikuję cykl tekstów poświęcony wielkim finansowym sukcesom i porażkom. Szczerze polecam. Nie wiem, gdzie się dokładnie kupuje „Gazetę Finansową”, ale na pewno w EMPiK-ach i w kiosku na peronie Dworca Centralnego. Dla zachęty przedstawiam jeden z poprzednich tekstów.

W.Somerset Maugham, brytyjski pisarz, który większość swego życia spędził na Rivierze, swego czasu opisał Monte Carlo, jako „słoneczne miejsce dla ludzi żyjących w cieniu”. Nie wpadniemy tam ani na drobnych pijaczków, ani żebraków, ani zamieszkujących ulice bezdomnych. Cudownie bezpiecznie mogą się tam czuć zarówno eksponujące swoją niezwykłą elegancję i obwieszone kosztownościami kobiety, jak i równie eleganccy mężczyźni towarzyszący im w nocnych wędrówkach w drodze z domu czy może już do domu. Oto Księstwo Monako, prawdopodobnie najbezpieczniejszy, najbardziej ściśle kontrolowany raj podatkowy na świecie, dla tych już najbardziej zamożnych z zamożnych. Na 30 tys. mieszkańców przypada jeden policjant. Przybywając do Monte Carlo, człowiek nie jest w stanie zrobić jednego kroku tak, by ów krok nie został natychmiast zarejestrowany przez kamery umieszczone na ulicach, w podziemnych przejściach, w sklepach w hotelowych lobby, no i oczywiście w kasynach. A mimo to zabójstwo Edmonda Safry, kazało się wielu zastanowić, do jakiego stopnia ów mit na temat rzekomo najbezpieczniejszego państwa na świecie jest wyłącznie mitem. Wydaje się czymś nieskończenie absurdalnym, że dwie godziny to było zbyt mało, by mimo najpierw wszelkiej możliwej ochrony, a następnie zgromadzonych w jego posiadłości sił policji, Edmond Safra nie został uratowany. Z jednym z najbardziej drastycznych przykładów owej szczególnej pracy policji mieliśmy do czynienia, kiedy wreszcie na miejscu pojawił się szef ochrony żony Edmonda, Lili, Samuel Cohen, z kluczem do łazienki w której zabarykadowali się Safra i Vivian Torrente, i gdzie oboje umierali od zabójczego dymu, a policjanci najzwyczajniej w świecie zaaresztowali Cohena i zakuli go w kajdanki, w wyniku czego zarówno Safra, jak i Torrente zmarli nie doczekawszy się ratunku.
Ale zacznijmy może od początku, czyli od przedstawienia głównych bohaterów naszej dzisiejszej opowieści. Oto Edmond J. Safra i jego żona Lily. Wydaje się, że trudno byłoby we współczesnym świecie znaleźć 200 osób, które żyły w świecie takiego luksusu, jak tych dwoje. Posiadali ogromne mieszkanie w jednym z najbardziej wystawnych budynków na Piątej Alei w Nowym Jorku, podobnie jak zawsze wolny apartament w Pierre Hotel, z pełną obsługą i fantastycznym wyposażeniem z przeznaczeniem dla odwiedzających ich gości, domy w Londynie, Paryżu i Genewie, jak również wielki penthouse z widokiem na morze, oraz – klejnot w koronie – La Leopolda, jedna z dwóch najpiękniejszych rezydencji na Francuskiej Rivierze. La Leopolda została na przełomie XIX i XX wieku zamówiona przez króla Belgii z intencją sprawienia radości kochance, a zaprojektowana przez słynnego brytyjskiego architekta Ogdena Codmana. Przed Safrą dom ów wszedł w posiadanie właściciela Fiata Gianni Agnelliego, który zamieszkał tam ze swoją kochanką Pamelą Digby Churchill Hayward Harriman. Po przejęciu nieruchomości, Safra do owej posiadłości kazał dobudować lądowisko dla helikopterów plus osobne budynki dla chroniących go agentów Mossadu, którzy z kolei, jak głosi wieść, kazali wybudować dla Safry podziemny bunkier, który mógłby mu jako schron na wypadek ataku bombowego.
