wtorek, 31 maja 2016

Zyta, czyli świat znieruchomiał część 10

Będziemy musieli zrobić sobie przerwę w tych listach. Nie przez to, że owa powtarzalność tematu mnie już nuży, ani tym bardziej przez to, że bardzo mi zależy, by skupiać uwagę czytelników na sobie. Chodzi o to, że tego jest znacznie więcej, niż początkowo przypuszczałem i zwyczajnie się boję, że jeśli tak pociągniemy jeszcze parę tygodni, to niektórzy z nas w sposób zupełnie naturalny zaczną reagować na kolejne z nich zbyt krytycznie i mruczeć pod nosem, że „wczorajszy był lepszy”, lub że „dziś nie ma tam nic ciekawego”. A tego bym nie zniósł. A zatem, dziś jeszcze coś krótkiego, ale za to naprawdę wystrzałowego, jutro najświeższy felieton z „Warszawskiej Gazety”, potem refleksje z pobytu w Warszawie na targach, może jeszcze coś bieżącego, potem mamy dwa dni na targach w Bytomiu, więc będzie przerwa, a w poniedziałek Ona wróci. Cały czas zastanawiam się, czy jednak nie podjąć tematu Jej choroby. Rzecz w tym, że temat ten stanowi naprawdę znaczną część tej korespondencji i ja mam coraz silniejsze przekonanie, ze Ona tak dużo pisała na ten temat, licząc właśnie, że ponieważ jej akurat i za bardzo nie wypada, ale też nie ma dobrego sposobu, by z tym wychodzić publicznie, ten blog spełni to zadanie znakomicie. We wczorajszym liście w sprawie Seawolfa napisała wystarczająco jasno: „Nie ukrywam, że mam trudności by się z tym pogodzić i milczeć. A Seawolf umiał!” Ona się z tym, co Jej zrobili lekarze, nie godziła i milczeć nie chciała. I nie sądzę też, by chciała, żebym ja milczał. I bardzo by mi się nie podobała sytuacja, gdyby świat miał być już zawsze przekonany, że Ona umarła, bo się pochorowała. Dlatego, że tak prosto to się akurat nie odbyło. Ale jeszcze to przemyślę. Dziś list tuż sprzed wyborów roku 2011.

Dobry wieczór!
Może ma Pan rację, ja czuję się dość dziwnie, ponieważ wyjątkowo nie mam żadnych intuicji co do tych wyników. W 2005 r. wiedziałam, że PO nie wygra i próbowałam
sprowadzać na ziemię J.M. Rokitę, który w sobotę przedwyborczą przyjechał do mnie (do domu, świadkiem był mój mąż i Mama) mobilizować mnie do przyjazdu w poniedziałek do W-wy, bo niby On będzie kompletował rząd (serio!) i ja – pomimo nepotyzmu oraz niesubordynacji – niby mam w tym rządzie się znaleźć. Następnym razem, w 2007 r., na około tydzień przed wyborami wiedziałam, że PiS przegra. A dzisiaj „wiem, że nic nie wiem”. Polska znalazła się w bardzo niebezpiecznym położeniu. W tej kilkuwymiarowej przestrzeni wynik wyborów jest tylko jedną współrzędną.
Co do Pana wpisu – zobaczę co się da zrobić, na pewno przekażę jakąś informację. [Chodziło o przekazanie Jarosławowi Kaczyńskiemu informacji o notce z bloga, przyp. K.O.] Ale teraz koło historii jest tak rozpędzone, że zatrzyma się dopiero za około pół roku. A i to nie jest pewne.
Oczywiście, serdecznie współczuję z powodu wymuszonych kontaktów z uczonymi grafomanami.
Zawsze uważałam, ze zwykła grafomania jest drobną usterką natur prostych i sentymentalnych, natomiast grafomania utytułowana jest grzechem śmiertelnym. Oby dobry Pan Bóg myślał podobnie, jako że „Biada tym, którzy zwodzą maluczkich”.
Howgh,
Zyta Gilowska


Przypominam, że wszystkie moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl. Zachęcam najszczerzej.

4 komentarze:

  1. Ciekawe te listy Pani Gilowskiej Panie Krzysztofie. Ukazują jej kobieca,ciepła stronę. Zawsze odbieram Ją jako kogoś miłego. Dziękuję za możliwość wczytania się w prywatne przemyślenia kogoś tak ciekawego.

    OdpowiedzUsuń
  2. @flexibily82
    Ona innej strony nie miała.

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Krzysztofie! Dziękuję za publikację listów Pani Zyty Gilowskiej. Dzięki Panu zmieniłem o Niej zdanie,oczywiście na korzyść! To wspaniała, mądra i uczciwa Osoba. Tak trzymać. Pozdrawiam serdecznie z Kujaw - Mirosław Antoni Glazik (M.A.G.)

    OdpowiedzUsuń
  4. @Mirek Glazik
    I o to przede wszystkim chodziło. Również dziękuję.

    OdpowiedzUsuń