piątek, 7 maja 2010

O wyższości czarownika nad docentem



Opublikowałem dziś w Salonie24 wpis, w którym chciałem pokazać, w jaki sposób pewna część osób którzy żyją wśród nas i obok nas, na własne życzenie utraciła kontakt z tym co się nazywa Polska. Chciałem zwrócić uwagę na tych ludzi i na ich wyobcowanie, które manifestuje się na wiele różnych sposobów, a w dniu wczorajszym, na przykład, kazało im zaprotestować przeciwko temu, że jakoby podpisy jakie uzyskała kandydatura Jarosława Kaczyńskiego były zbierane w kościołach, co ich zdaniem jest w gruncie rzeczy, nawet jeśli nie faktycznym, to moralnym przestępstwem. Chciałem podzielić się tą refleksją, ponieważ jest dla mnie czymś zastanawiającym, że dla wielu z nas Kościół, który współtworzy – a w niektórych dniach wręcz tworzył – nasze dzieje i naszą tożsamość, jest nagle czymś, co powinniśmy traktować wyłącznie jako agresywną niszę.
Ale również napisałem ten tekst, ponieważ obawiam się, że jeśli nie zaczniemy bronić naszego prawa do bycia ludźmi Kościoła, a więc kimś dla kogo parafia jest co najmniej tak samo ważnym elementem tożsamości jak dzielnica, miasto, czy województwo, to dojdzie do tego, że już przy następnej okazji okaże się, że nie można już głosować w niedzielę, bo część wyborców ma zwyczaj robić to po Mszy Świętej. Że wybory albo zostaną przeniesione na sobotę, albo – co też możliwe – głosowanie po Mszy będzie uważane za wykroczenie przeciwko wyborczej dyscyplinie. A zatem, jeśli odpowiednie służby sprawdzą, że w wyborach brała udział nadreprezentacja ludzi traktujących Kościół zbyt poważnie, to głosowanie zostanie unieważnione.
Przypomniał mi się przy tej okazji stary tekst, jeszcze z grudnia 208 roku, w którym – mam wrażenie – poruszyłem już ten temat. W innym kontekście, w zupełnie innej sytuacji, trochę inaczej, ale wydaje mi się, że on może bardzo dobrze uzupełnić te dzisiejsze refleksje. Proszę zatem sobie poczytać.
Mój wczorajszy tekst, dotyczący upadku czegoś, co się powszechnie nazywa ‘cywilizacją chrześcijańską', ku mojemu ubolewaniu, sprowokował dwojaką reakcję. Albo został zlekceważony, na co wskazywałaby bardzo niewielka liczba komentarzy, albo kazał niektórym zarzucić mi rasizm, a nawet antysemityzm (sic!). Oczywiście, napisało do mnie też kilku użytkowników, którzy skomentowali te moje refleksje w sposób przede wszystkim merytoryczny, a również czasem niezwykle przyjazny - za co jestem im bardzo wdzięczny - ale, jak mówię, ogólne wrażenie miałem takie, że jeśli ktoś w ogóle uznał, ze warto było to czytać, to głównie po to, żeby mi dosolić. Naturalną koleją rzeczy, wydawałoby się, powinno być to, że lepiej by mi było zająć się jakimś innym tematem, albo w ogóle na pewien czas zwolnić, ale co zrobić, jeśli męczy mnie ta wielokulturowość bardzo i nie daje spokoju? Trudno. Najwyżej Wy sobie trochę ode mnie odpoczniecie.
Więc zacznę tak. Kiedyś, jeszcze w zamierzchłych czasach komuny, miałem kolegę, który studiował architekturę w Gliwicach. Opowiadał mi on pewnego razu, że mają na roku takiego jednego kumpla, który pochodził z Afryki. Któregoś dnia, na wykładzie z ekonomii politycznej kapitalizmu, czy socjalizmu - wówczas to było obojętne, bo i tak chodziło o jedno - któryś z tych specjalistów od prania mózgów tłumaczył im coś na temat tego, że życie jest formą istnienia białka i że te religie i takie tam, to wszystko jest nic nie warte. I wtedy, ten jego czarny kolega powiedział, że to wszystko jest bardzo ciekawe, ale on ma inne doświadczenia. I opowiedział historię o tym, że u nich we wsi - w tej Zambii, czy gdzieś tam - jest pewien czarownik, który potrafi tak zrobić, że pokaże palcem na kogokolwiek, kogo sobie upatrzy i ten znika. Następnie, ten przebiegły czarownik pokaże palcem na tego kogoś jeszcze raz, i on się pojawia na nowo. Ponieważ ten specjalista od propagandy wprawdzie był bolszewicką swołoczą, ale nie koniecznie był głupi, zapytał studenta sprytnie, jak ten czarownik może pokazać palcem na kogoś, kogo nie widać, bo zniknął. Student wzruszył ramionami i odparł, że on nie ma pojęcia, ale myśli, że skoro on jest czarownikiem, to jakoś to potrafi. Docent w tym momencie odpadł.
Przypomniała mi się ta historia niedawno, właśnie przy okazji moich rozmyślań nad wielokulturowością, wpływem jednych kultur na inne i nad tym, jak to jest, ze jedne kultury upadają, a inne trwają w najlepsze. Otóż myślę sobie, że jest rzeczą absolutnie oczywistą, że w sytuacji, kiedy spotka się jakaś grupa ludzi, powiedzmy dziesięcioosobowa, czy - by trzymać się bliskich mi porównań - wielkości klasy szkolnej, nie ma takiej możliwości, żeby wewnątrz tej grupy panowała idealna równość i braterstwo. Oczywiście, oni mogą żyć w zgodzie, mogą nawet być bardzo solidarni i lojalni wobec siebie, mogą nawet wszyscy bardzo się przyjaźnić, ale zawsze będzie tam ktoś, a często nawet i parę osób, które będą ważniejsze i po prostu lepsze. Ktoś, kogo zdanie będzie się bardziej liczyło, niż zdanie innych, ktoś, kto będzie swoich przyjaciół reprezentował na zewnątrz i ktoś, kto będzie symbolizował tę grupę. Jak to się dzieje, że jedni zostają przywódcami, a inni nie? Jak to się dzieje, że ktoś nagle zaczyna bardziej błyszczeć niż inni? Czy jest to może wynik tego, że on jest mądrzejszy? Czy może chodzi o to, że jest bardziej bezczelny? Czy może bardziej przystojny? Oczywiście, każda z tych rzeczy ma znaczenie, ale to co się liczy najbardziej, to wewnętrzna siła, jaka emanuje z tej osoby. Ta właśnie siła, wynikająca z jego pewności siebie, wierności zasadom, świadomości racji, sprawia, że wszyscy zaczynają go szanować zgadzają się by jego poglądy, jego koncepcje i jego pomysły dominowały. Czy przywódcą może zostać chłopak lub dziewczyna, którzy od samego początku przyjmują pozycję wyczekującą i ogłaszają wszem i wobec, że oni gotowi są dyskutować? Nigdy.
Mówimy o wielokulturowości. W moim przekonaniu, jeśli idzie o ten wymiar, który powyżej przedstawiłem, nie ma większej różnicy między grupą szkolną, a wielokulturowym społeczeństwem. Nie ma takiej możliwości, że w sytuacji, kiedy spotkają się różne kultury, czy cywilizacje, uda się między nimi stworzyć taką harmonię, że każdy stara się żyć dla siebie i dzielić się swoimi bogactwami z innymi, a jak przyjdzie potrzeba, zrezygnować z czegoś w co wierzy, na rzecz kogoś innego. Nie jest to możliwe w relacjach między ludźmi, a tym bardziej w relacjach między kulturami. Dlaczego tym bardziej? Dlatego, że ludzie są zdecydowanie bardziej elastyczni od kultur. Kultury są stare, niewzruszone i pewne swego. Dlatego też, podobnie jak w klasie szkolnej, w sytuacji zderzenia kultur, zawsze kultura silniejsza, bardziej pewna swojej wartości, bardziej przywiązana do swojej tradycji i swojej wiary, nie dość że wygra, że pozostanie silna, to jeszcze zacznie stopniowo wpływać na kulturę słabszą, a w efekcie ją przejmować.
