sobota, 29 maja 2010

Topiarze fryty z TVN24



Po dwóch dniach bardzo ciężkich doświadczeń związanych z oglądaniem przekazu medialnego firmy ITI Mariusza Waltera i towarzyszy, nie wytrzymałem, przełączyłem kanał na cokolwiek i ogłosiłem na blogu, że moja przygoda z telewizją TVN24 dobiegła końca. Te dwa dni, nawet dla kogoś kto, tak jak ja, naprawdę wiele przeżył, jeśli idzie o obserwacje sposobów robienia ludziom wody z mózgu, były czymś wyjątkowym. Wydaje mi się, że po raz pierwszy od lat 80-tych, a może w ogóle po raz pierwszy w życiu, miałem okazję ujrzeć kłamstwo tak bezczelne. Po raz pierwszy, choćby dlatego, ze nawet wtedy, w tamtych czasach, kłamstwo – mimo że straszne i totalne – stanowiło jednak pewien rytuał i przynajmniej nie udawało czegoś czym nie jest. To po pierwsze. Co jednak może jeszcze bardziej poruszające, to fakt że tu mieliśmy do czynienia z przeskokiem tak dramatycznym, że przy jednoczesnym zachowaniu całej dotychczasowej dekoracji, efekt musiał być piorunujący.
W reakcji więc na ten wybuch wręcz komunistycznej agresji, postanowiłem zrezygnować z usług telewizji, z którą w ten czy inny sposób byłem związany przez całe lata i dałem tej mojej decyzji odpowiedni wyraz na blogu. I oto wczoraj przyszedł do mnie mój syn i poinformował, że TVN24 od rana, i na swojej stronie internetowej i w samej już telewizji, na zmianę albo wykpiwa kolejne wpadki Bronisława Komorowskiego, albo informuje wszystkich, że wszystko co nam Rosjanie dostarczają w kwestii katastrofy w Smoleńsku jest niepewne i niepotwierdzone. Że najprawdopodobniej materiały, które otrzymamy w przyszłym tygodniu z Rosji nic nowego nie wniosą, nic nie wyjaśnią i nie będą miały żadnej szczególnej wartości. Co więcej, według relacji mojego syna, TVN24 nawet cytuje jakiegoś bardzo dobrze poinformowanego człowieka z Moskwy, który wie na pewno, że polscy piloci podczas lądowania robili wszystko jak trzeba, a gen. Błasik słowem na niech nie naciskał.
Złamałem się i rzuciłem okiem na TVN24 i natychmiast wszystko się potwierdziło. Oni wczoraj, jak najbardziej, skupili się na tym, by nikt broń Boże nie zechciał ich podejrzewać o to, że oni coś knują. Nawet Konrad Piasecki nie zaprosił do swojego programu – zgodnie z tradycją ostatnich dni – ani Aleksandra Kwaśniewskiego, ani Leszka Millera, ani nawet Andrzeja Olechowskiego, tylko Joannę Kluzik-Rostkowską. A później, już u Rymanowskiego, wprawdzie fotele grzali tradycyjnie zwykli topiarze fryt ze stajni Agory i ITI, ale też głównie po to, żeby się znęcać nad Komorowskim i jego sztabem.
Wbrew pozorom, sytuacja którą wyżej opisałem nie jest w żaden sposób optymistyczna. Wbrew pozorom, ona wcale nie świadczy o tym, że to towarzystwo ma jeszcze jakieś normalne odruchy i potrafi dzięki tym odruchom rozpoznawać wiatr i zapach. Niestety nic z tego. Obawiam się, że to co oni wyprawiają świadczy wyłącznie o dwóch rzeczach. Po pierwsze, on muszą mieć bardzo dobry system monitoringu, który im pozwala się orientować w społecznym odbiorze tego co oni robią. Po drugie są oni z cała pewnością w posiadaniu całego wachlarza przeróżnych możliwości manipulowania opinią publiczną, przy jednoczesnym zachowaniu pozorów informacyjnej rzetelności. Oni, jak pokazali to przez ostatnie dni, potrafią w sposób absolutnie płynny tworzyć taki system informacyjny, który i będzie skuteczny i wiarygodny. Przynajmniej jeśli idzie o typowego odbiorcę. Oni bez najmniejszego kłopotu – co ciekawe ustami dokładnie tych samych osób – mogą najpierw przez całe dni i noce informować ludzi, że polscy piloci, we współpracy z generałem Błasikiem, zamordowali naszego prezydenta, a już po chwili, bez mrugnięcia okiem, uzupełniać tę informację wiadomością, że owszem, tyle że nie do końca i podobno trochę inaczej. A to już nie jest ani wesołe, ani lekkie. Bo to jest problem Systemu. Systemu, który działa i to działa świetnie.
Wczoraj napisałem polemikę z Ludwikiem Dornem, który ni stąd ni z owąd postanowił dołączyć się do owego Systemu, i robiąc to wykazał się gorliwością, która jeśli nie przeraziła, to z całą pewnością zaszokowała. Nazwałem ten tekst „Ludwik Dorn – czyli człowiek z frytą”. Kilka osób poinformowało mnie, że oni nie wiedzą, o co chodzi z tą frytą i z tym topiarzem, który pojawił się obok niej w toku tej refleksji. Otóż tłumaczę. Sprawa polega na tym, że kiedyś już dość dawno temu napisałem tu pewien tekst, w którym ten bardzo czcigodny zawód został potraktowany z lekkim przymrużeniem oka i jak najbardziej poważnie wykorzystany do pewnych refleksji natury ogólnej. Pozwalam sobie więc tu przypomnieć ten wpis sprzed miesięcy, jak zwykle z nadzieją, że będzie dobrze. Topiarz fryty – dla Was ponownie.
W ostatnich dniach, miałem dwukrotnie nieprzyjemność wrócić wspomnieniami do pewnej bardzo interesującej kwestii związanej z prezydenturą Lecha Wałęsy. Otóż, jak niektórzy wciąż potrafią sobie przypomnieć, a część – siłą rzeczy – nie pamięta, Lech Wałęsa miał swoja ekipę telewizyjną, która obsługiwała każdy jego ruch. Każdy, w tym sensie, że musiał być to ruch, który odpowiednio wcześniej Mieczysław Wachowski uznał za wart odpowiedniego naświetlenia. Odbywało się to tak, ze kiedy Lech Wałęsa miał się spotkać z jakimś ministrem i na przykład go opieprzyć, odpowiednia ekipa ustawiała odpowiednio Prezydenta, włączała światła, wpuszczała do środka konkretną ofiarę, puszczała w ruch kamery i wieczorem w wiadomościach leciał odpowiedni materiał. Efekt był zawsze taki sam – Wałęsa stał, groźnie chrząkając i robiąc swoje miny, a przed nim, nerwowo wycierając spocone dłonie, na przykład minister Dyka odbierał z pokorą reprymendę. Tylko raz, plan się nie powiódł. Mianowicie wtedy, gdy do Wałęsy zawitał minister Macierewicz… ale szybciutko złe wrażenie zostało – jak wszyscy wiemy – skutecznie zatarte.
Przypomniała mi się ta sztuczka z wałęsowską telewizją wczoraj, kiedy przeczytałem w Rzepie rozmowę z Erykiem Misiewiczem, na temat zbliżającego się kongresu Prawa i Sprawiedliwości. Eryk Mistewicz, zapytany, czy PiS po tym kongresie odzyska równowagę i czy poprawi swoje notowania wobec PO, powiedział, że wszystko zależy od tego, jak kongres zostanie zrelacjonowany przez media. Chodzi bowiem o to, ze Platforma, chcąc PiS-owi ukraść show, planuje przedstawić w sobotę swój program walki z kryzysem i jeśli teraz czołówki gazet i programów informacyjnych zajmie PiS, to wygra PiS, a jeśli Platforma – to, oczywiście, wygra Platforma. Będzie się też – naturalnie – liczyło tak zwane story, więc jeśli przyjdzie Palikot i opowie story, to PiS też raczej przerżnie.
Swoją drogą, to jest bardzo ciekawe. Eryk Mistewicz, rok temu wymyślił ten swój greps ze story i tak mu się to spodobało, że od tego czasu nie mówi o niczym innym. Prosimy Mistewicza do studia, pytamy go o pogodę, a on na to: story. Bierzemy go do gazety, pytamy o ulubiony film, a on: story. W tym zapętleniu przypomina nam tego profesora z historii opowiedzianej przy okazji wywiadu z Markiem Migalskim dla Dziennika kóry to uczony od dwudziestu lat żyje z jednego jedynego wykładu. Który na początku swojej kariery napisał cykl wykładów, opublikował je w jakimś skrypcie i wszystko co robi od tego czasu to recytuje ten skrypt kolejnym rocznikom studentów.
Drugi raz, przypomniał mi się ten Wałęsa, kiedy dziś na ułamek chwili zajrzałem do TVN-u i tam zobaczyłem, jak Donald Tusk siedzi sobie z paroma ministrami i wszyscy w pocie czoła pracują nad czymś niezwykle ważnym. Przeglądają jakieś kartki, mruczą coś pod nosem, drapią się po zmasakrowanych wysiłkiem intelektualnych czołach, a na głównym miejscu przy stole, pan premier patrzy surowo to na jednego, to na drugiego i wszystko starannie zapamiętuje. Jeszcze kamera od czasu do czasu pokaże siwego, zafrasowanego ministra Boniego, który też widać, że nie zasypuje gruszek w popiele. I tylko brakuje mu takich okularów ze sznureczkami, żeby mu mogły mądrze zwisać na szyi.
Jeszcze nie zdążyłem dojść do siebie po tym cyrku, a tu nagle słyszę, jak z Moskwy donosi red. Zaucha. Imienia nie wymienię, żeby nie kalać pamięci wielkich Dżambli. Otóż red. Zaucha objaśnia nam wszystkie tajemnicze kwestie związane z wczorajszym sukcesem, jaki odniósł Donald Tusk spotykając się z Putinem. Otóż, ponieważ okazało się, że spotkanie to zostało kompletnie zlekceważone przez rosyjskie media – kompletnie! – Zaucha postanowił nam pokazać, że ten fakt, wbrew pozorom, jest też sukcesem. Okazuje się mianowicie, że skoro rosyjskie media o spotkaniu nie wspomniały, to dobrze, bo jakby wspomniały, to niechybnie by Polskę zbluzgały, opluły i skopały. A tu cisza – więc dobrze jest.
Mówi Zaucha, że ta cisza naprawdę dobrze świadczy o polsko-rosyjskich relacjach, bo jeszcze dwa lata temu, było ostro. No ale wtedy Polska była „pod rządami braci Kaczyńskich”. Tak własnie powiedział Zaucha i od razu się przestraszył, że głupio palnął. Błyskawicznie wyjaśnił, że to nie on tak mówi, ale to w Rosji tak się mówi. Że w Rosji to taki zwyczaj, żeby mówić, ze Polska była rządzona przez braci Kaczyńskich, ale on – Zaucha – doskonale wie, że to tak nie jest… i tak dalej, i tak dalej. Jeszcze trzy razy (trzy razy!) powtórzył, że wprawdzie Rosja obecnie Polskie ma w dupie, ale to dobrze, bo gdyby nas w tej dupie nie miała, to byśmy mogli zasłużyć sobie na jakieś niemiłe słowa i korespondencja się skończyła.
Jutro PiS ma swój kongres, Platforma ujawnia plan walki z kryzysem, a Eryk Mistewicz czeka, jak oba wydarzenia zostaną zrelacjonowane przez niezależne media. No i kto opowie lesze story. A ja już wiem, jak to będzie. Wiem, bo role zostały już rozpisane parę lat temu, z odpowiednimi zmianami jesienią 2007. Story też została napisana. Jak ten skrypt sprzed dwudziestu lat. Ja jedynie mogę tu wspomnieć o jeszcze jednej – zupełnie już nieistotnej kwestii. Otóż chwilę po relacji Zauchy z Moskwy, TVN24 puścił jakiś kawałek o egzotycznych profesjach. Byłem tak poruszony tą reinkarnacją telewizji belwederskiej sprzed 15 lat, że nie za bardzo uważałem. Jednak w pewnym momencie pokazali jakiegoś hutnika, czy kogoś takiego i powiedzieli, że ten pan to TOPIARZ FRYTY. Taka nazwa. I myślę sobie tak. Tu w Salonie, od czasu do czasu, kiedy wspomnę o jakimś sprzedajnym dziennikarzu, to moi koledzy od razu upominają mnie, że to nie dziennikarz, ale ‘pracownik mediów’. Ja jednak sobie myślę, że pracownicy mediów to już jednak klasyka. Teraz działa coś, co ci własnie pracownicy mediow wykształcili w swoim środowisku. Coś kompletnie nowego i tak kuriozalnego, że nie ma dla tego czegoś nazwy.
Na przykład ten redaktor Zaucha. Kim on jest? Mi by bardzo pasowała nazwa: ‘topiarz fryty’. Ja wiem, że ten dobry człowiek, którego postać przez chwilę mignęła nam w materiale TVN-u, może się czuć czegoś pozbawiony. Ale tak by było dobrze. On niech będzie hutnikiem, natomiast Zaucha będzie się nazywał ‘topiarz fryty’. Czemu? Bo tak jest odpowiednio głupio, śmieszno i straszno. Prawie jak po rusku.

7 komentarzy:

  1. http://jaroslawkaczynski.info/aktualnosci/artykul/a,100,Konwencja_wyborcza_Jaroslawa_Kaczynskiego_w_Zakopanem.html
    Jeśli fotka jest faktycznie ze spotkania w Zakopanem ... to nie mam więcej pytań.
    "Zdruzgotany profesor, zdruzgotany reżyser, zdruzgotany aktor" (czytać wg rytmu z "Zaczarowanej dorożki)
    Pozdrawiam.
    onyx2

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie zapomnimy o czarnych klubowiczach…

    …szczególnie że uaktywnili się oni już co najmniej wiele miesięcy temu; właśnie tak, w opisany przez Autora sposób. Na jednym oddechu podawane są kłamstwa, by za chwilę (następna edycja tego samego programu indoktrynującego) na tym samym oddechu relatywizować wirtualne "info" z wczoraj, czyli z poprzedniej epoki, z owej zamierzchłej historii, gdy nie było jeszcze telewizji, a jak nawet, to TEJ telewizji jeszcze nie było. Słowo honoru, że nie było.

    Widziałem takie programy w 2009 roku. Woltyżerkę opiniami.

    Jeśli dziś TuskVision stosuje ciągle jeszcze odstęp jednego dnia między nadawanymi na wizji woltami światopoglądowymi, to świadczy raczej o konserwatyzmie stacji, niż o ich nagłych ciągotach do szalonej innowacji w dziedzinie nowych mediów. Myślę, że trzeba z bliska obserwować, czy i kiedy skrócą oni ten interwał do znanego skądinąd obrazu zupełnie płynnego przejścia od wyzwisk pod adresem Oceanii na takie same bluzgi adresowane tym samym tonem do Wschódazji (Eryk Artur Blair).

    Jeden dzień odstępu między diametralnymi zmianami poglądów? Toż to epoka kamienia łupanego; kompletne niezrozumienie taktyki. Cztery zmiany poglądów na dziesięć sekund - to było by dopiero nowe podejście. Najlepiej w wykonaniu tego samego aktora, który ambitnie argumentuje oscylując między neurotyczną miłością (do siebie) a psychotyczną nienawiścią (do faktów).

    W dziewięćdziesiątym którymś wyrzuciłem telewizor. Podarowałem! Polecam ten gest.

    Your NO to TV will set you free.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Anonimowy
    Jakieś to zdjęcie dziwne. Tam raczej padał deszcz. A więc, jeśli wkleili jakieś inne, to bez sensu. Po co? Chociaż... kto wie? Może się rozpogodziło? Albo wcześniej było ładnie?
    Natomiast to że tam było dużo ludzi, to mnie nie dziwi. Musiały być tłumy.

    OdpowiedzUsuń
  4. @YBK
    Jak się mieszka samemu, to jest łatwiej.

    OdpowiedzUsuń
  5. Polecam:
    http://www.przekroj.pl/ludzie_rozmowy_artykul,6388,0.html

    On podaje jedynie niewielką część prawdy. Opowiada o sprawach drobnych, pokazuje mały wycinek. Nie przyznaje się do wszystkiego. Coś nam się czasem uda wyczytać między wierszami...
    Ale i tak: to, co wyłania się z tego wywiadu, jest wystarczająco przerażajace. Oni uważają, że mogą manipulować jak chcą i kiedy chcą. I to właśnie robią.
    Monitorują, badają. I tworzą.
    Czują się panami sytuacji i panami umysłów.
    Czują się Stwórcami...

    Pozdrawiam,
    kazef

    OdpowiedzUsuń
  6. @toyah...
    Tak, to słońce na zdjęciu mnie zaintrygowało bo jeśli fota dotyczy innego spotkania to by było idiotyczne wręcz zagranie. Rodem z PO.
    Tłumy na pewno były bo w takim miejscu być musiały.
    Zakopane od Centrum jest bardzo daleko ale w Zakopcu bardziej czuć "centrum" niż często w innych dużych miastach.
    Ogólnie Zakopane to dla mnie wzór jeśli chodzi o wolność gospodarczą, coś do czego powinna dążyć reszta łącznie ze Stolicą.
    Tam ludzie są konkretni w poglądach ;-)

    #kazef...
    Moim zdanie "Stwórcami" to za duże słowo raczej czuja się/są Pasterzami ale nie w tym dobrym biblijnym znaczeniu.
    Oni pracują nad sterowaniem masami i całkiem dobrze pograli przez ostatnie 5 lat.
    Dobrze dla siebie ale bardzo źle dla nas i dla Polski.
    Toyah pytał czy Cena jaką zapłaciliśmy była adekwatna? Modle się żeby Cena dała jakiś ożywczy ruch bo inaczej to trauma.
    Jak patrzę na te czarno-białe zdjęcia to serce odpowiada mi że NIE chcę jakiegokolwiek przebudzenia za tą Cenę.
    Kryzys zrobi to samo tylko dłużej będzie to trwało. Kryzys albo wojna militarna.
    Pozdrawiam.
    onyx2

    OdpowiedzUsuń
  7. onyx2->
    Niepotrzebnie uzyłem wielkiej litery w słowie "stwórca". Ale podtrzymuję: oni czują się stwórcami. Miszczak to mówi w tym wywiadzie.
    Pozdrawiam.
    kazef

    OdpowiedzUsuń