środa, 28 maja 2008

Żeby już do szkoły, czyli gra w klasy

Przez wiele lat, wystarczająco wiele lat, pracowałem w szkole – i to na wszystkich możliwych poziomach zarówno wiekowych, jak i, że tak powiem, prestiżowych – by uczciwie twierdzić, że wiem, o co chodzi i jak się szkolne sprawy mają.
Mój poprzedni wpis pojawił się głównie w związku ze strajkiem nauczycieli, choć jednak przede wszystkim został sprowokowany wypowiedzią dziennikarza TVN24, który, bardzo w zgodzie z ruską tradycją tej stacji, zasugerował, że nauczyciele zorganizowali dzisiejszy strajk “w zmowie i porozumieniu”. Każdy, nawet bardzo nieuważny, obserwator zdarzeń politycznych, czy choćby społecznych, w jakiś tam sposób związanych z kodeksem karnym, wie, o czym mówię i o co mi chodzi.
Reakcja na moje refleksje była dość szeroka i, niestety, w pewnym stopniu dowiodła tego, że pewne absolutnie błędne poglądy i przesądy wciąż zajmują bardzo istotne miejsce w świadomości społecznej.
Ponieważ sam wpis, jeśli idzie o wartość merytoryczną, siłą rzeczy był bardzo ogólny, a sytuacji w polskiej szkole dotyczył jedynie w tym w zakresie, w jakim akurat mógł, chciałbym dziś przedstawić kilka historii autentycznych, choć jednocześnie brzmiących, jak fikcja. Więc, choćby z tego względu, mam nadzieję, wystarczająco interesujących.
Historia pierwsza:
W pewnym bardzo renomowanym liceum w moim mieście nauczycielka języka polskiego zauważyła, że ktoś (nie nauczyciel) wpisał w dzienniku paru osobom oceny celujące. Po przeprowadzeniu odpowiedniego śledztwa, udało się wytropić dwie dziewczynki, które dokonały fałszerstwa. Skoro nastąpiło wytropienie, musiały nastąpić konsekwencje. Bazgranie po dzienniku szkolnym, choćby uczennicom wydawało się nie wiadomo jak trywialnym i nicnieznaczącym zabiegiem, z punktu widzenia prawa, było wydarzeniem, które całą szkołę postawiło w stan kryzysu dotychczas niespotykanego. Nie będę się wgryzał w szczegóły, bo one akurat są mało ciekawe. Wystarczy powiedzieć, że po paru tygodniach jedyne, czego nauczycielka polskiego w liceum z całego zdarzenia zrozumiała, to to , że miała po prostu siedzieć cicho i udawać, że nic się nie stało. Naiwna, wybrała inne rozwiązanie. Więcej już tego nie zrobi.
Historia druga:
Nauczycielka angielskiego w jednej z klas miała uczennicę, która przy okazji każdej lekcji potrafiła osiągnąć taki poziom niegrzeczności, że nauczycielka nie wytrzymywała i wyrzucała ją z klasy. Dziewczynka wykorzystywała tę okazję w jednym celu: chodziło o to, żeby wyjść na boisko szkolne i spotkać się ze swoim chłopakiem. Któregoś dnia, z jakiegoś nieznanego zupełnie powodu, anglistka była w tak świetnym nastroju, że nie dała się sprowokować i lekcja trwała w najlepsze. Dziewczynka widzi przez okno, że chłopak się niecierpliwi, a następnie zrezygnowany odchodzi. W akcie desperacji zapala ostentacyjnie papierosa, oczywiście wylatuje za drzwi, pędzi za swoim ukochanym i niestety wpada pod samochód.
Mam pytanie do moich przyjaciół z Salonu. Jak myślicie, jakie było pierwsze pytanie, które nauczycielka usłyszała od prokuratora? Bo to, że miała rozmowę z prokuratorem, to chyba wiecie, prawda?
Historia trzecia:
W pewnej szkole nauczyciel dowiaduje się, że w klasie jest diler. Przerywa lekcję i prosi jednego z uczniów, żeby otworzył plecak i wszystko wyłożył na biurko. Uczeń natychmiast się korzy i prosi, żeby ze względu na delikatność sytuacji przejść do gabinetu dyrektora i tam wyjaśnić całą sprawę. Nauczyciel szybko organizuje zastępstwo, bierze chłopca wraz z jego plecakiem, idą do gabinetu dyrektora, chłopak otwiera plecak, z plecaka wypada tak zwany towar. Zostaje spisany protokół i nadchodzi nowy dzień.
Okazuje się, że rodzice chłopca skierowali oficjalną skargę przeciwko nauczycielowi, w związku z tym, że nauczyciel w drodze z klasy do gabinetu podrzucił dziecku do plecaka narkotyki.