Parę dni temu, w telewizji, przy okazji swojej wizyty w Polsce, występował Dalajlama. Przyszedł do studia w swoim tradycyjnym pomarańczowym stroju, boso, z gołymi ramionami, odsłoniętą pachą, założył nogę na nogę w ten sposób, że jego bosa stopa była skierowana prosto w kierunku kamery. Pomyślałem sobie wtedy, że oto mamy do czynienia z kulturą w pewnym sensie wyższą. Dlaczego? A dlatego mianowicie, że Dalajlama w tej naszej telewizji wyglądał wyjątkowo ekscentrycznie, ze swoją bosą stopą i wystawioną pachą, ale ani jemu, ani prawdopodobnie nikomu z widzów nie przyszło do głowy, że oto przed nami odstawia się jakąś - jak to lubią mówić młodzi - wieś. Każdy bowiem wiedział, że to co widzimy, to wielka, stara kultura, że ten który do nas mówi, to wybitny przedstawiciel tej kultury i że tak jak jest właśnie ma być.
Proszę sobie wyobrazić, co by było, gdyby do studia telewizyjnego przyszedł Marek Jurek z dużym krzyżem na piersiach i - powiedzmy - przeżegnał się przed rozpoczęciem rozmowy? Przecież z punktu widzenia religii, którą on reprezentuje, nie stałoby się nic szczególnego. W chrześcijaństwie, znak krzyża jest gestem powszechnym i w żaden sposób nie powinien wywoływać jakichkolwiek emocji. Co tam znak krzyża! Niechby on wspomniał, że w zeszłą niedzielę, kiedy był na mszy w kościele, to coś tam się zdarzyło. Ja już widzę te rozbawione twarze ludzi, którzy kiedy patrzą na Dalajlamę, kiwają z nabożeństwem głowami i wzdychają, jakiż to święty człowiek.
No ale dobrze. Jurek to polityk - marny bo marny - ale zawsze, więc może nie wypada mu mieszać swojej wiary do występów w telewizji. Wprawdzie Dalajlama trochę też, no ale wszyscy rozumiemy, o co chodzi. Pomyślmy więc, co by się działo, gdyby w tzw. dobrym towarzystwie jakiś katolik powiedział, ze on dziękuje za kiełbaskę, no bo dziś piątek. Czy to dobre towarzystwo pochyliłoby się nad katolikiem ze zrozumieniem? Ależ w życiu! Przede wszystkim wszyscy by uznali, że to jest jakiś nawiedzony wariat i dyskretnie by zaczęli chrząkać.
Dlaczego tak się dzieje? Dlatego mianowicie, że my, jako chrześcijanie, nie zrobiliśmy dokładnie nic, żeby pokazać światu, że z nami nie ma żartów. Do częstochowskiej kaplicy włażą jacyś zagraniczni turyści w czapkach i nawet im do głowy nie przyjdzie, ze gdyby podobnego gestu bluźnierstwa dopuścili się w meczecie, w buddyjskiej świątyni, czy w synagodze, już by było po nich. Inna sprawa, że oni, gdyby planowali wizytę w Taj Mahal, albo gdzieś w tureckim meczecie, to wcześniej przeszukali by wszystkie przewodniki i strony internetowe, żeby przypadkiem nie wyskoczyć z czymś głupim.
Proszę sobie przypomnieć, co się wyprawiało wśród komentatorów przed wyjazdem pana prezydenta do Japonii. Jak oni się zastanawiali, co w Japonii wypada, a co nie wypada w Korei, a jak jeść, jak stać, jak mówić, jak milczeć. I wszyscy okropnie się martwili (albo się cieszyli), co to będzie, jeśli Prezydent nagle zrobi coś takiego, że tamta kultura tego nie przyjmie. Kiedy przyjeżdża do Polski ktoś z Kuwejtu, Seulu, Jerozolimy, czy Osaki, nikt się nie zastanawia, czy ten ktoś przypadkiem nie zrobi głupstwa w postaci odmówienia kieliszeczka czystej wyborowej. Że już nie wspomnę o wystawianiu gołej nogi do kamery telewizyjnej.
Jakie więc szanse w wielokulturowym społeczeństwie ma chrześcijanin, który pragnie zamanifestować swoją kulturę, tradycję, swoją wiarę? Dokładnie żadne. Owszem, on może sobie się cichutko pomodlić, może położyć na wigilijnym stole opłatek, może nawet zaśpiewać z sercem i wiarą kolędę, ale niech nie liczy na to, że on będzie mógł to samo - z tą samą powagą - zaprezentować na zewnątrz. Natychmiast zaczną go pokazywać palcem i krzyczeć, że jest bezczelny, agresywny, nietolerancyjny, a przede wszystkim nawiedzony. I on to wie. I dlatego siedzi cicho. Nie pcha się. I efekt jest oczywisty. Wszędzie gdzie dochodzi do starcia kultury chrześcijańskiej, i kultury - powiedzmy - wschodniej, w sposób naturalny zaczyna dominować kultura wschodnia, a efektem tego jest to, że wszystko co dotychczas jakby wyrastało z chrześcijaństwa, zostaje zredukowane do jedynie obyczaju, który może być przestrzegany tylko o tyle o ile nie przeszkadza innym, natomiast wszystko co istnieje na zewnątrz tej kultury i tej cywilizacji, zachowuje pełną autonomię, a nawet - w pewnym sensie - status czegoś oficjalnego.