Najwyższy czas, byśmy jednak wreszcie sobie wyjaśnili, kim tak naprawdę był ów przedziwny człowiek, Edmond J. Safra. Rodzina Safry to mizrachijscy Żydzi pochodzący z Aleppo w Syrii, prowadzący interesy polegające na finansowaniu handlu między Aleppo, Istambułem i Aleksandrią. W roku 1920 ojciec Safry, Jacob, założył bank o nazwie J.E. Safra Bank. Zanim skończył 16 lat, Edmond Safra pracował w banku swojego ojca, mając za zadanie nadzorowanie wszelkich transakcji na rynku cennych metali oraz wymiany międzynarodowej.
W roku 1949, cała rodzina przeniosła się do Włoch, gdzie Edmond podjął pracę w pewnej firmie handlowej w Mediolanie. W roku 1952 rodzina przeprowadziła się ponownie, tym razem do Brazylii, gdzie w roku 1955 Edmond wraz z ojcem otworzyli swoją pierwszą wielką instytucję finansową.
W roku 1956 Edmond Safra osiadł w Genewie i uruchomił prywatny bank pod nazwą Banku Rozwoju Handlu, które to przedsięwzięcie przyniosło Safrze zysk od początkowego miliona dolarów do 5 miliardów dolarów w latach 80. W dalszej kolejności, w roku 1966, założył Safra Republic National Bank of New York, a następnie jego filię w Genewie. Republic Bank stworzył 80 filii na terenie stanu Nowy Jork, uzyskując pozycję trzeciego co do wielkości biznesu w regionie za Citigroup i Chase Manhattan. W roku 1988, Safra otworzył holding finansowy o nazwie Safra Republic Holdings S.A
Na początku lat 90. Fortuna Safry osiągnęła wielkość 2,5 mld dolarów. Jak wielu jego przyjaciół miliarderów, słynął Safra z niezliczonych przedsięwzięć dobroczynnych, a po jego smierci cały majątek przeszedł w ręce fundacji jego imienia, której celem było wspieranie setek projektów w 50 krajach na całym świecie na polu edukacji, nauki, medycyny, religii, kultury i pomocy humanitarnej.
W roku 1996 stał się Safra współzałożycielem instytucji o nazwie Hermitage Capital Management, która stała się jedną z najpotężniejszych grup inwestycyjnych w Rosji, a stąd już się znalazł bardzo blisko tych, którzy właśnie Rosję traktowali jako pole do robienia interesów. To właśnie dla Hermitage Capital Management pracował słynny rosyjski księgowy Siergiej Leonidowicz Magnitski, który w 2009 roku ujawnił szereg afer korupcyjnych na szczytach władzy w Rosji, za co został aresztowany i ku oburzeniu całego cywilizowanego świata zamordowany w więzieniu przez rosyjskie służby.
Dobijając sześćdziesiątki, Safra dzielił swój czas między swoje posiadłości w Monaco, Genewie, w Nowym Jorku, no i oczywiście w Villi Leopolda na Rivierze. Dręczony chorobą Parkinsona, wymagał stałej opieki, nie tylko medycznej.
Safra miał obsesję na punkcie bezpieczeństwa. Było rzeczą powszechnie znaną, że czuł się nieustannie zagrożony i myślał o sobie jak o człowieku, który jest nieustannie ścigany. Jeszcze zanim w latach 1998-1999 podjął współpracę z FBI na rzecz wykrycia międzynarodowych operacji związanych z praniem pieniędzy przez rosyjska mafię, żył w nieustannym poczuciu zagrożenia. Na zapewnienie bezpieczeństwa dla siebie, swojej żony, jej dzieci i wnuków, przeznaczał miliony dolarów rocznie. W każdej ze swoich licznych rezydencji utrzymywał prywatną armię. Penthouse znajdujący się na szczycie jego banku został przebudowany w taki sposób, by zmieścić tam najnowocześniejsze urządzenia podsłuchowe. Zatrudniał 11 członków osobistej ochrony uzbrojonych w karabiny maszynowe, wielu z nich wyszkolonych podczas służby w Mossadzie, którzy pracowali na zmiany i byli zawsze przy nim, często ku niezadowoleniu osób, które go odwiedzały.
I oto 3 grudnia 1999 roku w Monte Carlo multimiliarder Edmond J. Safra poniósł śmierć wraz z jedną ze swoich pielęgniarek na skutek uduszenia w swojej zaprojektowanej jako forteca łazience na luksusowym strychu na szczycie budynku. Początkowo mówiono, że dwóch zakapturzonych napastników wtargnęło do owej fortecy i zaatakowało nożem jednego z ochroniarzy Safry. I oto po trzech dniach Prokurator Generalny Monako Daniel Serdet ogłosił, że ów ochroniarz Safry nazwiskiem Ted Maher przyznał się do podłożenia ognia w biurowcu. Wedle błyskawicznych ustaleń śledztwa, zbyt z jednej strony ambitny, a z drugiej niedopieszczony przez Safrę ochroniarz wymyślił sobie, że jeśli wpędzi Safrę w stan bezpośredniego zagrożenia, a następnie uratuje mu życie, zostanie bohaterem, a jednocześnie zasłuży sobie u swojego szefa na wdzięczność i specjalne traktowanie. Jak pomyślał, tak zrobił, podkładając najpierw ogień w jednym z koszy na śmieci, a kiedy pożar zaczął się rozprzestrzeniać, ruszył Safrze na pomoc, niestety już bezskuteczną. Bojąc się konsekwencji, wymyślił historię z dwoma bandziorami w kapturach, sam zadał sobie rany nożem, no i już tylko czekał na przyjazd służb ratunkowych i policji. Tak to właśnie po trzech dniach wyjaśniono śmierć Edmonda Safry i jego pielęgniarki.
Wersja prokuratury od początku spotkała się z wątpliwościami niemal wszystkich zaangażowanych w sprawę obserwatorów. Przede wszystkim przeczyła jej sama osoba Teda Mahera. Trudno było uwierzyć, by Safra, człowiek niewyobrażalnie bogaty, o nieograniczonych możliwościach, a jednocześnie z równie wielką jak jego majątek obsesją na punkcie własnego bezpieczeństwa, wynajął na członka swojej osobistej ochrony jakiegoś niezrównoważonego amatora, któremu w dodatku uznał za stosowne płacić 600 dolarów dziennie. A tak właśnie Maher zaczął być przedstawiany wkrótce po śmierci Safry: jako osoba psychicznie niezrównoważona i uzależniona od leków. Warta zacytowania jest wypowiedź, jakiej dla tygodnika Time udzielił adwokat pani Safra, Marc Bonnant: „To że Ted Maher był człowiekiem psychicznie niezrównoważonym stanowi rewelację, o której zanim doszło do tragedii nikt nigdy nie słyszał”.
Jeśli jednak komuś czysta logika nie wystarczy, spróbujmy dokładnie przyjrzeć się temu, co się wydarzyło owego fatalnego poranka:
1. O godzinie 4.49 systemy alarmowe w apartamentach Safry wykrywają dym.
2. O godzinie 5.00 pielęgniarka Safry Vivian Torrente dzwoni do głównej pielegniarki Soni Casiano, prosząc ją, by wezwała policję. Informuje ją jednocześnie, że Maher jest ranny.
3. W ciągu kolejnych 90 minut Torrente dzwoni jeszcze pięć razy.
4. O godzinie 5.12 w budynku pojawiają się pierwsi policjanci i zaczynają piętro po piętrze przeszukiwać pomieszczenia.
5. O 5.20 Maher z ranami kłutymi zostaje przewieziony do szpitala.
6. O 5.24 przechodnie i sąsiedzi zaczynają wydzwaniać po odpowiednie służby, informując, że z budynku wydobywa się dym.
7. O 5.30 Torrente po raz czwarty dzwoni do swojej przełożonej. Safra wydaje się być spokojny, jednak prosi o interwencję policji.
8. O 6.15 a więc już niemal godzinę po pierwszych informacjach o pożarze, pojawiają się strażacy.
9. O 6.30 Torrente, zamknięta z Safrą w łazience, tracąc powoli świadomość, dzwoni po raz szósty i ostatni. W tle słychać duszącego się Safrę.
10. O 7.45 strażacy wdzierają się do zamkniętej łazienki, gdzie znajdują ciała Safry i jego pielęgniarki.
A do tego dochodzi jeszcze informacja o aresztowaniu wspomnianego wcześniej Cohena z kluczem do łazienki.
Przepraszam bardzo, ale trudno wyobrazić sobie coś bardziej niedorzecznego. Jak można wymagać od kogokolwiek, by uwierzył w to, że o godzinie 4.49 ochroniarz i osobisty pielęgniarz jednego z najpotężniejszych ludzi w Monako podkłada ogień w jego biurze, policjanci, strażacy i wszelkie możliwe służby ratownicze przez ponad dwie godziny kręcą się po budynku bez ładu, składu i przede wszystkim sensu, czekając aż ten umrze, a kiedy już co do jego śmierci nie mogą mieć wątpliwości, pędzą z ratunkiem, by go ocalić? To już zdecydowanie bardziej prawdopodobne są te wszystkie historie, które zaczęły się pojawiać po tym, jak śledztwo zostało oficjalnie zamknięte, informacja o przyczynach nieszczęścia podana do publicznej wiadomości, jedyny sprawca, czyli Maher skazany na wieloletnie więzienie, a Monako mogło spokojnie odetchnąć, jako kraj mlekiem i miodem płynący. A mam tu na myśli choćby absolutnie fascynującą informację, że w noc tragedii, z przyczyn do dziś niewyjaśnionych, cała zawsze przy nim obecna ochrona Safry została odwołana i jedynymi osobami czuwającymi nad Safrą był Maher i jego pielęgniarka. Z powodów oficjalnie nawet nie dyskutowanych wszyscy oni, w liczbie 11, zostali wezwani do jego willi La Leopolda, tak na marginesie – ale za to marginesie szczególnie smakowitym – rok wcześniej podobno sprzedanej niezidentyfikowanemu rosyjskiemu multimiliarderowi. Kogóż tak ważnego mieli oni tam chronić, że uznano za konieczne na tę jedną noc zdjęć ochronę z jednego z najbogatszych ludzi na Ziemi?
Dlaczego żona ochroniarza i pielęgniarza Safry, Teda Mahera twierdzi, że jej mąż, podtrzymując na początku oryginalną wersję, wedle której do budynku wtargnęli obcy i to oni zamordowali Safrę, po paru dniach przyznał się do podłożenia ognia, tylko dlatego, że policja go w wyjątkowo perfidny sposób zaszantażowała? Spójrzmy na list, który do księcia Reiniera III skierowała członkini Izby Reprezentantów, Sue Kelly:
„… Obawiamy się, że uniwersalnie uznawane prawa człowieka, oraz wolności obywatelskie, w przypadku tego obywatela Stanów Zjednoczonych i jego rodziny zostały w sposób dramatyczny pogwałcone. Ze skutymi rękoma i nogami, podłączony do cewnika, umieszczony w izolatce, przesłuchiwany dzień i noc, pozbawiony snu przez trzy kolejne noce, Ted Maher został zmuszony do podpisania oświadczenia w języku francuskim, którego to języka nie znał. Jego żona Heidi również była przez kilka dni poddana ciężkim przesłuchaniom i nieustannemu policyjnemu nadzorowi. Po przyjeździe do Monte Carlo, została przez trzech nieznanych, ubranych na czarno mężczyzn, porwana z ulicy, wrzucona do samochodu, gdzie dokonano przeszukania, skonfiskowano jej paszport, który został następnie okazany Tedowi z groźbą, że jeśli nie przyzna się do winy, jego żona nie będzie mogła wrócić do Ameryki i do pozostawionej tam trójki dzieci”.
Dlaczego wreszcie wciąż pojawiają się plotki – i to wcale nie plotki z ulicy – że w ciele Edmonda Safry znaleziono rany po dwóch pociskach, a ludzie którzy o tym mówią, wedle relacji dziennikarzy, regularnie ściszają głos i proszą o zachowanie anonimowości?
No i wreszcie rzecz ostatnia: dlaczego wciąż ze wszystkich stron słychać insynuacje, że Edmond Safra został zamordowany przez rosyjską mafię, która miała mu za złe współpracę z amerykańskimi służbami śledczymi na rzecz ujawnienia potężnych machinacji finansowych na najwyższych szczeblach rosyjskiego państwa?
No ale to już by było pewnie zbyt wiele. Lepiej jak zwykle uznać, że zgodnie ze znanym nam aż nazbyt dobrze standardem, wszystko pozostaje w rękach drobnych, ale za to szalenie ambitnych ludzi, którzy znaleźli się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze.

Za chwilę jadę do Wrocławia za Targi Dobrej Książki i gwarantuję, że ze swojej strony zrobiłem wszystko, by ta nazwa była naprawdę adekwatna. Zapraszam wszystkich na stoisko nr 86.



2 komentarze:

  1. Wielkie dzięki za sympatyczny wpis do najnowszej książki! Widząc ostatnią na stoisku, chwyciłem w panice ale zaraz wyciągnęliście całą paczkę nowych :). Chciałem Panu zadać jedno pytanie na targach ale nie zdążyłem. Żonka mnie odciągnęła wiedząc, że jeżeli natychmiast tego nie zrobi to odejdziemy od Was z dwoma wielkimi worami książek a nie z jednym :). Mianowicie chodzi mi o książkę o angielskim listonoszu. Czytam ją po raz drugi, jest cała popodkreślana, staram się jak najwięcej wyciągnąć. I tutaj pytanie czy mógłby Pan zamieścić jakoś na internecie odpowiedzi do mikro zadanek - na stronach 48, 52, 76, 150? Ja wiem, że powinniśmy je po lekturze rozwiązywać z palcem w nosie. Ale niestety jest ta niepewność czy dobrze się napisało czy źle :). No i bardzo proszę o odpowiedzi do testu na końcu - pamiętam, że kiedyś zostały zamieszczone tutaj albo na salonie ale pomimo przebicia się przez kilkadziesiąt notek - nie znalazłem. Książkę pożyczyłem koledze, który jest informatykiem na emigracji i był bardzo z niej zadowolony ale również brakowało mu tych rozwiązań. Pozdrawiam i dziękuję za przybycie do Wrocławia :) !

    OdpowiedzUsuń
  2. @Janosik
    Bardzo dziekuję za obecność na targach i dobre słowo na temat książek. Ja, jak Pan słusznie zauważył, specjalnie nie zamiesciłem odpowiedzi. Może je w końcu gdzieś opublikuje, ale nie wiem, jak to zrobić. Może, jak napiszę kolejną książkę o języku, to tam. Ale o tu też nie wiem, kiedy.
    Proszę do mnie napisać na toyah@toyah.pl, to może uda mi się Panu podać te odpowiedzi.

    OdpowiedzUsuń