piątek, 14 lutego 2020

O strasznych skutkach tego, że małego Radka nie przyjęto do drużyny koszykarskiej


       Powiem zupełnie uczciwie, że gdyby nie Coryllus i jego blog, o istnieniu człowieka nazwiskiem Radosław Kotarski być może nie dowiedziałbym się nigdy. Czy to świadczy o moim nieoczytaniu, czy wręcz o oderwaniu od rzeczywistości, tego nie wiem, ale biorę pod uwagę, że ta możliwość jest równie mocna, jak i ta druga, że mianowicie Koterski to w gruncie rzeczy nikt. Stało się jednak tak, że najpierw o Kotarskim usłyszał Coryllus, a po nim ja, no i muszę przyznać, że wiedzę tę sobie jednak cenię, choćby przez to, że mam temat do kolejnej notki. W czym rzecz? Otóż, jak informuje Wikipedia, ów Kotarski to „polski dziennikarz, przedsiębiorca, milioner, twórca kanału Polimaty w serwisie YouTube, w którym prezentuje treści edukacyjne, prowadzący i reżyser programu Podróże z historią tworzonego dla TVP2 i współzałożyciel sieci partnerskiej LifeTube”, a ja na to wszystko od razu przede wszystkim przypominam sobie owego „prywatnie melomana”, o którym tu niedawno pisałem, i podobnie jak w tamtym przypadku, zastanawiam się, czy Kotarskiemu tego „milionera” tam wrzucono na złość, czy może on jest tak głupi, że sam uznał za stosowne się nam w ten sposób przedstawić: „polski dziennikarz, przedsiębiorca, milioner”. Z drugiej strony, kiedy czytam dokładniej, czym się ten ciekawy człowiek zajmuje, myślę sobie, że może on faktycznie, poza dziennikarstwem i przedsiębiorczością, zajmuje również byciem milionerem, a zatem wtedy bym musiał uznać, że owa informacja jest jak najbardziej istotna. I ja dziś własnie o tym, czyli o byciu z zawodu milionerem.
      Jak czytam i u Coryllusa, ale też po okolicach, Radosław Kotarski to w pierwszej kolejności syn Jerzego Kotarskiego „byłego współwłaściciela grupy Vinsar, członka zarządu Organizacji Pracodawców Ziemi Lubuskiej, nowego prezesa Grono SSA, spółki zarządzającej koszykarską drużyną Stelmet Enea BC Zielona Góra”, co już samo w sobie mogłoby świadczyć o tym, że wspomniany „milioner” to w istocie rzeczy zawód, a nie informacja dotycząca społecznego statusu młodego Kotarskiego. No ale przyjrzyjmy się reszcie wyżej przedstawionej prezentacji, a więc dziennikarstwu, przedsiębiorczości, no i tej całej reszcie, która może oznaczać wszystko, ale równie dobrze i nic. Otóż, jak się dowiadujemy, w momencie gdy Kotarski – zwróćmy uwagę na to, że dziś osoba ledwie 34-letnia – postanowił stanąć na własnych nogach, uznał że najlepiej mu to wyjdzie jeśli przede wszystkim zaprezentuje się jak milioner właśnie, a następnie wejdzie w swego rodzaju coaching, gdzie będzie doradzał wszystkim chętnym, jak powinni żyć, by idąc za jego przykładem, najpierw odnaleźli w sobie potrzebne intelektualne bogactwa, a następnie, już przy pomocy owych bogactw, przebijali kolejne sufity. Czego zatem Kotarski uczy? Otóż uczy wszystkiego. Wystarczy przejrzeć zaledwie kilka tytułów jego internetowych pogadanek, by zobaczyć, że on wie wszystko o wszystkim: o piramidach, o życiu na morzu, o zdrowym jedzeniu, o błędach językowych, o śmierci Mony Lisy, o tym jak być śmiesznym, jak się robi kawę, co widzimy na jednodolarówce, o tym jak dożyć stu lat, o średniowieczu... to są grube dziesiątki pogadanek, z których wszystkie łączy jeden przekaz: „Chciałbyś wiedzieć, jak to się stało, że jestem taki ładny, mądry, elokwentny i bogaty? To jest naprawdę bardzo proste. Powiem Ci, tylko proszę, nie odchodź”. No i wreszcie, po tych wszystkich latach, a ich, z tego co widzę, minęło niemało, okazuje się, że nie pozostaje nam nic innego, jak kupić książkę Kotarskiego „Włam się do mózgu”, gdzie on w przystępny bardzo sposób wyjaśnia, jak stać się równie mądrym jak on.
