wtorek, 4 lutego 2020

Przy jakiej muzyce lubią imprezować sędziowie Sądu Najwyższego?


      Najpierw może zobaczmy, z kim się będziemy musieli dzisiaj użerać. Oto przed nami Tomasz Kozłowski, „socjolog kultury, eseista, szkoleniowiec, nauczyciel akademicki. Wykłada na Uniwersytecie SWPS. Autor esejów i książek, w tym ‘Samotnego hulaki’, poświęconej kierunkom rozwoju popkultury. Prywatnie meloman”. Ja nie wiem oczywiście, czy powyższa notka biograficzna została ułożona przez „Gazetę Wyborczą”, która zdecydowała się nam owego Kozłowskiego przedstawić, czy to on sam zadecydował, że w ten sposób najlepiej się będzie zaprezentować, jednak wystarczą te dwa epitety „szkoleniowiec” i „prywatnie meloman”, bym mógł już na spokojnie założyć, że mamy do czynienia z kolejnym kompletnym i pełnym idiotą, a treść rozmowy z tym kimś wyłącznie moje podejrzenia potwierdza.
      Do czego „Wyborczej” ów Kozłowski był potrzebny? Jak wynika z wypowiedzi, jakiej redakcji ten dureń udzielił, wynika, że możliwości są tylko dwie. Pierwsza to taka, że Kozłowski, jako „meloman” chciał nam koniecznie udowodnić, że muzyka „to nagromadzenie bodźców idealnych, stworzonych po to, byśmy odczuwali przyjemność” i że są sposoby – a on je zna – by owe „bodźce idealne” w sposób obiektywny oddzielić od plew, druga natomiast, to ta, że „Wyborcza” ma głęboko w nosie to, czym się muzycznie fascynuje Kozłowski, ale chodziło wyłącznie o to, by on publicznie mógł wygłosić następującą kwestię:
Dziś [disco polo] przestało być utożsamiane wyłącznie z zabawą w remizie, stała się pewnym znakiem czasu. Sądzę, że jest to związane z jakimś ogólniejszym, zupełnie unikalnym procesem samoponiżania się Polaków. Zwróćmy uwagę, że rozmiłowaliśmy się w wizerunku Polaka przeciętniaka. Emanacją tego nurtu jest nosacz sundajski, czyli małpa z wielkim nosem, [czyli tak zwany ‘Janusz’]. Janusz wyobraża typowego Polaka w nie najlepszym znaczeniu tego słowa. Jest Polakiem prostakiem. Podobnie jak jego żona Grażyna, dzieci Seba i Karyna, wnuczęta Brajanek i Dżesika. Janusze mówią w sposób niechlujny i wulgarny, kopią dołki pod sąsiadem, chodzą w skarpetach i klapkach, piją „kapuczynę” i tak dalej. Nosacze zagościły na koszulkach i kubkach. Z jakichś powodów pieścimy się wizją schamiałego Polaka. Nie inaczej jest w popularnych kabaretach, które nieustannie naigrywają się z naszych przywar. W Polsce stworzono patostreamy, czyli internetową transmisję na żywo z form bytowania patologii. Ten pomysł zdobył szczyty popularności. Myślę, że moda na disco polo wpisuje się w ten dziwaczny nurt uwielbienia prostactwa”.
      Ponieważ osobiście uważam, że ta druga opcja wydaje się być znacznie bardziej prawdopodobna, o rzekomo obiektywnych sposobach wartościowania muzyki pod kątem estetycznym powiem tylko tyle, że jeśli już mamy tu czegokolwiek szukać, to jedyne prawdziwe piękno występuje wyłącznie w muzyce sakralnej, niezależnie od tego, czy są to są chorały gregoriańskie , czy kolęda „Jezus Malusieńki”, a to z tego względu, że jeśli muzyka nie jest pieśnią na chwałę Boga, to pozostaje już tylko zwykły pop, i to znów niezależnie od tego, czy do uszu nam leci Pat Metheny, czy Zenek Martyniuk. To jest właśnie wspomniany przez Kozłowskiego obiektywizm i kropka. Dalej nie mamy o czym gadać. A jeśli Kozłowski uważa się za melomana, to jest to tylko jego problem, więc niech Bogu ducha winnym ludziom nie zawraca swoimi przemyśleniami głowy.
       Oczywiście, gdy chodzi o wspomnianą przez Kozłowskiego przyjemność, to osobiście nie widzę w tym problemu. Ja znajduję przyjemność w słuchaniu różnego rodzaju muzyki, zwłaszcza gdy do tego dochodzi przekonanie, że udało mi się odkryć autentyczny ludzki talent, ale nie zmienia to faktu, że jeśli ja lubię słuchać Billie Eilish, a Kozłowski „doskonałego jazzu” z czasów PRL-u, o którym w pewnym momencie owej rozmowy wspomina, to są też na świecie ludzie – powtarzam nie w Polsce, ale na całym świecie – którzy jedyną przyjemność znajdują w całodziennym szusowaniu na nartach, a pod wieczór w upiciu się ze znajomymi, ewentualnie, jak to w dobrym towarzystwie bywa, podupceniu. A jeśli oni mają ochotę słuchać jakiejkolwiek muzyki, to wyłącznie podczas imprez w rodzaju „Sylwestra Marzeń”, czy Super Bowl, który nam się szczęśliwie właśnie odbył w Miami. I to tyle w kwestii przyjemności.
      No ale, jak wiemy, Kozłowski – coach i meloman – uważa, że nie ma większej przyjemności niż dobra muzyka, i jego strasznie dręczy myśl, że tak zwani „Janusze” opanowali ów rynek, i bezwzględnie niszczą to, co na nim naprawdę wartościowe. Dlaczego Janusze to robią? Powód jest zawsze ten sam. Polityka. Posłuchajmy jeszcze raz Kozłowskiego:
     To kwestia zbijania politycznego kapitału, element szerszej narracji, którą nazwałbym oddawaniem Polakowi, co mu się należy. Sądy, służba zdrowia, kultura, media – te obszary, wedle tej idei, nie służyły wcześniej społeczeństwu, choć powinny. Trzeba Polakom owe instytucje zwrócić na kanwie jakiejś społecznej sprawiedliwości, jakiegoś odwetu. Poprzednia ekipa gardziła zwykłym szarym Polakiem, brzydziła się nim i jego gustem, i dlatego dziś trzeba zburzyć ten porządek. Ponieważ tamte czasy faworyzowały Polskę A, inteligencję, wykształciuchów i zapomniały o przyzwoitym prostym człowieku – trzeba to sobie odpowiednio powetowaćWarstwy niższe ustalają standard, a inteligencję, klasę średnią – należy dochamić. Myślę, że dostrzeżono tutaj miejsce dla spiętrzonych pokładów społecznej zawiści. Polacy są wewnętrznie mocno skłóconym narodem. Biedni pogardzają bogatymi i na odwrót, a przynajmniej wielu z nas dało się omamić podobną wizją. Zresztą taka argumentacja wybija choćby na internetowych forach, gdzie jedne grupy wieszają psy na drugich. PiS zagospodarowuje te frustracje, kompleksy i niepokoje”.
       No i oczywiście, zamiast piosenki Skaldów o zielonych oczach Anny, każe Polakom słuchać piosenki o zielonych oczach koleżanki Zenka Martyniuka.
       To wszystko, co nam opowiada coach i meloman Kozłowski jest tak straszliwie głupie, że ja nie widzę sposobu, by do tych cytatów, które i tak się tu pojawiły w nadmiarze, dodawać coś jeszcze od siebie. Obraz tego zakompleksionego chamstwa, pałającego nienawiścią i rządzą zemsty na elitach za całe lata upokorzeń, jest wystarczająco plastyczny, byśmy się poczuli naprawdę zawstydzeni. Ja natomiast chciałbym zwrócić uwagę na coś, co pewnie niewielu z nas zauważyło. Otóż kiedy Kozłowski charakteryzuje owego symbolicznego Janusza, wspomina również jego żonę Grażynę, ich dzieci Sebę i Karynę, oraz wnuki Brajanka i Dżesikę. Otóż mam dla Kozłowskiego informację, która by go nie mogła zaskoczyć, gdyby nie był aż tak głupi. Otóż dziś dzieci Janusza i Grażyny nie nazywają się Seba i Karyna, ale Franek i Zosia, a ich z kolei dzieci to już nie Brajanek i Dżesika, ale Antek i Marysia. Ale mam dla tego durnia coś jeszcze na deser, też swoją drogą występujący we wspomnianej tu rozmowie. Dokładnie te same imiona bowiem noszą dziś dzieci osób, o których Kozłowski mówi, że na temat tego co piękne, prawdziwe i wartościowe „mogą mieć więcej do powiedzenia niż inni”. Ciekawe dlaczego? Czyżby terror nowych elit?





5 komentarzy:

  1. Jeśli faktycznie mają ogródek, to ciekawe z której jego części ten się wziął. Grządka z napisem "prywatnie melomani". W tym roku ponoć ziemia w ogóle nie zamarzła, to wykopują takie znaleziska.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedyś nieoceniony Jarosław Kuźniar był łaskaw poinformować widzów TVN 24 , że słucha piosenki 'Sex on Fire' i wtedy wyrósł na naczelnego melomana. A temu filozofowi w melomanii przeszkadzają Dżesika i Brajanek.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Pavel
      No wiesz? "Sex on Fire" to Kings of Leon, sam miód dla wykształconej młodzieży.

      Usuń
    2. No jak miód to gitara, to jest melomania chciałem powiedzieć. Tak nawiasem, to taki prawdziwy meloman chyba się musi przynajmniej wykąpać przed seansem.

      Usuń
  3. Ciekawe,czy swój poranny stolec,ci kretyni też rozważają w aspektach politycznych?

    OdpowiedzUsuń

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.