Historia czwarta i ostatnia (to już ja):
Mam tak zwane okienko. Przychodzi pani dyrektor i prosi, żebym się udał do klasy 2a na zastępstwo, bo pan od śpiewu zaniemógł. Nie znam klasy 2a, a ponieważ szkoła jest osiedlowa i bardzo duża, oni też nie mają pojęcia, że ktoś taki, jak ja w ogóle istnieje. Wchodzę do klasy. Przede mną około trzydzieścioro dzieci, które absolutnie nie wykazują zainteresowania moją osobą. Jedni grają w karty, inni bawią się komórkami, inni jeszcze po prostu gadają. Próbuję coś mówić, podnoszę głos, zaczynam chodzić po klasie i jedyny efekt jest taki, że jakieś dziecko – chyba przewodniczący klasy – pyta “Kim pan jest?” Mówię mu, że jestem na zastępstwie, ale wygląda na to, że chłopczyk pytanie zadał w ciężkim zamyśleniu i nigdy w właściwie nie oczekiwał odpowiedzi. Zaczynam sprawdzać obecność i głównie wpisuję nieobecności. Po sprawdzeniu frekwencji, zaczynam wpisywać uwagi po kolei każdemu uczniowi. Któreś z dzieci orientuje się, że coś się dzieje i oznajmia klasie: “Słuchajcie! Koleś wpisuje uwagi.” Dzieci otaczają mnie, zaczynają prosić, żebym się nie wygłupiał, tłumaczą, że one tak tylko się zagapiły, że już będą grzeczne. Dzwoni dzwonek.
Idę do szkolnej pani pedagog. Pani pedagog mówi, żebym poszedł do wychowawcy. Idę do wychowawcy, wychowawca jest oburzony, obiecuje działanie. Po godzinie klasa przychodzi z kwiatami i przeprasza za swoje nieładne zachowanie. Na drugi dzień dostaję wezwanie do gabinetu pani Dyrektor. Dyrektorka jest zdenerwowana, nieprzyjemna, mówi krótko: Panie Krzysztofie. Kiedyśmy pana zatrudniali, twierdził pan, że jest pan nauczycielem z doświadczeniem, a tu taka wpadka.
Oto polska szkoła. Takich historii mógłbym Wam przedstawić setki. A wiecie, moi drodzy, co je łączy? Nie ciężka niedola nauczyciela. Nie marne zarobki. Nie zbyt liczne klasy. Ale również nie zbyt mało ambitni i zaangażowani nauczyciele. To co łączy te wszystkie trzy opowieści – jak najbardziej prawdziwe i współczesne – to to, że polska szkoła nie jest w stanie skupić się na uczeniu. Uczenie, wyniki, poziom nie interesuje nikogo. Z wyników, z poziomu, z postępów nie rozlicza nikt. Swoją rzepkę każdy sobie skrobie osobno, a sens istnienia szkolnictwa powszechnego sprowadza się do jednego – żeby jakoś dotrwać do dzwonka. No i pod koniec miesiąca dostać te swoje 1000, czy 2000 złotych.
I teraz, jeśli ci wszyscy otępiali nauczyciele postanowili dziś się postawić głupiej, leniwej i bezmyślnej władzy, to nie dlatego, że podpuścił ich niejaki Broniarz – jeden z ostatnich niedobitków PRL-u. Zaprotestowali dlatego, że od długiego już czasu czują, że ktoś ich tu chce po prostu wykiwać. I nie tak wykiwać, jak dotychczas. Niechcąco i jak gdyby przy okazji. Wykiwać z pełną premedytacją, a przy okazji jeszcze coś smakowitego ugrać.
Większość moich koleżanek i kolegów nauczycieli, byłych i obecnych, sterczących z tymi swoimi nędznymi kawałkami kredy przed tablicami z jednej strony i z całą kupą w sumie biednych, nicniewiedzących dzieci z drugiej, a na dalszym horyzoncie z ich bezradnymi i też nicniewiedzącymi rodzicami, może mieć najróżniejsze myśli, najróżniejsze poglądy – najczęściej głupie i kompletnie niepozbierane – ale każdy z nich czuje, że toczy się jakiś ciężki przekręt. I dopóki ci co kręcą, robią jeszcze wrażenie, że chcą, ale akurat nie mają czasu, albo umiejętności, albo po prostu dobrych pomysłów, to w momencie, gdy zaczynają mieć do czynienia z bandą głupków, którzy znaleźli się tam, gdzie się znaleźli drogą czystego przypadku i właściwe jedyne o czym marzą, to wyskoczyć na kawkę, albo na piłeczkę, to na to pozwolenia nie będzie.
I stąd to, co mamy dziś.
I jeszcze raz. Tu nie chodzi o pieniądze. Nawet jeśli ci wszyscy nasi biedni nauczyciele myślą, że jest inaczej, to tylko tak mówią. Może i nawet tak myślą. W rzeczywistości jednak, to co czują, to już zupełnie i całkowicie inna kwestia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz