środa, 7 maja 2014

Matury? A co to, kurwa, takiego?

Przyszedł maj, z majem, jak co roku, matury, a my – też jak co roku – aż drżymy z trwogi, dokąd to wszystko zmierza. Niedawno spotkałem moją uczennicę sprzed lat, kiedyś bardzo miłe dziecko przygotowujące się do egzaminów do liceum, a dziś dorosłą kobietę z własnym życiem i równie dorosłymi planami. No i zapytała mnie ona, jak tam młodzież, a ja sobie przypomniałem, że kiedy ona była w ósmej klasie podstawówki i szykowała się do tego liceum, ja specjalnie z myślą o niej przygotowałem ów test, który po pewnych modyfikacjach zamieściłem na końcu swojej książki o angielskim listonoszu. To dla niej był ten test, to jej wiedzę miał on sprawdzić tamtej wiosny, i ona go rozwiązała zupełnie nienajgorzej. Miała wtedy 15 lat.
Zapytała mnie o tę dzisiejszą młodzież, a ja jej powiedziałem, że młodzież jest mniej więcej taka sama jak wtedy, a nawet niewiele inna od tej sprzed lat tysięcy, natomiast osobiście nie widzę sposobu, by przeciętny uczeń gimnazjum – a ona wówczas była uczniem wcale nie jakoś szczególnie wybitnym – był w stanie ten test choćby zacząć robić. Powiedziałem to i wcale nie żartowałem. Taka to jest bowiem różnica między tamtymi dziećmi, a dziećmi dzisiejszymi, że od tych świat nie wymaga nawet połowy tego, co od tamtych. Od tych świat nie wymaga już praktycznie nic. Dla świata dzisiejsze dzieci są jak zeszłoroczny śnieg.
No i idą kolejne matury. Nie mogę się za bardzo na ten temat rozpisywać, bo od ponad już dziesięciu lat jestem maturalnym egzaminatorem, a w związku z tym muszę – przynajmniej publicznie – przestrzegać pewnych tajemnic, jednak o pewnych rzeczach powiedzieć muszę. Otóż, jeśli ktoś nie wie, praca egzaminatora polega na tym, że przez trzy kolejne weekendy, a więc i w sobotę i niedzielę maja, człowiek ma siedzieć od rana do wieczora w którejś z miejscowych szkół i sprawdzać jedną po drugiej maturalną pracę. Ponieważ wszystkie prace są kodowane, my nigdy nie wiemy, czyją konkretnie maturę sprawdzamy, nie wiemy nawet matury z jakiejś szkoły nam przypadły do oceniania, natomiast od pierwszej chwili wiemy, czy mamy do czynienia z tym jednym lepszym liceum w mieście, czy może z przedstawicielem pozostałej części systemu oświatowego. Jeśli jest to liceum najlepsze, praca jest łatwa i przyjemna, w pozostałych przypadkach sprawdzanie tych matur, to prawdziwa droga przez mękę. W większości przypadków mamy do czynienia z poziomem, na którego temat, gdyby mi tu wolno było pisać bardziej dokładnie, nikt z nas nawet nie śmie przeżywać koszmarów. I, jak mówię, w tych przypadkach sprawdzanie matur w te trzy kolejne soboty i niedziele maja, to prawdziwa udręka.
Siedzimy jednak tam i próbujemy odczytać te, często praktycznie nie do odczyatnia, bazgroły, pozaznaczać te dziesiątki błędów, policzyć te wszystkie wyrazy, których często, ze względu na stan, w jakich te prace są, policzyć się nie da, i, nie wiem jak to jest z innymi, ale ja za każdym razem w połowie dnia wpadam w prawdziwą depresję. Czytam te smutne wypracowania, a za nimi widzę te dzieci, z których niektóre bardzo się starają, tyle że zwyczajnie nie dają rady, ale większość nawet nie bardzo czuje, o co tu w tym wszystkim chodzi. Wiedzą, że jest wreszcie ta matura, o której tyle słyszeli, no i siedzą tam w tych swoich garniturach i na tych szpilkach i czekają aż to się wszystko skończy i będzie można wreszcie włączyć telefon. No i w pewnym momencie myślę, że chyba zrobię sobie przerwę i pójdę się czegoś napić i zjeść kawałek jakiegoś wafelka.
Kiedy zaczynaliśmy tę pracę przy maturach, Okręgowe Komisje Egzaminacyjne miały jeszcze budżety, które pozwalały nam zapewnić nie tylko ołówki, gumki, czarne długopisy i temperówki, nie tylko kawę, herbatę, cukier i mleczko, ale również nas w połowie dnia odpowiednio nakarmić. Po paru latach jednak obiady się skończyły. Po paru następnych skończyła się kawa i herbata. No i wreszcie, parę lat temu, każdy z nas został poinformowany o tym, że ma przynieść ze sobą swój własny ołówek, długopis, gumkę i temperówkę.
