środa, 10 maja 2017

Marshall Helff Applewhite, czyli czekając na kometę

Od paru dni w kioskach można kupić kolejny numer miesięcznika „Polska bez Cenzury”, a w niej moją kolejną kryminalną historię, tym razem o pewnym Robercie Smithie, czyli jeszcze jednym Kowalskim, który sprzedał duszę diabłu. Tymczasem dziś proponuje byśmy sobie poczytali coś, co opublikowałem miesiąc temu, a co nas przeniesie niemalże w kosmos. Fascynująca historia.



Kiedy w roku 1997 wielu z nas przez szereg kolejnych miesięcy emocjonowało się przepięknym nocnym spektaklem w postaci tak zwanej komety Hale-Boppa, w międzyczasie zajmując się swoimi codziennymi zmartwieniami i radościami, już od jesieni poprzedniego roku, na Rancho Santa Fe w Kalifornii, 39 osób, pod „boskim” przewodnictwem człowieka nazwiskiem Marshall Applewhite, również obserwowało kometę, jednak przede wszystkim, jako zwiastun swojej ostatniej szansy na opuszczenie Ziemi. Applewhite – co warte podkreślenia, aktywny homoseksualista – pozostając w głębokim przekonaniu, że jego wieloletnia przyjaciółka Bonnie Nettles, zmarła na raka wątroby dziesięć lat wcześniej, znajduje się na pokładzie statku kosmicznego podążającego śladem komety, poinformował swoich wyznawców, że ów statek zabierze ich wszystkich do pozaziemskiego królestwa, ratując ich tym samym przed szykowanym przez rząd brutalnym atakiem.
Pod koniec marca roku 1997, kiedy kometa radośnie hulała sobie po rozgwieżdżonym niebie, grupa ostatecznie zerwała kontakt ze światem i przygotowując się do tak zwanego „ostatecznego wyjścia”, zaczęła nagrywać swoje pożegnalne oświadczenia.
Seria kolejnych samobójstw rozpoczęła się 22 marca. Członkowie sekty, ubrani w sportowe buty Nike, oraz czarne stroje z napisem „Drużyna Ewakuacyjna do Bram Niebios” zażyli śmiertelne dawki środków nasennych, zapijając je alkoholem, dodatkowo dla pewności, zakładając sobie plastikowe worki na głowę. Przed śmiercią większość miała przy sobie pięciodolarowy banknot plus trzy ćwierćdolarówki na ewentualne wydatki oraz identyfikatory z imieniem i nazwiskiem. Samobójstwa miały miejsce na przestrzeni trzech dni, natomiast sam Applewhite z trójką asystentów ewakuowali się na statek kosmiczny dopiero wtedy, gdy mieli pewność, że cała reszta owego dziwnego towarzystwa już nie żyje.
By zobaczyć, jak to się wszystko zaczęło, musimy sięgnąć do czasów bardzo dawnych, a więc do dnia 17 maja 1931 roku, kiedy to w bardzo pobożnej protestanckiej rodzinie z miejscowości Spur w stanie Teksas przyszedł na świat późniejszy przywódca owego szczególnego kultu, Marshall Herff Applewhite. Jako osoba od dziecka niezwykle aktywna intelektualnie, Applewhite poświęcał wiele czasu na różnego rodzaju studia mniej lub bardziej krążące wokół kwestii filozoficznych i religijnych. Mimo jednoznacznie homoseksualnych skłonności, ożenił się i nawet spłodził dwoje dzieci. Przez pewien czas próbował robić muzyczną karierę jako baryton oraz nauczyciel muzyki na uniwersytecie stanu Alabama, jednak po tym, jak wyszły na jaw jego homoseksualne skłonności, stracił zarówno pracę, jak i rodzinę i przeniósł się do Teksasu, gdzie jakimś cudem znów znalazł pracę jako stosunkowo popularny śpiewak, a jednocześnie szef wydziału muzycznego na Uniwersytecie św. Tomasza. W pewnym momencie jego muzyczna kariera doprowadziła go nawet na deski Houston Grand Opera. Niestety coraz bardziej nieposkromione skłonności homoseksualne i tu miały niszczący wpływ na wszelkie próby kontynuowania zarówno zawodowej, jak i czysto osobistej kariery, w efekcie czego zaczął Applewhite popadać w coraz częstsze i coraz bardziej intensywne stany depresyjne, w związku z czym stracił kolejną pracę. Mniej więcej w tym samym czasie zmarł mu ojciec, co go doprowadziło już do stanu kompletnej psychicznej ruiny, a w konsekwencji coraz większych długów i wreszcie nędzy.
Wszystko się zmieniło w roku 1972, kiedy to Applewhite poznał wspomnianą już wcześniej pielęgniarkę nazwiskiem Bonnie Nettles, która otworzyła przed nim bramę, za którą rozciągał się świat ostatecznego szaleństwa. Netttles wierzyła w to, że utrzymuje stały kontakt z pewnym XIX-wieczny mnichem imieniem Brat Franciszek, który z kolei udziela jej stałych porad i instrukcji. Jakby tego było mało, organizowała stałe cotygodniowe seanse spirytystyczne, oraz korzystała z usług wróżek. Któregoś dnia od jednej z nich otrzymała wiadomość, że już wkrótce pozna tajemniczego wysokiego mężczyznę o jasnych włosach i cerze. W ten oto sposób zwróciła uwagę na Applewhite’a. Już po kilku spotkaniach oboje doszli do przekonania, że są „boskimi posłańcami” i wyruszyli w wędrówkę po kraju, próbując bezskutecznie znaleźć wyznawców. W roku Applewhite trafił na pół roku do aresztu za kradzież wypożyczonego samochodu, jednak ów czas wykorzystał wyłącznie do pogłębienia swoich chorych przekonań.
Nie wiemy, w jaki sposób pobyt w więzieniu wzmocnił jego moce perswazyjne, faktem jest jednak, że kiedy oboje wyruszyli ponownie w drogę, już po krótkim czasie udało im się zebrać grupkę wyznawców, których poinformowali, że w najbliższym czasie spotkają istoty pozaziemskie, które wyposażą ich w nowe ciała. Systematycznie publikowali ogłoszenia dotyczące organizowanych przez siebie spotkań, podczas których, przedstawiając się odpowiednio, jako „Świnka” i „Morska”, swoich zwolenników określali mianem „załogi”. Początkowo sekta nosiła nazwę Kościoła Żyjących w Celibacie Anonimowych Sexoholików, po pewnym czasie jednak przekształcając się w Indywidualną Ludzką Metamorfozę. Wydaje się jednak, że ani ów szereg absurdów, ani nawet fakt, że wedle relacji świadków, głosząc swoje nauki, Applewhite i Nettles nieustannie korzystali ze słownictwa zapożyczonego z filmu „Star Trek”, nie przeszkodził im w zdobywaniu kolejnych zwolenników. Podczas jednego ze spotkań w Kalifornii w roku 1975 udało im się zwerbować połowę z 50 uczestników spotkania, natomiast mniej więcej w tym samym czasie, po spotkaniu w Oregonie około 30 osób, głównie studentów, porzuciło swoje domy, by udać się razem z Applewhitem i Nettles w drogę do lepszego świata.
W roku 1977, mając przy sobie zgromadzoną grupę około 70 wyznawców, oraz prowadząc niemal pustelnicze życie w głównie w rejonie Gór Skalistych, po raz kolejny zmienili imiona, tym razem na „Do” i „Ti”. Pod koniec lat 70. grupa otrzymała potężny zastrzyk gotówki z do dziś nie do końca ustalonych źródeł, co umożliwiło im wynajęcie kilku nieruchomości, najpierw w Denver, a następnie w Dallas. Mimo bardzo ścisłych, oraz niezwykle konsekwentnie stosowanych reguł panujących w sekcie, trzeba przyznać, że w odróżnieniu od wielu podobnych projektów, Applewhite stawiał bardziej na jakość, niż ilość, w związku z czym każdy kto chciał opuścić owe towarzystwo, nie dość, że miał tu pełną swobodę ruchu, to jeszcze był zaopatrywany w pewne wsparcie finansowe na drogę. Nawet w tych okolicznościach, w pewnym momencie liczba członków sekty sięgała aż 80.
W roku 1983 u Nettles zdiagnozowano chorobę nowotworową, w efekcie zaszła konieczność usunięcia jej oka, co pozwoliło jej żyć jeszcze przez dwa lata, po czym w efekcie serii przerzutów, kobieta zmarła w roku 1985. Zaniepokojony nową sytuacją Applewhite wyjaśnił wyznawcom, że ze względu na nadmiar posiadanej energii, dusza Nettles musiała opuścić Ziemię i przenieść się na „Następny Poziom”. Owo wyjaśnienie okazało się na tyle przekonujące, że zaledwie jedna osoba zrezygnowała z udziału w projekcie. Sam Applewhite jednak na tyle ciężko przeżył śmierć swojej partnerki, że przez pewien czas, to członkowie sekty musieli się troszczyć o jego dobry nastrój, na tyle jednak skutecznie, że już wkrótce mógł ich wszystkich z sukcesem przekonać, że jest nowym wcieleniem Jezusa. Jednocześnie też zmienił się jego pogląd na zapowiadane „wniebowstąpienie”. O ile wcześniej utrzymywał swoich uczniów w przekonaniu, że kiedy wreszcie nadlecą kosmici, oni wszyscy zostaną przeniesieni na pokłady ich pojazdów z duszą ciałem, kiedy wszyscy zdążyli zauważyć, że ciało Nettles jednak zostało na miejscu, wyjaśnił im, że plan się zmienił i ciała jednak będą musiały zostać na miejscu, a tam w kosmosie, każdy z nich będzie miał przydzieloną nową i o wiele piękniejszą powłokę.
W roku 1993 grupa przyjęła nową nazwę „Anonimowi Totalni Zwycięzcy”. Za całe 30 tys. dolarów Applewhite wykupił całostronicowe ogłoszenie w „USA Today”, w którym zapowiedział nadchodzącą katastrofę, co spowodowało, że około 20 byłych członków sekty zdecydowało się na powrót, a po serii wykładów liczba członków dodatkowo się podwoiła. To był też czas, kiedy Applewhite po raz pierwszy zaczął wspominać o samobójstwie i właśnie wtedy pojawiła się ostateczna nazwa sekty, czyli „Brama Niebios”. Od czerwca do października 1995 roku grupa mieszkała na wsi w Nowym Meksyku w posiadłości, którą Applewhite nazwał „Statkiem Ziemskim” i którą planował przekształcić w klasztor, jednak ze względu na zaawansowany wiek, ciągłe kłopoty ze zdrowiem i paniczny strach przed rakiem, musiał ze swoich ambicji zrezygnować i z całym towarzystwem przeniósł się w okolice San Diego.
Applewhite, który przez wiele lat utrzymywał, że seks stanowi jedną z najpotężniejszych sił, które uniemożliwiają ludzkiej duszy wyrwanie się z mocy ciała, nie mógł nie zauważyć, że zarówno on, jak i wielu innych członków sekty, chronicznie cierpią z powodu braku seksu. W tej sytuacji, wraz z niewielką grupą wyznawców, postanowił poddać się zabiegowi kastracji. Początkowo było im ciężko znaleźć chętnego do przeprowadzenia operacji chirurga, w końcu jednak znaleźli odpowiedni gabinet gdzieś w Meksyku. W samą porę na nadejście komety. Kiedy 26 marca 1997 roku na teren posiadłości na Rancho Santa Fe wkroczyła policja, znalazła ciało Applewhite’a w jego prywatnej sypialni w łóżku w pozycji siedzącej. Wyniki przeprowadzonych badań lekarskich nie stwierdziły zagrożenia nowotworem, lecz zaledwie początki miażdżycy, a więc czegoś, co, jak się okazuje, może się przydarzyć każdemu, nawet kosmicie.
Ktoś pewnie w tym momencie powie, że cóż to za kryminalna historia, gdzie nie ma ani bandziorów, ani rewolwerów, ani nawet sprężynowych noży. Jakiż to kryminał, gdzie rzekomy morderca od początku do końca porusza się wyłącznie w granicach prawa, a wszelkie odpowiednie służby znają jego każdy gest i krok. Jakaż to wreszcie zbrodnia, gdzie od początku do końca nikt nikogo do niczego nie zmuszał, a jeśli zginęło 39 osób to wyłącznie dlatego, że każda z ofiar nie marzyła o niczym innym jak tylko o tym, by umrzeć. Otóż w moim pojęciu nie ma żadnej różnicy między jakimś psychopatą, który wchodzi w grupę ludzi i każdemu z nich podrzyna gardło, a świrem, który robi dokładnie to samo, tyle że wykorzystując swoje skryte talenty, tych samych ludzi skutecznie zachęca do tego, by sobie te gardła poderżnęli sami.


Moje książki, gdyby ktoś był ciekawy, są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Polecam serdecznie i szczerze.



11 komentarzy:

  1. Nie ma. Ale do podrzynania gardeł nie trzeba być świrem.

    OdpowiedzUsuń
  2. @Jarosław Zolopa
    To prawda.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydawałoby się ,że trudno jest znaleźć tylu dorosłych ludzi naiwnych jak sześcioletnie dzieci. Po naszej stronie Atlantyku tego typu akcje nie mają na taką skalę miejsca . Nie pamiętam czegoś takiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Marart
      Ja mam wciąż nadzieję, że procentowo to był jednak drobny ułamek.

      Usuń
    2. @Marart10 maja 2017 15:31
      lata dziewięćdziesiąte „Białe Bractwo” na Ukrainie

      Usuń
    3. Stary Faryzeusz10 maja 2017 20:56

      @Marart
      Zawsze mialem takie odczucie że w Ameryce ten duch sekciarstwa pochodzący od ojców założycieli jest ciągle żywotny. Rygoryzm moralny nie podparty sakramentami świętymi miesza im w glowach i wytwarza jakieś nieprawdopodobne ciśnienia. Kończy się to wszystko hustawka która wychyla się z jednej strony w rozpuste posunięta do szaleństwa a z drugiej strony oblonkana asceze.Ten brak umiarkowania wynika chyba z braku wybaczenia sobie i innym.

      Usuń
    4. @Staryfaryzeusz
      Bardzo trafne.

      Usuń
    5. @Stary Faryzeusz 20:56

      Bardzo przekonująca a nadal syntetyczna teoria.

      Dodałbym do tego tylko jeden element, że to wszystko dzieje się na bazie amerykańskiej wyjątkowej wydajności materialnej przy - jak to podkreśliłeś - rygoryzmie moralnym a zarazem przy zbyt rozproszonym (brak elementu scalającego) fundamencie aksjologicznym.

      Powodzenie w "mieć" i społeczna indyferencja w "być". Momentami postawy aksjologiczne są tam jak luźne klocki w pudełku z setką instrukcji. Stąd wskazana przez Ciebie huśtawka bez ograniczników jej wychyłu.

      Usuń
  4. Po pierwsze toyah to nie Coryllus.

    Po drugie skutki wariactw wynikających z działania tegoconieprzepuszczazadnejokazji odczuwamy również dzisiaj. Na stronie gazowni był taki artykuł. Nie klikalam go wtedy, zresztą teraz też jest blokowany. "Podczas spotkań wyborczych z Emmauelem Macronem ludzie mdleją". I prawdę mówiąc jak go pokazali takiego wrzeszczacego to przypominał Hitlera. Taki nikt diabłami napędzany, może przyczynić się do spowodowaniawielkich ofiar w ludziach.

    http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21544288,emmanuel-macron-kandydat-na-prezydenta-francji.html

    Notka bardzo ciekawa, pamiętam tę sprawę tylko piąte przez dziesiąte. Zresztą chyba wtedy nikt specjalnie w takich detalach jej nie opisywał.

    *** Muszę się na nowo zalogować, mam nadzieję, że mi się to uda bez kłopotów.
    Rozalia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Rozalia
      Tak jak jest jest bardzo dobrze. A Macron to czarownik. My czarowników tępimy.

      Usuń
    2. @toyah

      Ja nic nie mam do ludów plemiennych i ich "czarowników" zajmujących się leczeniem i wróżeniem, itp. usługami.
      Z kolei czarodzieje używają zaledwie białej magii.

      Dlatego wolę tu określenie "czarnoksiężnik" (w zastosowaniu żeńskim: "wiedźma"), czyli osoba czyniąca zmiany przy pomocy diabelskiej.

      W sumie, warto pomyśleć nad uwspółcześnioną systematyką.


      Usuń