niedziela, 25 maja 2014

Wojciech Jaruzelski - Ze śmiercią mu do twarzy

O Jaruzelskim pisałem tylko raz. Sześć lat tego dłubania i jedna, jedyna notka. Wygląda na to, że to już i Nergal, co ja mówię Nergal? Nawet Kukiz, nawet Marysia Peszkówna, wzbudzili moje zainteresowanie więcej razy. Czemu tak? Nie wiem. To znaczy, mam tu pewne przypuszczenia, ale skoro on właśnie zmarł i już go święta ziemia z siebie wypluła, na ten temat ani słowa. Ponieważ jednak uważam, że dzisiejszy dzień, choćby zaledwie symboliczne, ale ma dla nas wszystkich pewne znaczenie, chciałbym przypomnieć swój stary już tekst – ów jedyny poświęcony Generałowi – no a do tego dołączę fantastyczne wręcz zdjęcie. Ono to dopiero będzie niosło symbol. Dopiero ono, ale to na koniec. Na razie sobie poczytajmy.


Pisałem o tym już parę razy, jak zawsze z nadzieją, że wszystko co oczywiste w ten czy inny sposób w końcu zostanie przyjęte na tyle, by przynajmniej nie trzeba było się powtarzać. Niestety, nie po raz pierwszy zresztą, przekonuje się, że najprostsze prawdy mają to do siebie, że nigdy ich za wiele. No i znów dziś, kiedy najpierw docierają do nas strzępy jakichś gabinetowych dylematów, co zrobić z Wojciechem Jaruzelskim, a po nich już bardzo poważna debata na temat zbrodni, kary, zasług i pamięci, czuję, że powinienem coś na ten temat powiedzieć. Coś, co już mówiłem, i to nie raz, ale co się aż prosi o powtórzenie. Otóż muszę wyznać z podniesioną głową, że kiedy dumam nad biednym losem naszej Polski, od wielu już lat nie lubię zaprzątać sobie głowy ani Urbanem, ani Jaruzelskim a nawet Adamem Michnikiem. Kiedyś – owszem, bardzo z ich powodu cierpiałem i pamiętałem im każde ich słowo i każdy podły gest, jednak dziś już oni akurat najczęściej są dla mnie jak zeszłoroczny deszcz, lub jeszcze wcześniejszy śnieg. Kiedy się zastanawiam nad dniem, gdy moja świadomość tak okropnie się przeformatowała, wydaje mi się, że największy na to wpływ miało obalenie rządu Jana Olszewskiego, i ta straszna świadomość, że za tym ruchem nie stał ani Jaruzelski, ani Urban, ani nawet Michnik, lecz choćby osoba tak dzielna i zasłużona, jak niegdysiejszy Adam Słomka.
Popatrzmy na takiego Jaruzelskiego wtedy i dziś. Szczerze powiem, że ja nie mam nawet pewności, czy on przed 15 laty był kimś bardziej znaczącym dla kierunku, w jakim nasza Polska się już wtedy nieuchronnie przesuwała, czy może jest nim bardziej dzisiaj. Natomiast wiem, że i wtedy i dziś, kimś na kogo, jeśli już mam się bać kogokolwiek, powinienem mieć oko, jest Donald Tusk, czy Jan Krzysztof Bielecki, czy nawet ktoś tak byle jaki, jak Aleksander Hall i jego, jak mówią niektórzy, żona. A tu pojawia się nagle dylemat, czy do Rzymu na beatyfikację Jana Pawła II należy Jaruzelskiego zabrać, czy nie. I to jest dla mnie sytuacja wręcz surrealistyczna. Widzę już dziś ten samolot, w dużej części wypełniony ludźmi najbardziej podłymi i występnymi, i jednocześnie nie mogę nie zauważyć tych ich nerwowych zabiegów, żeby się skryć za plecami kogoś takiego jak Jaruzelski. I nagle słyszę, jak w tym wszystkim ktoś mi tłumaczy, że nie jest problemem, czy nie jest coś nieprzyzwoitego w tym, że tam ma polecieć wspomniany Bielecki, lub nie wspomniany Sławomir Nowak. Nie mówiąc już o kimś takim jak sam prezydent Komorowski i jego czarna świta. Problemem jest Jaruzelski. Co za ślepota! Z mojego punktu widzenia, skoro leci Komorowski, to naprawdę nie ma już znaczenia, kto tam się zabierze razem z nim. Tusk nie Tusk, Buzek nie Buzek. Niech leci nawet Urban. Jakie to będzie miało znaczenie dla mojego poczucia etycznego i estetycznego komfortu?
Z tak zwaną komuną dałem więc sobie po raz pierwszy spokój jeszcze na początku lat 90. Drugi raz odświeżyłem w sobie tę obietnicę traktowania komunistów jak powietrze w zeszłym roku, po smoleńskim nieszczęściu. I nie będę ukrywał, że kiedy Jarosław Kaczyński kilka razy podczas kampanii wyborczej wspomniał o swoim braku zainteresowania jakimś Oleksym, czy Gierkiem, zrozumiałem go świetnie i poczułem komfort zupełnie niezwykły. A kiedy, w następstwie owej serii deklaracji, na Kaczyńskiego posypały się gromy ze wszystkich możliwych stron, stałem za nim niewzruszenie i za nim powtarzałem każde jego słowo. Bo tak to właśnie jest. Oleksy to polityk lewicowy średniego pokolenia, a Jaruzelski to stojący nad grobem staruszek bez przyszłości, a co najgorsze, dziś już nawet bez historii. Gdyby on w pewnym momencie został jak należy rozstrzelany, lub lepiej jeszcze – powieszony, albo by miał okazję i odwagę strzelić sobie w łeb, jak niektórzy przed nim, to by go może przynajmniej po latach dawni i nowi komuniści odpowiednio wspominali.. A tak? O czym tu gadać? O tym smutnym plastrze na pożółkłym policzku?
O co mi wówczas – i dziś przecież, może nawet jeszcze bardziej, niż wtedy – chodziło? Stało się mianowicie tak, że w wyniku tego co nas spotkało 10 kwietnia i całej naszej na ten temat wiedzy, musieliśmy wszyscy przewartościować nasze dotychczasowe poglądy, a wraz z nimi priorytety. A na skutek tego przewartościowania, przede wszystkim powinniśmy byli zrozumieć, że zarówno idea IV RP, jak i stare antykomunistyczne resentymenty, podobnie jak cała dyskusja na temat smutnego dziedzictwa PRL-u i wszystkiego tego, w co PRL przekształcił się w roku 1990, nie ma już najmniejszego sensu. Trzeba nam było zdać sobie sprawę z tego, że podsmoleński mord tak bardzo zmienił rozciągający się przed naszymi oczami świat, że dla nas przestaje znaczyć cokolwiek nie tylko Lech Wałęsa z jego ubectwem, zaprzaństwem i szaleństwem, ale również cała ta post-komunistyczna masa drobnych kombinatorów, którzy na tym nieszczęsnym Wałęsie postanowili wjechać do rzekomo nowej Polski i odpowiednio mocno tam się zaczepić.
Bo co my dziś wiemy, kiedy Bronisław Komorowski wyrywa sobie włosy z głowy, zastanawiając się, czy lepiej dla niego będzie Jaruzelskiego do Rzymu zabrać, czy zostawić, żeby tu gnił? Jakie myśli tłuką się nam po głowach, gdy najbardziej poważni komentatorzy prześcigają się w spekulacjach na temat etycznego i estetycznego wymiaru obecności Wojciecha Jaruzelskiego w rządowym samolocie zmierzającym na beatyfikację Ojca Świętego? I oczywiście prawda jest taka, że najprościej byłoby powtórzyć to co mówią wczoraj i dziś – podobno z taką satysfakcją – media i wrodzy nam politycy. A mianowicie to, że post-komunizmu już nie ma. Bo to fakt, którego nie zmieni nawet to, że jest on głoszony nawet przez języki kłamliwe i złe. Ale to jeszcze za mało. To nam jeszcze niczego nie wyjaśnia. Bo to co jest naprawdę szalenie istotne to to, że post-komunizm – nawet jeśli, wbrew moim emocjom, on żyje i podskakuje – wobec tego, co się zdarzyło w tamten kwietniowy poranek, wśród tej kwietniowej ruskiej mgły, to jest już zaledwie głupstwo, bzdura i szary pył. Chodzi o to, że wobec tego co się stało pod Smoleńskiem, nie ma znaczenia już nie tylko Wałęsa, ale też i Czarzasty, Oleksy, Kwaśniewski i cała banda tych peerelowskich fantomów. Dlaczego? Bo to nie oni strącili ten samolot. Oni zrobili dużo złych rzeczy, i wielu dziś z pewnością zdobi swoje gabinety zdjęciami tej tonącej w błocie białoczerwonej szachownicy, ale to jednak nie oni przeprowadzili tamtą akcję. I to nie oni zamordowali nam prezydenta. I jestem pewien, że tak naprawdę wie to nie tylko Jarosław Kaczyński i ja na doczepkę, ale bardzo wielu z nas. Tyle że z jakiegoś powodu boimy się zrobić ten jeden jeszcze tylko krok, i przyznać, że tamten czas już się skończył. Że to nie oni. A ci co się dziś z Kaczyńskiego i jego „psychotropów” śmieją tak bardzo, że na ich czołach zaczął pojawiać się charakterystyczny pot, wiedzą, że on wie.
Ale my wiemy jeszcze coś. Że wprawdzie nie ma już Oleksego i Millera, ale za to jest ktoś inny. Że przed nami przesuwają się twarze zupełnie inne od tych, które nas straszyły przez tyle lat. Często o wiele młodsze od tamtych, o wiele szlachetniejsze, niekiedy znacznie bardziej sympatyczne. Więc, jeśli już musimy, skupiajmy się, proszę, tu już tylko na nich. I proszę mi pozwolić nie wymieniać nazwisk, jakie za nimi stoją. Raz, z tej prostej przyczyny, że jakoś w tym momencie nie mam w sobie wystarczająco dużo wewnętrznego brudu na takie eksperymenty, a dwa, że jakoś straszno. To coś tutaj jest mimo wszystko zdecydowanie bardziej ludzkie.

Zakończyły się właśnie Warszawskie Targi Książki, które, wedle dostępnych mi relacji, no i z osobistych również obserwacji, dla ich organizatorów okazały się kompletną porażką. Od dziś więc, do następnej okazji nasze książki są do kupienia przede wszystkim na stronie www.coryllus.pl. Serdecznie zachęcam, no i tradycyjnie proszę o wspieranie tego bloga pod podanym obok numerem konta. Bez Waszego wsparcia, on nie bedzie istniał.


2 komentarze:

  1. swoje okulary spawacza zachowal do ...smierci..Ciekawe co powiedzial,jaka byla jego reakcja na to gdy zobaczyl...Jezusa o ktorym cale zycie twierdzil ze nie istnieje...
    Fajny tekst napisales,Pozdrawiam Cie,Krzysztof

    OdpowiedzUsuń
  2. @murdock
    Dziękuję bardzo. Podobno przed śmiercią przyjął sakramenty.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.