       Nie obejrzałem w całości ani jednej pogadanki Kotarskiego, nawet nie miałem w ręku którejkolwiek z jego dwóch książek, natomiast mam przede wszystkim coś, co się nazywa intuicją oraz doświadczeniem, i wystarczy mi spojrzeć w oczy tego, kto przede mną stoi, i przyjrzeć się sposobowi, w jaki on się nosi, by wiedzieć o nim wszystko. W tej sytuacji naprawdę nic w mojej opinii na temat Kotarskiego nie zmieni nawet podany przez Coryllusa fakt, że ów Kotarski zna rzekomo sposób na to, by nauczyć się w pół roku języka szwedzkiego. Nawet bowiem gdyby Kotarski w swojej książce o włamywaniu się do mózgu przedstawił metodę nauczenia się pięciu języków z angielskim na czele w pięć tygodni, to ja i bez tego bym wiedział, że to jest trzeciej klasy oszust, który poza pieniędzmi swojego ojca i wyszczekaniem nie ma nic. Bo nawet ów pomysł na życie nie jest jego, ale został bezczelnie wyjęty z telewizyjnych reklam, w których ludzie po zażyciu tabletki stają się nagle piękni, zdrowi i szczęśliwi, albo – co jeszcze bardziej prawdopodobne – Koterski podpatrzył zachowanie swojego psychiatry i uznał, że to jest to, co on by też potrafił.
       I to, a nie wbrew pozorom Kotarski, jest przyczyną dla której powstaje ten tekst. Otóż uważam, że czasy mamy takie , że jedynym pewnym towarem, poza oślepiającym światłem galerii handlowych, jest dziś obietnica spełnienia wszystkich naszych aspiracji, wśród których oczywiście na pierwszym miejscu są pieniądze, potem zdrowie, a na końcu to coś, co pomoże nam uwierzyć, że nie jesteśmy gorsi od tych, od których w naszym przekonaniu gorsi jak najbardziej jesteśmy. I tu pojawiają się owi hochsztaplerzy, tacy jak Kotarski właśnie, który nas zapewniają, że przy pomocy łomu, którego oni nam dostarczą, wystarczy się włamać do naszego mózgu i tam już znajdziemy wszystkie odpowiednie kluczyki.
        I to jest, w mojej opinii, jedna z najstraszniejszych rzeczy, jakie przyniosły nam nowe czasy, a mówiąc „nowe”, rozumiem czasy zbudowane na PRL-owskich ruinach. Co by bowiem nie powiedzieć o komunie, to wówczas szczytem naszych aspiracji, był ów kokosowy orzech, który wypadł Rizzo z okna, a pomijając ten szczegół, szanowaliśmy się jak jasna cholera i nie było takiej siły, która by nam była w stanie wmówić, że jesteśmy gorsi od reszty. Były to czasy, w których ktoś taki jak Kotarski nie miałby racji bytu, bo w momencie gdyby on do nas przyszedł i zaproponował, byśmy się włamali do własnego mózgu, uznalibyśmy go za jakiegoś taniego esbeka i powiedzieli mu – zgodnie z instrukcją mojej śp. Cioci – że nas akurat boli głowa i nie rozumiemy, co on do nas mówi. Dziś jest już niestety zupełnie inaczej i wobec metod wszelkiego rodzaju czarowników stoimy kompletnie bezradni.
      Ostatnio w telewizji pokazywana jest reklama, która w sposób naprawdę profesjonalny i, jak sądzę, nie za małe pieniądze, przedstawia nam przyciemnione pomieszczenie, gdzie przy stole siedzi kilku klasycznych, takich bardziej w typie „Chłopców z ferajny” gangsterów, którzy przyciszonymi głosami informują się nawzajem, że kiedy chcą podupczyć, to im nie staje. I wtedy jeden z nich wyciąga sekretne pudełeczko z napisem „Polimaty”, czy jakoś tak, i w tym momencie wszyscy wyciągają spluwy i ruszają do akcji.  
      Przepraszam bardzo, ale nie wiem, ilu wśród osób czytających ten blog jest i takich, którzy gdzieś tam w głębi serca myślą, że może dobrze byłoby kupić książkę Kotarskiego o mózgu, ale chciałbym ich wszystkich zapewnić, że każdy z nich jest na swój sposób nieskończenie bardziej uzdolniony od tego cwaniaka. No a przede wszystkim prawdopodobnie nie musi mówić, że gdyby nie pieniądze taty, to by zbierał niedopałki po ulicach.



18 komentarzy:

  1. Rozważał Pan wrzucanie samego zdjęcia i tytułu? Trochę żartuję, ale często by to wystarczyło do zapatrzenia się i ciekawych refleksji.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie chciałbym tutaj jakoś przeginać, ale Pana książkę o Zycie Gilowskiej podarowałem ojcu . Ja i tak ją znałem we fragmentach .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Pavel
      Tak wyszło, że jeszcze jakim znalazłycudem się dwa egzemplarze listów Zyty. Mogę sprzedać Panu jeden za stówę.

      Usuń
    2. Bardzo proszę. I dziękuję .

      Usuń
  3. Każdy uczciwy rodzic wziąłby takiego syna na poważną rozmowę i zapowiedział: żeby to mi było ostatni raz, albo zmieniasz nazwisko. I strona z poradami dla głupków zniknęłaby w moment. To są ludzie, którzy nigdy uczciwie złotówki nie zarobili. Między innymi dzięki głupkom. A tak w ogóle to pierwszy milion musi być ukradnięty:) a potem to już z górki
    psssyt.
    ten fryz to prosto z Paryża, czy to tylko Kijowski na nim terminował?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Jola Plucinńska
      Straszny człowiek. Najgorszy.

      Usuń
    2. To, że straszny, to nic. Da się jakoś przełknąć. Ale, że najgorszy, to już nie. Moja niezawodna intuicja podpowiada mi, że masz rację. Robią nam w pracy miękkie szkolenia z psychologami. Dzisiaj pani psycholog dopytywała się o nasze marzenia. Wszyscy (ok. 30 osób) oprócz mnie, bardzo poważnie podeszli do tematu. A ja marzyłam głośno o byciu supermanem i spidermanem w jednym. Jej dziwna mina po moim "coming out" wystarczy mi chyba nawet na tydzień:)

      Usuń
    3. @Jola Plucińska
      Jestem z Ciebie autentycznie dumny.

      Usuń
    4. Tak? to Ci jeszcze dołożę:) ja byłam w jakoś tak w połowie owalnego stołu i wszyscy powitali śmiechem moją odpowiedź, po czym reszta karnie grzecznie odpowiadała. I to jest dla mnie niezrozumiałe. Nie rozwaliłam systemu:) ale nic to.

      Usuń
  4. Kiedyś Gabriel przywołał taką bajkę O Niefruwaku piechotnym .

    Ktoś w pewnym momencie życia ludziom nie powiedział najważniejszej rzeczy - że żyją po to aby wypełnić własne powołanie, posyła się ich tylko do szkoły i każe "dobrze się uczyć", więc jeszcze jako dzieci chodzą do tej szkoły, potem kończą szkołę średnią z czerwonym paskiem i nic się nie dzieje(a przecież "dobrze się uczyli"), potem kończą studia z wyróznieniem - dalej nic(no przecież "dobrze się uczyłem", myślą). Przy tym cały czas jak w tej bajce im się wmawia, że są niefruwakami piechotnymi i oni dalej szukają sposobu na życie i próbują się chwytać różnych rzeczy, bo nie wiedzą, że są motylami i żeby być sobą wystarczy machać skrzydełkami i to jest właśnie powołaniem motyla.

    OdpowiedzUsuń
  5. @Mateusz
    Czyli jest młodsza od Adele, kiedy ta zaczynała.

    OdpowiedzUsuń
  6. @Mateusz
    Adele pierwsza płytę wydała, kiedy miała 19 lat. Eilish w wieku 17.

    OdpowiedzUsuń
  7. @toyah
    Dwa lata, chyba nie duża różnica. Chociaż w przemyśle muzycznym to jednak troche jest.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Mateusz
    W przypadku dzieci, duża.

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.