środa, 4 lipca 2018

O złotych mądrościach Reba Lejzera


    Prędzej bym się śmierci spodziewał niż tego, że w dzisiejszej jakże jednoznacznie napiętej atmosferze przyjdzie mi pisać o Żydach, tak się jednak zdarzyło, że w związku z podróżą, w jaką się niedawno udałem z żoną nad morze i z powrotem, zostałem zmuszony przez wspomnianą żonę do zabrania ze sobą książki, a ponieważ otrzymałem prawo wyboru, zdecydowałem się na wydane przez Klinikę Języka wspomnienia Urke Nachalnika. Jakby tego było mało, podczas podróży pociągiem z Gdyni do Katowic zostałem ponownie sterroryzowany i ową książkę, owszem, zacząłem czytać, i zupełnie nieoczekiwanie do dziś wciąż do niej wracam.
    Gdyby ktoś nie wiedział, Urke Nachalnik na początku XX wieku zyskał sławę jako niezwykle uzdolniony złodziej, a od innych, z pewnością nie mniej zdolnych mistrzów owego fachu, różnił się przede wszystkim tym, że o mały figiel, gdyby nie to, że zabrakło mu odpowiednio silnej wiary, zgodnie z wolą swojej pobożnej mamy, nie został przemądrym rabinem, a kto wie, czy nie kimś jeszcze ważniejszym, no i również, czego możemy być dziś żywymi świadkami, nadzwyczaj zdolnym pisarzem. Sama książka jest tak fascynująca, że możnaby o niej dyskutować godzinami, ja jednak chciałbym zwrócić uwagę na jeden, szczegół zaledwie, jednak z naszej polskiej perspektywy jakże istotny.
     Oto pewnego dnia, jeszcze zanim los tak pokierował życiem Nachalnika, że on najpierw większość życia spędził w więzieniu, a następnie został zamordowany przez Niemców, spotkał pewnego chasyda nazwiskiem Reb Lejzer, którego zapytał, czy gdyby cadyk z Libawy kazał mu zostać złodziejem, on by się zgodził, a ten odpowiedział mu, że owszem, jak najbardziej. A co gdyby cadyk z Libawy kazał mu jeść hazar? Bezwzględnie. Ów chasyd zrobiłby wszystko, co by mu cadyk z Libawy zrobić rozkazał. Dlaczego? Otóż dlatego, że „on już najpierw wie, co z tego wyniknie, dlatego co rozkaże, jest na pewno dobre, choćby na razie wyglądało, że jest złe”. I w tym momencie ów chasyd opowiedział Nachalnikowi przypowieść. Otóż było tak, że w pewnym mieście w Polsce żył sobie bardzo bogaty chasyd, który posiadał kilka fabryk, a nawet własny bank, jednak przyszedł rok, kiedy cały interes szlag trafił i chasyd zbankrutował. Udał się on więc do zaprzyjaźnionego cadyka po radę, a ten mu powiedział, że, owszem, on ma dla niego pewną propozycję, ponieważ jednak obawia się, że ten jej nie przyjmie, nie ma o czym mówić. Chasyd odszedł niepocieszony, jednak kiedy bieda przycisnęła już na poważnie, poprosił cadyka, by ten mu owej rady udzielił i cadyk powiedział mu, że ten ma zwyczajnie zacząć kraść. Po dłuższym ociąganiu się, chasyd zdecydował się na podjęcie wyzwania i oto okazało się, że każdy kolejny wypad nie dość, że kończy się sukcesem, to Jahwe cudownie wręcz otwiera przed nim wszelkie zamki. Któregoś dnia, kiedy wszystko szło jak po maśle, trafił ów chasyd na dom samego generała-gubernatora, któremu, zamiast go okraść, kompletnym przypadkiem uratował życie i tym sposobem otrzymał nagrodę, dzięki której stał się milionerem. I w ten sposób nauka Reba Lejzera, sprowadzająca się do tego, że nawet jeśli coś wydaje się złe, w ostatecznym efekcie może się okazać dobre, o ile tylko jest się częścią pewnego projektu, przybrała praktyczny kształt.
     A co z tego wiemy my? Otóż, w moim pojeciu, wiemy o wiele więcej, niż nam się wydaje. Rzecz bowiem w tym, że, wbrew temu co oni nam próbują wmówić, my mamy do czynienia ze zwykłymi durniami. Cwanymi, owszem, ale jednak zaledwie durniami. I naprawdę niewiele trzeba, by ich przejrzeć. A kiedy już to zrobimy, okaże się na przeciwko siebie mamy zwykłą wydmuszkę. Przykro mi, jeśli część z nas rozczarowałem, ale nie moja wina, że myślenie okazuje się niekiedy aż nazbyt cieżkie.

Zapraszam wszystkich do naszej księgarni pod adresem www.basnjakniedzwiedz.pl, gdzie są do kupienia książki najlepsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz