piątek, 19 grudnia 2014

O sędziach złych i gnuśnych

Oświadczenie skierowane przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu, a podpisane wspólnie i w porozumieniu przez (wymieńmy może tu wszystkie te nazwiska) prezesa Sądu Najwyższego prof. Małgorzatę Gersdorf, prezesa Trybunału Konstytucyjnego prof. Andrzeja Rzeplińskiego, oraz prezesa Naczelnego Sądu Administracyjnego prof. Romana Hausera, zrobiło naturalnie wrażenie na nas wszystkich, jednak jak się zdaje głównie z tego powodu, że w ten sposób państwo prezesi zrobili coś, czego robić ani im nie wypadało, ani czego, jak sądzę, robić nie mają prawa, a mianowicie zaangażowali się bezpośrednio w walkę polityczną. I ja owo oburzenie oczywiście rozumiem. Oświadczenie to bowiem jest czymś tak kuriozalnym, że każdemu w miarę przytomnemu obserwatorowi tego, co się dzieje ostatnio w Polsce zwyczajnie zapiera dech w piersiach. A pamiętajmy, że powodów do zdziwień mamy co niemiara niemal codziennie. W czym rzecz? Otóż Jarosław Kaczyński, korzystając ze swoich demokratycznie i cywilizacyjnie gwarantowanych praw, wygłosił ściśle polityczny komunikat skierowany przeciwko władzy, wobec której jest w opozycji, i w tym momencie państwo prezesi, uznając, że reprezentowane przez nich środowisko podlega specjalnemu traktowaniu, wydało oświadczenie, w którym, krótko mówiąc, stwierdzili, że jeśli Kaczyński chce krytykować, to niech sobie krytykuje, tyle że nie ich. I tyle.
Jak mówię, wielu z nas, beszta owych troje przedziwnych osób za to, że się wepchali tam, gdzie miejsca dla nich zwyczajnie nie ma, na mnie natomiast największe wrażenie zrobiło coś, co moim zdaniem mówi zarówno o nich, jak i o współczesnej Polsce, znacznie, znacznie więcej, a przy okazji Polskę tę stawia w świetle wyjątkowo paskudnym. Oto na zakończenie swojego oświadczenia, zupełnie jakby stan umysłów nie pozwalał im się uwolnić od pewnych kluczowych ograniczeń, napisali co następuje: „Takie znieważające, wiecowe zdanie nawiązuje do najgorszych zwyczajów walki politycznej sprzed 1989 r.
A ja się zastanawiam, co ci ludzie mieli na myśli, mówiąc o „zwyczajach walki politycznej sprzed 1989 r.” i to w dodatku zwyczajach „najgorszych”? Wśród zwyczajów, które ja najlepiej zapamiętałem, na czoło wysuwały się plucie na komunę – w tym również na sędziów – w prywatnych rozmowach, opowiadanie dowcipów o Breżniewie i Jaruzelskim, publiczny kolportaż antysocjalistycznych pism i książek, słuchanie Radia Wolna Europa, udział w demonstracjach, na których w latach dawniejszych można było pójść siedzieć, a później już może tylko dostać pałą, no i to chyba wszystko. Staram się bardzo sobie przypomnieć, który z owych „zwyczajów” był „najgorszy” i wydaje mi się, że chyba ów dowcip o robakach rzygających Breżniewem. No a skoro tak, to już tylko chciałbym wiedzieć, co Gersdorf, Rzepliński i Hauser uważają, że mi się za praktykowanie owego zwyczaju, skoro on był taki najgorszy, należało?
No i oczywiście bardzo chciałbym wiedzieć, co ich zdaniem należy się Jarosławowi Kaczyńskiemu za to, że sięga do najgorszych peerelowskich tradycji sprzeciwu wobec komuny. Czy można zatem Państwa prosić o kolejne oświadczenie?

Powyższy tekst ukazuje się jednocześnie w „Warszawskiej Gazecie”. Wszystkich czytelników tego bloga zachęcam do odwiedzania księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupić wszystkie nasze książki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz