środa, 21 maja 2014

Andrzej Zybertowicz - sprawiedliwości staje sie zadość?

Plan miałem taki, by już dziś tylko pisać tekst o soli, natomiast do bloga wrócić po powrocie z targów, jednak w międzyczasie wybuchła afera z Zybertowiczem i wszystko to, co z niej wynikło tak mną wstrząsnęło, że postanowiłem jednak zabrać, choćby na krótko, głos. Otóż, jak się okazało, to co Zybertowicz napisał w swoim „Alfabecie” w tygodniku „W Sieci” o Jarosławie Kaczyńskim stanowiło oczywistą ironię. On wprawdzie Kaczyńskiemu w jakiś szczególny sposób nie kadził, natomiast sposób, w jaki media wyrwały z kontekstu dwa fragmenty jego wypowiedzi, stanowi bezwzględny rekord świata w manipulacji; nie w tępocie, ale właśnie w manipulacji. I to robi oczywiste wrażenie.
Jest jednak coś, co mną poruszyło jeszcze bardziej. Otóż, aby sprawdzić osobiście, o co poszło w tej awanturze, postanowiłem przeczytać ów „Alfabet Zybertowicza” i powiem uczciwie, że ja większej nędzy nie czytałem w całym swoim życiu. Redakcja „W Sieci” zwróciła się do Zybertowicza z propozycją ułożenia tego „alfabetu”, i powstało coś, przy czym nawet najbardziej nieciekawe, nieśmieszne i głupie popisy Krzysztofa Feusette, robią wrażenie eksplozji publicystycznego geniuszu. Ale mało tego. Ja naprawdę nie chcę się znęcać nad Zybertowiczem, bo chociaż go szanuję średnio, nie sądzę, by mu się ode mnie należało więcej, niż innym, ale kiedy już przeczytałem paręnaście z tych opisów, nie mogę się powstrzymać, by wyrazić przypuszczenie, że z nim jest coś nie tak na poziomie czysto psychicznym. Część tych tekstów świadczy o tym, że Zybertowicz ma zwyczajnie coś z głową. Żeby, jak to mówią, nie być gołosłownym, podam parę przykładów, nie tyle znaczących, co po prostu krótszych:
Chyra, Andrzej: aktor. Chyba w 2005 r., opalając się razem z aktorką Magdaleną Cielecką opodal przy basenie w Fethiye w Turcji, gapił się na moja żonę. Żona mówi, że mi się wydawało”.
Gen. Nowek, Zbigniew: ukończył, podobnie jak ja, Uniwersytet Mikołaja Kopernika. Był szefem Urzędu Ochrony Państwa i Agencji Wywiadu. Zazwyczaj małomówny”.
Ratzinger, Joseph: teolog. Od kilku lat mój ulubiony myśliciel”.
O.Rydzyk, Tadeusz, CSsR: niby grzesznik, ale wielkie dzieła uczynił”.
Staniszkis, Jadwiga: w roku bodaj 1983, przy okazji jakiegoś seminarium, przetańczyłem z nią pół nocy. Dało się przetrwać mroczne lata stanu wojennego”.
Tyszkiewicz, Beata: kiedyś spotykam ją w holu Hotelu Europejskiego w Warszawie. Pierwsze wrażenie: TV kłamie. Hotelu już nie ma. Pani Tyszkiewicz jest. Dobrze”.
I tak to leci przez trzy strony, o Urbanie, Michniku, Wildsteinie, Walentynowicz, aktorze Wilhelmim, Olejnik, czy wreszcie o Richardzie Pipesie, którego Zybertowicz podobno kiedyś wiózł do Ciechocinka, a wszystko wyłącznie po to, byśmy wiedzieli, że on z każdym z nich miał okazję w pewnym momencie znaleźć się w tym samym pomieszczeniu. Notka o Kaczyńskim też zresztą powstała w tym samym celu – żeby opowiedzieć, jak to on jest przyjacielem rodziny. I nic więcej.
Dziś media skonstruowały brutalną prowokację wobec Zybertowicza, na którą, co przyznaję ze smutkiem, kompletnie głupio, dał się nabrać sam Jarosław Kaczyński, a ja się już tylko zastanawiam, czy to faktycznie nie jest tak, jak podobno opowiada sam Zybertowicz w rozmowie z tą agenturą z „Do Rzeczy”, że ludzie skupieni wokół Jarosława Kaczyńskiego od pewnego czasu próbują go zniszczyć. I ja to sobie mogę bardzo łatwo wyobrazić, że jakiś Hofman, czy Kuchciński wykorzystują każdą możliwą okazję, by pędzić na zmianę do Kaczyńskiego i go informować, że Zybertowicz to bałwan. I że podobnio w tym najświeższym przypadku, to też była ich robota. Tyle że, choć donosicielstwa bardzo nie lubię i je gdzie mogę tępię, tu mam wrażenie, że ich rozumiem. Jeśli oni mają tego Zybertowicza na co dzień, a sam Prezes jest i zbyt zajęty, no a przede wszystkim pochłonięty znacznie ważniejszymi sprawami, niż analizowaniem postępków swoich ludzi, to oni autentycznie mogą poczuć obowiązek zwrócenia Prezesowi uwagi na to, kogo sobie upodobał. Bo jeśli ma się okazać, że ów „Alfabet Zybertowicza”, który właśnie opublikował tygodnik „W Sieci” nie jest jakąś wpadką, ale prostym świadectwem stanu poczytalności tego człowieka, to myślę, że stało się bardzo dobrze. I jeśli – co uważam za dość prawdopodobne – Jarosław Kaczyński nie będzie miał ochoty na wysłuchiwanie wyjaśnień w sprawie tej przykrej pomyłki, a Zybertowicza do siebie już więcej nie dopuści, to stanie się bardzo dobrze. Jak mówi znane powiedzenie: szczęście w nieszczęściu, czy po angielsku – blessing in disguise.

Jutro w Warszawie rozpoczynają się targi książki. Choć początkowo bałem się, że nie będzie mnie fizycznie stać na to, by się do Warszawy wybrać, ostatecznie, dzięki wsparciu przyjaciół tego bloga, mam już bilet na pociąg i jutro właśnie, od rana do wieczora, będę podpisywał książki. Choć oczywiście mam nadzieję, że uda się ich sprzedać tyle, by się wygrzebać z bieżacego kryzysu, to oczywiście, jeśli ktoś uznał, że powyższy tekst to jest coś, na co czekał, będę wdzięczny za każdy gest. A tymczasem: stoisko Coryllusa, podobno tuż przy wejściu. Do jutra!

3 komentarze:

  1. Kiedyś oglądałem Zybertowicza na promocji jego książki. Jeden z zaproszonych przez autora recenzentów wyraził, w sposób wielce kulturalny i delikatny (znaczy normalnie)inne zdanie na jakiś temat niż profesor. Dostał od profesora taką reprymendę, że obecny na sali Kaczyński poczuł się zobowiązany do wzięcia w obronę nieszczęsnego recenzenta. Pomyślałem sobie, że jednak Zybertowicz ma jakieś braki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z calego serca zyczymy udanych targow.
    W ubieglym tygodniu ogladalam "Rozmowy niedokonczone". Bylo to spotkanie z kandydatami do PE: panem Zybertowiczem, panem Krasnodebskim i jeszcze jakims innym panem. Nie mam slow na te ilosc wylanej wpdy i ubitej piany - to bylo dla mnie wielkie rozczarowanie co do tych kandydatow. Liczylam na... a w zasadzie nie ma o czym mowic - to na 100% nie sa moi kandydaci. Najlepiej byloby zmultiplikowac Jaroslawa Kaczynskiego. Pana tekst jest kolejna odslona ogolnej mizerii srodowiska take PiS. Zal. Sle uklony.

    OdpowiedzUsuń