wtorek, 27 maja 2008

Wspólnie i w porozumieniu ku miłości i zaufaniu

Wygląda na to, że nauczyciele - najbardziej spauperyzowana, a często też przy tym najbardziej moralnie zniszczona, część polskiej inteligencji - nie są zadowoleni z tego wszystkiego, co przyniosły im w hojnym darze czasy serdeczności i zaufania.
racowałem przy tablicy, gdy ministrem zostawał, a później przez kolejne miesiące prowadził polską szkolę, Roman Giertych i doskonale pamiętam ten poziom nienawiści, szyderstwa i pogardy, jaką potrafił z siebie wykrzesać przeciętny nauczyciel w stosunku do swojego ministra. Pamiętam czas, gdy słowo Giertych, podobnie zresztą, jak Kaczyński, czy Ziobro, funkcjonowało nie jako nazwisko, lecz jako symbol-inwektywa. Tym bardziej nie mogę się nadziwić dziś, gdy rozmawiam z nauczycielami – tym razem emocjonalnie trzeźwymi i samodzielnymi, bez uprzedniej propagandowej obróbki – i obserwuję, jak większość z nich, widząc i słysząc panią minister Hall, nie marzą o niczym innym, jak tylko o powrocie Giertycha.
Dlaczego Giertycha? Bo ten przynajmniej mówią – był kimś. Kimś, kto wie, planuje i ma przy tym coś w głowie. Dla niektórych nie bez znaczenia było choćby i nawet to, że Giertych był wysoki, postawny, miał ładny głos i przynajmniej wyglądał, jak mężczyzna. A tu za karę, że nie lubili Romana, dostali tę dziwną, śmieszną panią Kasię.
Strajkują więc. Powiem od razu: nie mam najlepszej opinii o moich kolegach nauczycielach. Więcej – moje zdanie o większości z nich, o ich zawodowym, moralnym i intelektualnym poziomie, jest mniej więcej takie, jak o zawodowym, moralnym i intelektualnym poziomie większości urzędników, dziennikarzy, czy prawników, czyli bardzo kiepskie. Uważam, że pozostawiając moje dzieci pod opieką ich nauczycieli, ryzykuję dokładnie tak samo, jak gdybym wymyślił, że oddam je pod całodzienną kuratelę pierwszej napotkanej osobie. Jeśli nie bardziej jeszcze.
Nie zmienia to jednak faktu, że praca w szkole, w przeciętnej polskiej szkole, szczególnie w gimnazjum, naraża każdego nauczyciela, któremu udało się jakimś cudem jeszcze kompletnie nie oszaleć, na taki poziom stresu i wszelkich innych umysłowych zagrożeń, że trudno tę atmosferę porównać do czegokolwiek innego. Może tylko lekarze, pracujący na nocnych dyżurach w pogotowiu, i policjanci stojący naprzeciwko bandy łysych debili w szalikach, mogą się pochwalić podobnymi doznaniami.
Problem bowiem w tym, że uniwersytety, kształcąc nas w kierunku nauczycielskim, przekazywały nam wiele ciekawych i pożytecznych informacji, natomiast nie poinformowały nikogo z nas o najważniejszym, że dobrze by było, gdybyśmy, zanim wejdziemy do klasy szkolnej, spróbowali ukończyć przynajmniej parę semestrów resocjalizacji. Bez tego, bywa, że praca w klasie sprowadza się wyłącznie do modlenia się, by jak najszybciej zadzwonił dzwonek, a w tym czasie nie stało się nic takiego, co sprowadzi na lekcję dyrektora, policję, czy też wspomniane już pogotowie.
Problem w tym, że polska szkoła ma taką konstrukcję, że podstawowym zmartwieniem każdego: od ucznia, woźnej, przez nauczyciela, do dyrektora nie jest to, żeby kogokolwiek czegoś nauczyć, lecz, żeby broń Boże nie stało się nic takiego, co sprowadzi do szkoły telewizję, albo, że coś o nas napiszą. Więc biedni nauczyciele harują, jak woły, połykając przy tym niezliczone ilości środków uspokajających, dostają garba od codziennego noszenia tych smutnych, nikomu niepotrzebnych ton papieru klasówkowego, przeganiają dzieci z zadymionych toalet, a w międzyczasie zbierają codzienne pretensje od równie umordowanych dyrektorów i słusznie załamanych rodziców.
A w zamian za to, jak już się porządnie nauczą swojego zawodu i osiągną pozycję nauczyciela dyplomowanego, to dostaną te 2000 do ręki raz na miesiąc.
Oto polska szkoła i to, co mamy w jej środku.
A co słychać na zewnątrz? Na zewnątrz mamy minister Hall, która mówi coś o odpowiedzialności, o uczeniu, o wynikach, o poziomie, no i o tym, że, jak nauczyciel dobry, to dostaje 3500 do ręki. To z jednej strony. A z drugiej bandę wszystkowiedzących, światłych i europejskich obywateli, którzy powtarzają za swoimi medialnymi mentorami, że jak nauczyciel chce zarabiać więcej, to musi się kształcić, no i więcej pracować.
A nad nimi wszystkimi, uśmiechniętego i wyszykowanego premiera, który obiecuje, że będzie super, tylko najpierw trzeba zmienić prezydenta, bo ten, co go aktualnie mamy, to jakiś nie bardzo.
Wspomniałem o mediach. Wczoraj Monika Olejnik stawała na swojej pokręconej od krętactw głowie, by nie zauważyć faktu, że dzisiejszy strajk, to pierwszy taki protest, gdzie wszystkie związki wspólnie wystąpiły przeciwko swojemu ministrowi.
Dziś polityczno finansowi opiekunowie red. Olejnik znaleźli złoty kluczyk. Jakiś szary, ruski redaktor z TVN24, rozmawiając z dwiema nauczycielkami, a jednocześnie związkowcami, jednej ze strajkujących szkół powiedział: W waszej szkole oba związki, wspólnie i w porozumieniu, że się tak – ha ha – kolokwialnie wyrażę, zorganizowały akcję strajkową.
Tak to się właśnie robi. Trzeba tylko znaleźć odpowiedni trop, a później już tylko, świńskim truchtem, do przodu. Ku chwale III RP.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz