środa, 9 stycznia 2019

O komórce z Bogiem i bez Niego



      Przyznać muszę, że pisanie książki idzie mi jak przysłowiowa krew z nosa, a jeśli wczoraj udało mi się coś napisać, to tylko dlatego, że to był tekst za który w lutym dostanę od Piotra Bachurskiego 300 zł, a to jest dla mnie ważne. Skąd to lenistwo? Nie wiem. Podejrzewam, że to jest w ogóle takie moje związane z wiekiem zmęczenie, które prowadzi mnie do tego, że zamiast zrobić coś pożytecznego, wolę siedzieć w fotelu i gapić się w ścianę. Poza tym moje dziecko przebywa aktualnie w szpitalu i jeśli nie uda się uspokoić sytuacji, lada chwilę urodzi mi drugą wnuczkę więc wszyscy jesteśmy myślami z nimi. A zatem, jest jak jest. W tej więc sytuacji, proponuje swój kolejny stary bardzo tekst, o tyle jednak aktualny, że zahaczający o temat, który się nam tu ostatnio troszkę pojawił, a mianowicie ateizm. Bardzo polecam.

        Wspominałem już tu z pewnością o pewnym moim koledze, który choć, jak idzie o wiek, mógłby być spokojnie moim synem, jest właśnie moim kolegą, i to kolegą nie byle jakim. Takim kolegą, z którym lubię się spotykać, a jak zaczniemy gadać, to właściwie możemy już nie kończyć. Siedzimy sobie więc od czasu do czasu z tym moim kolegą, otwieramy flaszkę za flaszką, słuchamy muzyki, albo oglądamy jakieś DVD, czas leci, a ja sobie myślę, ze to jest jedna z tych sytuacji, które Anglicy określając zwrotem „click in”. Poznajemy kogoś i od razu wiemy, że coś się stało. Coś co sprawia, że jest inaczej niż zwykle. I jest okay.
      A więc – rzadko bo rzadko – ale spotykam się niekiedy z tym moim kolegą i sobie gadamy. Jest w tej relacji jeszcze jedna ciekawa sprawa. Otóż to co nazywamy ogólnie poglądami, on ma całkowicie inne od moich. To znaczy, i on i ja oczywiście zgadzamy się co do tego, że nie należy kraść, kłamać i dręczyć innych ludzi, że bycie uprzejmym to wartość, a nie obciach, że można prowadzić rozmowę, nie używając jako przerywnika słowa ‘kurwa’ i nie wspominając wciąż o tzw. dupach, no i jeszcze że polskie komedie są absolutnie beznadziejne. Poza tym jednak dzieli nas już niemal wszystko.
      Weźmy takiego Kuczoka. Mój kolega uważa, że Kuczok jest pisarzem świetnym. Weźmy Jarosława Kaczyńskiego – Kaczyński jego zdaniem jest do niczego. Pan Bóg – oczywiście nie istnieje. Religia – kupa śmiechu. Polska, patriotyzm, Smoleńsk – w ogóle nie ma o czym gadać. Gdybym miał jednym zdaniem przedstawić pogląd na życie mojego kolegi, określiłbym, go jako klasycznego humanistę, z tych humanistów dla których na przykład to że senator Piesiewicz wybrał się na dziwki i kokę nie jest w ogóle tematem rozważań etycznych, a co najwyżej intelektualnych. Aha! On jeszcze lubi zespół Hej i uważa, że Nosowska jest dobrą piosenkarką.
      Spędziliśmy wczoraj wieczór, i tak się jakoś złożyło, że kiedy już obgadaliśmy tego Kuczoka i nowe DVD Radiohead, i kiedy już obejrzeliśmy sobie krótki, zaledwie, dwudziestopięciominutowy, ale za to oscarowy - i to jaki! - film „Six Shooter”, kolega mój włączył koncert Nicka Cave’a i pozostałą część tego wieczoru przegadaliśmy, rozmawiając o Bogu jako czymś wyłącznie irracjonalnym i czymś całkowicie racjonalnym. Bardzo inspirująca to była rozmowa. Ja utrzymywałem, że ateizm jest zachowaniem dokładnie tak samo rozumnym, jak wiara w Tarota i w to, że Harry Potter to postać historyczna. No i jeszcze, że jeśli ja od czasu do czasu zaczynam drżeć przed Nieznanym, to do głosu dochodzi już tylko ta kompletnie bezmyślna część mojego człowieczeństwa. Kolega mój z kolei twierdził odwrotnie – że właśnie irracjonalna jest wiara w to, że Bóg istnieje. Ja mu mówię, że jeśli my tak siedzimy nad tą flaszką i sobie elegancko rozmawiamy, a na ekranie telewizora śpiewa Nick Cave, to w sposób absolutnie oczywisty za tym stoi On. Bo po prostu inaczej się nie da. I że dla mnie ten fakt jest oczywisty nie dlatego, że ja wierzę w duchy, ale wręcz przeciwnie – dlatego, że ja w duchy nie wierzę. I że jeśli czasem w nocy zrywam się z krzykiem myśląc, że Boga nie ma, to na tej samej zasadzie, jak czasem drętwieje mi na plecach skóra, bo mam dziwne wrażenie, że coś chodzi po pokoju. A on na to, że nieprawda. Że to są tylko komórki. A ja mu na to, że to bardzo ciekawe. Nie wierzy w duchy, natomiast wierzy w komórki. Co za bezsens! Toż to najbardziej wieśniacki zabobon. A on się ze mnie śmieje. I tak to mniej więcej sobie szło.
      No i nagle zeszło na dzieci i in vitro. Kolega wygłosił kwestię z mojego punktu widzenia strasznie trywialną i jeszcze bardziej przewidywalną, że co ma zrobić para, która chce mieć dziecko, a z jakiegoś powodu tego dziecka mieć nie może, ja mu na to odpowiedziałem – równie trywialnie i przewidywalnie – że „chcenie” dziecka nie jest ani argumentem ani tym bardziej jakąkolwiek wartością, a ponieważ już obaj byliśmy odpowiednio nakręceni, dalej już było tylko ciekawiej. I w pewnym momencie przyszło mi do głowy coś tak niezwykłego, że mój biedny kolega zupełnie stracił głowę, ja się ucieszyłem, że już wiem, o czym muszę napisać kolejny tekst, a moje dzieci – kiedy z nimi jeszcze wczoraj w nocy tę swoją myśl skonsultowałem – stwierdziły, że się bardzo głęboko i w sposób oczywisty mylę. No ale ja już tak mam, że się do swoich myśli – szczególnie jeśli uważam je za bardzo oryginalne – bardzo mocno przyzwyczajam. Proszę posłuchać.
      Było otóż tak, że w pewnym momencie mój kolega wspomniał o tej swojej ewentualnej chęci posiadania dzieci, ja go spytałem a po cholerę mu dzieci, on rzucił, że choćby po to, żeby kontynuować linię, ja mu na to powiedziałem, że to jest powód wyjątkowo marny i nagle przypomniała mi się kobieta o nazwisku Szyszkowska i pewien z nią stary bardzo wywiad, kiedy ona wygłosiła następującą opinię. Ona jest bardzo mianowicie zrozpaczona sytuacją taką oto, że natura stworzyła człowieka, a więc byt wyposażony w rozum, a z nim w marzenia, pragnienia i tak zwany ból istnienia i świadomość nieuchronnego końca tego istnienia. Mówiła Szyszkowska, że natura wykazała się tu okrucieństwem wręcz nie do opisania. Jak można było stworzyć człowieka z jego pragnieniem życia i powiedzieć mu, że umrze i że z niego nie zostanie nic?
      A ja sobie wtedy pomyślałem, że skoro człowiek nie wierzy w Boga, w Jego słowa o tym by żyć i się rozmnażać, i w życie wieczne, po co do licha mu te dzieci? Jeśli spojrzeć na to całkowicie racjonalnie, to przede wszystkim on sprowadzając je na świat skazuje je wyłącznie na ów ból istnienia, a sobie ściąga na głowę wyłącznie kłopot. No bo – wciąż zachowując ten pozorny racjonalizm – posiadanie dzieci, to kiepska inwestycja. I to bez względu na to, czy się je ma z miłości, czy z przypadku. Można wręcz powiedzieć, że im bardziej one są wynikiem miłości, tym gorzej, bo wszelkie związane z nimi zmartwienia są już tylko większe. Ma człowiek te dzieci i od pierwszych dni musi się głównie o nie martwić. Że albo zachorują, albo stanie im się jakaś krzywda, albo umrą w wypadku, lub na jakąś chorobę. Musi wydawać na nie swój czas, swoją energię i pieniądze. Musi wciąż się martwić tym, czy one się dobrze uczą, czy są mądre, czy są grzeczne, a jeśli się uczą źle i są niegrzeczne – to już jest zmartwienie nie do przejścia. Później one dorastają i albo zaczynają chuliganić, albo wpadają w anoreksję. I tak przez dziesiątki lat, dzień w dzień. I z każdym rokiem jest coraz gorzej. Bo kiedy dzieci są małe, to jeszcze jakoś można je kształtować. Później one idą sobie w cholerę z domu i dobrze jeśli od czasu do czasu wpadną na obiad i nie powiedzą nam przy okazji czegoś przykrego.
      Ktoś mnie spyta, a czy jeśli jest Bóg, to wszystko to co napisałem wyżej traci swoją moc? Odpowiem, że tak. Jeśli jest Bóg, to wszystko o czym napisałem wyżej, traci swoją moc. Właśnie tak. Dlaczego? Bo Pan Bóg nadaje temu jedyny sens. Tylko On.
      Oczywiście, może być tak, że wszystko pójdzie dobrze. Że te dzieci i będą mało chorowały, i nie przydarzy im się w życiu większa krzywda, i że kiedy dorosną, będą nas nadal kochały i chciały z nami spędzać czasem wspólnie czas. Że się nie będą kłócić , rozwodzić i wpadać w jakieś ciężkie kłopoty. I że same nie będą miały zmartwień związanych ze swoją pracą i z domem i ze swoimi z kolei dziećmi. I że wnuki, które nam dadzą też będą dobre i słodkie. A kiedy będziemy już starzy i bezradni, zechcą nas nadal kochać i nas wspierać. To oczywiście jest możliwe. Natomiast biorąc pod uwagę wszelkie szanse i zagrożenia, zyski i straty, wydaje mi się, że z całkowicie racjonalnego punktu widzenia – a więc z punktu widzenia kogoś, kto uważa, że są tylko komórki – dzieci, to nie jest żaden interes. Mówiąc językiem biznesu – ryzyko jest zwyczajnie dużo za duże.
      I odwrotnie, jeśli żyjemy w jakimś luźnym związku bez żadnych ślubów i obietnic, ze świadomością tego bólu istnienia, o którym mówiła Szyszkowska, po co sobie dokładać dodatkowych wyzwań? I to w dodatku wyzwań, które wiążą się z jakimiś zobowiązaniami. Jeśli są pieniądze i coś co za te pieniądze można kupić, w tym wszystkim dziecko może stanowić najwyżej jeszcze jeden kaprys. Jak nowy samochód, czy ładna koszula lub kapelusz. Wprawdzie wczoraj słuchaliśmy tylko Nicka Cave’a i trochę Radiohead, i nie było mowy o Jaggerze czy Richardzie, czy Stewarcie, ale popatrzmy na nich. Ja nie wiem, ile oni mają sztuk dzieci i ile oni sobie w życiu poświecili wzajemnie czasu i emocji, ale podejrzewam że płodząc tych chłopców i te dziewczynki, wszyscy zorganizowali sobie wszystko tak, żeby ich to za dużo nie kosztowało. A więc domyślam się też, że z ich punktu widzenia, posiadanie dzieci to na ogół czysta frajda. No ale, jak wiemy, ta akurat sytuacja jest bardzo niestandardowa. Zwłaszcza że nie jest wykluczone, że każdy z nich wcale nie jest żadnym ateistą, lecz należy do jakiegoś fajnego kościoła.
      A ja myślę o ateistach i o swoim przekonaniu, że ateizm jest czymś całkowicie irracjonalnym i bezrozumnym. Fikcją i zabobonem. Że jeśli przyjmujemy jako fakt to że Boga nie ma i że jest tylko ten krótki czas i już tylko gwiazdy, to ja za takie życie serdecznie dziękuję. Nie tylko dlatego, że ono jest zwyczajnie po żydowsku nieopłacalne, ale też dlatego, że jest czymś kompletnie nielogicznym. Powiedziałbym, ze wręcz nienaukowym. I myślę że mam tu bezwzględną rację. Że jeśli mamy do czynienia z kimś całkowicie przekonanym o absolutnej wyższości Nauki nad Miłością, w takim sensie że to pierwsze to humanizm, a drugie to przesąd, to mamy do czynienia z kimś całkowicie zaplątanym. Zaplątanym w taki gąszcz ciemności, że z niego jedyna już droga wyjścia to wiara w UFO, lub w Drzewo, lub w Śnieg. Albo w sznur na szyję. A więc w coś co pobożni wieśniacy określają słowem ‘Szatan’. I tym określaniem zamykają sprawę skutecznie i ostatecznie.
      Wspomniałem tu o konsultacjach jakie przed napisaniem tego tekstu przeprowadziłem z moimi dziećmi. I o tym, że za moje myśli zostałem przez nie zrugany. Nie pokażę im tego, co napisałem, bo boję się, że mi powiedzą, że mam tego tekstu absolutnie nie publikować, bo sobie tylko narobię wstydu. Jednak zaryzykuję. Zobaczymy co będzie. Czekam z rozdartą na piersi koszulą.

Powyższy tekst został umieszczony w mojej książce „Palimy licho, czyli o TymKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji”, dziś już niestety sprzedanej. Są jednak wciąż inne, równie dobre, a zatem serdecznie polecam. Kontakt: k.osiejuk@gmail.com.


3 komentarze:

  1. "Kto nie miłuje, nie zna Boga, bo Bóg jest miłością....każdy miłujący Tego, który dał życie, miłuje również tego, który życie od Niego otrzymał"(1J). Dzieci kochać jest najłatwiej chociaż czasem sprawiają kłopoty. One pomagają nam uczyć się miłości ofiarnej, bezwarunkowej i bezinteresownej czyli takiej jaką powinniśmy kochać Boga, który pierwszy nas umiłował. On także zechciał objawić się nam jako Dziecko, aby było nam łatwiej Go pokochać. To logika Miłości. Piękny, potrzebny i ważny tekst!

    OdpowiedzUsuń