sobota, 1 sierpnia 2020

Projekt puma, czyli o nabijaniu się w butelkę


Po tym jak wysłałem poniższy tekst Piotrowi Bachurskiemu, nie minął dzień jak mi odpisał, że ja bardzo niesprawiedliwie oceniam owego kolekcjonera zwierząt, bo on w rzeczy samej jest dzielnym weteranem z Afganistanu, a wszystko to co się wokół niego dzieje, poczynając od odebrania mu pumy, a kończąc na aferze z pieniędzmi, to zwykłe lewackie nękanie. Próbowałem Bachurskiemu tłumaczyć, że mamy do czynienia z cwanym wariatem, na co on mi odpisał, że skoro tak, to on lubi cwanych wariatów i już za chwilę mu wyśle pięć stów. Mimo to, ja zachowuję w pełni swoje zdanie co do owego człowieka od pumy, a jeśli o tej swojej wymianie z Bachurskim w ogóle wspominam, to wyłącznie po to, by pokazać, że to jest ktoś, kto w życiu by mi nie ocenzurował jednego tekstu. I proszę to też traktować jako odpowiedź skierowaną do tych wszystkich, którzy szydzą ze mnie i z mojej współpracy z „Warszawską Gazetą”. Bachurski bowiem jako jedyny z tego towarzystwa już grubo ponad 7 lat temu zaprosił mnie do współpracy i choć ja do tej „Warszawskiej” pasuję jak pięść do nosa i choć moje i jego poglądy nie tylko co do szczegółów w niektórych punktach różnią się drastycznie, to on mi wciąż płaci i nie opuści żadnej okazji by mi powiedzieć, że jestem jego ulubionym autorem.


      Nie wiem, czy zwracałem tu na to uwagę, ale w ostatnich dniach przez ogólnopolskie media przemknęła informacja o tym, że weteran z Afganistanu trzymał w domu oswojoną pumę, a przez to że się z nią wciąż publicznie pokazywał, ktoś na niego doniósł i odpowiednie władze zażądały od niego przekazania pumy do najbliższego ogrodu zoologicznego. Zdesperowany przyjaciel pum postawił się okoniem i kiedy doszło do sytuacji rozstrzygającej, ów uciekł do lasu i tam już stał się bohaterem mediów, opowiadając jak to okrutna władza próbuje rozdzielić dwóch niezwykłych przyjaciół.
       Po paru dniach policja weterana wytropiła, pumę mu odebrała, a ten przez którąś z licznych organizacji dobroczynnych zwrócił się do wrażliwych osób z prośbą, by ci opłacili mu adwokata, który mu pomoże w odzyskaniu zwierzęcia. Akcja ruszyła i kiedy na odpowiednim koncie pojawiła się suma 300 tys. złotych, okazało się, że ów podobno weteran to lokalny wariat, który trzyma na wynajętym gdzieś terenie kozy, konie, owce i diabli wiedzą co jeszcze, poza oczywiście wspomnianą pumą, a którego zarówno właściciel wynajmowanej przestrzeni jak i okoliczni mieszkańcy mają serdecznie dość i proszą Boga, by ktoś się wreszcie nim zajął.
       A tymczasem nagle się okazuje, że na jego konto właśnie wpłynęło 300 tys. złotych, a gdy chodzi o mnie, to ja stoję, nie po raz pierwszy zresztą, z rozdziawioną buzią i kompletnym mętlikiem w głowie. Tak się złożyło, że dziś rano obudził mnie telefon od jakiejś dobroczynnej organizacji z Krakowa, która mnie poinformowała, że oto właśnie umiera mały Dawidek i trzeba go wesprzeć finansowo. Przyznaję, że nie wdając się w jakąkolwiek wymianę, choćby w celu poinformowania tych cwaniaków, że ja pomagam albo osobiście, albo przez Caritas, przerwałem połączenie i pomyślałem, że to jest prawdziwy dramat, jak wiele osób gotowych jest wygrzebać z kieszeni ostatni grosz, jeśli tylko jakiś cwaniak opowie mu odpowiednio poruszającą historię, może nawet nie historię małego Dawidka, ale choćby ślicznego samotnego pieska. Albo oczywiście pumy i człowieka, którego ona kocha. Pamiętam jak całkiem niedawno jacyś kombinatorzy gdzieś w Polsce zorganizowali internetową akcję na rzecz odbudowania schroniska dla opuszczonych zwierząt, które wcześniej sami jak najbardziej celowo skutecznie zrujnowali, i tam się również pojawiła sześciocyfrowa suma. Pamiętam też, jak w zeszłym roku prezes Broniarz zaapelował o wpłacanie pieniędzy na strajkujących nauczycieli, których to pieniędzy – a były ich setki tysięcy – ostatecznie żaden nauczyciel nawet nie dotknął. Pamiętamy wszyscy cwaniaka, na którego konto wielu z nas przelało dziesiątki tysięcy złotych, rzekomo na zakup samochodu dla owego Seby, który mało nie zabił premier Szydło.
         Przepraszam bardzo, ale moim zdaniem zidiocenie z jakim tu mamy do czynienia jest jeszcze gorsze od wsłuchiwania się w reklamy zachęcające do kupowania tabletek na raka trzustki. Tu przynajmniej chodzi o życie. A tam? Módlmy się o opamiętanie.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.