Blog, który prowadzę jest blogiem politycznym, więc wypadałoby jakoś przynajmniej wspomnieć o polityce. Proszę uprzejmie. Dziś mój salonowy kolega Free Your Mind (jeszcze raz, gratulacje z powodu rozpoczęcia ósmej setki) przedstawił wspaniały komentarz dotyczący zachowania grupy nawiedzonych europejskich ideologów, którzy przyjechali do prezydenta Czech Klausa i go najzwyczajniej w świecie opieprzyli http://freeyourmind.salon24.pl/106133,index.html . FYM nie może pojąć, jak coś tak oczywiście bezczelnego i chamskiego, mogło nie wzbudzić odruchu protestu u korespondenta Polskiego radia we Francji, Tomasza Siemieńskiego. Więcej - nie dość, że nie wzbudziło odruchu protestu, to wywołało wręcz brawa. FYM uważa, że są rzeczy w tak oczywisty sposób haniebne, głupie i przykre, że normalny człowiek nie powinien w żaden sposób pozostać wobec niech obojętny. Zapomina jednak mój wybitny kolega, że to nie tylko Siemieński uważa, że politycy z Brukseli postąpili słusznie. Oni sami też tak uważają. Uważam, że każdy szczerze wierzący Europejczyk nie da powiedzieć złego słowa na to, co się stało. Dlaczego? Bo oni są jak sekta. Pisałem już o tym na blogu FYM. Ale powtórzę tu raz jeszcze. Oni są po prostu jak sekta. A jeśli ich to obraża, to niech będzie - religia. Wielka, potężna, nieustraszona religia. A jej wyznawcy są jak krzyżowcy - dumni, pewni swego i gotowi polec za to w co wierzą. To że oni obstawili zło, nie ma najmniejszego znaczenia. Tu się liczy tylko siła wiary. W tej sytuacji, nie ma takiej możliwości, że Tomasz Siemieński nagle uzna, że może warto by było troszkę się wstrzymać. Mowy nie ma! Oto wiara prawdziwa.
Jestem przekonany, że gdyby któregoś dnia, jakieś brukselskie ciało postanowiło, że wszyscy urzędnicy wyższego szczebla pracujący w Brukseli, będą w czasie oficjalnych okazji występować tylko w majtkach i w łyżwach na nogach, oni nie dość że natychmiast zaczęliby się tak nosić, ale robiliby to z dumą i z poczuciem misji. Jestem również pewien, że Tomasz Siemieński w jednej chwili uznałby, że tak jak jest, jest dobrze, a ktokolwiek by stwierdził, że to idiotyzm, zostałby przez Siemieńskiego wyśmiany i oskarżony o brak tolerancji. Albo wręcz antysemityzm. A cała kupa politologów, socjologów i psychologów wyjaśniłaby w telewizji, jak to się dzieje, że polskie społeczeństwo - katolickie i zaściankowe - nie potrafi kulturalnie odpowiedzieć na wyzwania nowej ery?

1 komentarz:

  1. Toyahu! Wiesz, co było dla mnie jednym z najbardziej przykrych doświadczeń jeszcze sprzed 10 Kwietnia?

    Nowa wojna z krzyżami w szkołach. Ta wojna potwierdza całą teorię, którą tak precyzyjnie wykłada na swoim blogu FYM: prawie nic się nie zmieniło. Tylko nas "piękniej skuszono" a ta stara wojna trwa nadal. Bibułę zastąpiły nam nasze blogi. Zamiast nękania przez UB, naklejono na nas etykiety, spiskowców, nieodpowiedzialnych oszołomów, żenujących moherów. (Bo swołocz z UB pozostała, en general, ta sama). A to przecież dotyczy nie tylko naszego podwórka. Paneuropejskie lewactwo ma się znakomicie.

    I to jakoś tłumaczy tą wojnę przeciwko naszej, NASZEJ, kulturze.

    OdpowiedzUsuń