Sprawdzanie matur z języka angielskiego polega na tym, że się siedzi i sprawdza te listy, mniej więcej przez 10 godzin bez przerwy, przez trzy kolejne weekendy. Po pewnym czasie ta praca staje się tak automatyczna, że nie ma czasu już na nic innego. Trzeba najpierw wypełnić te wszystkie tabelki, potem policzyć te słowa, zaznaczyć błędy, policzyć procenty, sprawdzić resztę no i to wszystko wpisać do arkuszy. Następnie trzeba wpisać numer egzaminatora, złożyć odpowiednie parafki, no i na końcu swój osobisty podpis. Na wypadek gdyby ktoś z tego zmęczenia i pewnej nie do uniknięcia wręcz nieuwagi, popełnił gdzieś jakąś omyłkę, OKE zawsze zatrudniało tak zwaną „osobę techniczną”, która nie zajmowała się kwestiami merytorycznymi, ale za jakieś marne pieniądze dbała o to, by tych prac zawsze było tyle co trzeba, żeby one były popakowane do odpowiednich pudełek, no i żeby tam wszystko było odpowiednio policzone, zapisane i podpisane. W tym roku, decyzją władz oświatowych osoby technicznej już nie będzie. Oszczędności. Od tego roku egzaminatorzy zostaną podzieleni w pary, i kiedy już jeden z nich zakończy sprawdzanie tych swoich 70 czy więcej arkuszy, no i wszystko odpowiednio przejrzy i policzy, będzie musiał – tym razem oczywiście już bezpłatnie – sprawdzić czy u kolegi wszystko gra pod względem formalnym. No ale i na to będzie miał czas. O ile w tym roku, pracowało się w soboty i niedzielę, w tym trzeba będzie jeszcze przyjść w poniedziałek i piątek. Oczywiście po zakończeniu lekcji w szkole. A co z tymi, którzy w międzyczasie muszą być na ustnych maturach. Na pewno sobie jakoś poradzą.
Byłbym zapomniał. W tym roku Ministerstwo Edukacji obniżyło egzaminatorom stawki. Za rok rusza nowa matura, według nowych zasad. Na tę okazję trzeba będzie przeszkolić nowych egzaminatorów, a ja już znam szkoły, gdzie nawet dziś nie ma już ani jednego. Uważam za bardzo prawdopodobne, że przyszłą maturę będą przeprowadzać i sprawdzać ludzie znalezieni w klasycznych łapankach. To jest, moim zdaniem, niemal pewne.
Ktoś się spyta, czemu tak? Dlaczego oni to robią? Odpowiedź jest prosta i zawsze taka sama: nie ma pieniędzy. No ale jest jeszcze coś. Od czasu, gdy w Polsce władzę objęła Platoforma Obywatelska, stopniowo zagęszcza się atmosfera obojętności wokół nie tylko narodowej edukacji, ale wszystkiego. Mam na myśli atmosferę, która oparta jest na silnym przekonaniu, że tak naprawdę i tak wszystko jest pozbawione znaczenia, poza jednym: żeby jakoś przeżyć do następnego miesiąca, a potem się zobaczy. Podejście władz do kwestii matur jest wręcz modelowym przykładem tej przedziwnej i strasznej bardzo filozofii. Oni naprawdę się zachowują, jakby już przestali cokolwiek planować. Dla nich od pewnego czasu liczy się już tylko to, co trzeba zrobić na wczoraj. Bardzo ciężko będzie to najpierw zniszczyć, a potem odbudować.

Przypominam, że w księgarni Coryllusa, pod adresem www.coryllus.pl, mamy bardzo ciekawe promocje. No a to, co jeszcze całkiem nowe, to prawdziwe rarytasy. Zachęcam. Ponad to z prawdziwym bólem muszę sie poskarżyć, że znów ciągniemy mocno pod górkę. Jest dopiero 10, a my mamy wszystko wciąż niepopłacone. Jeśli więc na kimś powyższy tekst zrobił wrażenie i z tym wrażeniem jest mu naprawdę nieswojo, będę wdzięczny za wsparcie pod podanym obok numerem konta. Dziękuję.

2 komentarze:

  1. Ta sama sytuacja jest na niższych etapach kształcenia. Ja sprawdzałem sprawdziany po 6 klasie. Od zeszłego roku już tego nie robię - tak jak piszesz - nie ma obiadów, kawy i ciastek, osoby technicznej i samemu trzeba przynosić przybory piśmienne. A wynagrodzenie coraz niższe.
    I tak jest wszędzie, wszystko coraz bardziej parszywieje i nawet propaganda płynąca ze wszystkich merdiów tego nie przykryje.

    OdpowiedzUsuń
  2. @karakuli
    Cenny komentarz. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń