czwartek, 19 maja 2016

Czy Zuzia M. lubiła piosenki Black Sabbath?

Na fali nastrojów związanych ze skierowaniem do mnie przez panią Małgorzatę Płysę przedsądowego, jak rozumiem, pisma w związku z oskarżeniem przeze mnie jesienią zeszłego roku krakowskiego festiwalu Unsound o propagowanie satanizmu, wiele osób pyta mnie, czemu ja się aż tak bardzo uparłem, by dręczyć jakąś grupę wyznawców przedchrześcijańskich kultur pogańskich. Czy ja nie mam innych zmartwień? Czy naprawdę uważam, że jeśli jacyś durnie zaczną przekazywać sobie z rąk do rąk ściągnięte z Internetu wiktoriańskie kartki świąteczne, w przekonaniu, że dzięki temu świat poczuje dreszcz, to ja akurat muszę koniecznie zareagować? Otóż sprawa polega na tym, że ów wspomniany festiwal Unsound i stan umysłu jakiejś parki satanistów nie ma tu nic do rzeczy. Chodzi o poziom znacznie bardziej głęboki i znacznie bardziej uniwersalny.
Pisałem już o tym parokrotnie, jednak ponieważ rzeczywistość z każdym kolejnym dniem potwierdza moje oryginalne oceny, uważam, że nie zaszkodzi sprawę jeszcze raz przedstawić, wraz z ewentualnymi nowymi refleksjami. Jak wiemy, przez całe lata, kiedy w przestrzeni publicznej pojawiało się słowo „satanizm”, nasze pierwsze skojarzenia szły najpierw w kierunku zespołu Black Sabbath, a następnie, w kontekstach bardziej już wyszukanych, niejakiego Nergala i jego muzycznego projektu pod nazwą Behemoth. Przez praktycznie dziesięciolecia, satanizm jako taki kojarzony był albo ze wspomnianym Black Sabbath, albo z projektami określanymi przy pomocy nazwy „black metal”. I tyle. Poza tym, satanizm zwyczajnie nie istniał. Owszem, byli wśród nas tacy, którzy wiedzieli jeszcze, że gitarzysta zespołu Led Zeppelin był zauroczony pismami Alistaira Crowleya, który z kolei od zawsze uchodził za „papieża” współczesnego satanizmu, ale ogólnie rzecz biorąc, problem był, że tak to ujmę, ugłaskany i poskromiony.
I oto od pewnego czasu – i nie dajmy sobie wmówić, że wszystko zaczęło się od rytualnego zabójstwa pod Białą Podlaską – okazuje się, że ten cały Ozzy Osbourne, ten Nergal, ten wreszcie sam Alistair Crowley, to są stare dziady, którzy już dawno zostali z tego interesu wymiksowani, a Diabeł – bo to o nim dziś mówimy – korzysta z całkowicie innych mediów.
A więc mamy tę nieszczęsną Zuzię Maksymiuk, która dziś wraz ze swoim kolegą Kamilem odbywa karę wieloletniego więzienia i wszystko to, co ją tam zaprowadziło. Ja zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że to moje odwoływanie się tu do satanizmu jest jak psu na budę, niemniej jednak będę powtarzał z uporem maniaka: Zuzia i jej chłopak mają dziś zmarnowane życie nie dlatego, że słuchali zespołu ACDC. Oni znaleźli się na krawędzi wyłącznie przez to, że dali się uwieść czemuś, co ja nazywam za Janem Pawłem II „kulturą śmierci”, a co w moim głębokim przekonaniu stanowi współczesną formę realnego satanizmu.
Po tym jak doszło do wspomnianej zbrodni pod Białą Podlaską, wystarczyło doprawdy kilka chwil spędzonych w Internecie, by zdobyć pewność, że za tym, co się stało, nie stoją ani błędy wychowawcze, ani szkolne kłopoty, ani nawet zawiedziona miłość, ale zwykłe zanurzenie we wspomnianej kulturze śmierci, którą być może najlepiej symbolizują owe tysiące czarnobiałych zdjęć, w tysiącu pozornie odległych miejsc, prezentujących nieodmiennie twarze z wydrapanymi oczami. I niech nikt nie myśli, że to jest jakaś lokalna gra, w której zaangażowała się niewielka grupa pogubionych dzieci. Z tego, co można naprawdę bez większego wysiłku zaobserwować, wynika, że za tym stoi cała bardzo ściśle zdefiniowana cywilizacja i nie dajmy sobie wmówić, że tam Ozzy Osbourne śpiewa „Sweet Leaf”. Tam słychać jedynie wycie wiatru i trzask łamanych gałęzi. To jest projekt na taką skalę, że my nie jesteśmy go w stanie choćby w przybliżeniu ogarnąć. I jeśli dalej będziemy go lekceważyć, to przez to, że on jest po wielokroć utajniony, nie ogarniemy go nigdy.
Te wydrapane oczy wracają ze szczególną mocą, kiedy w grafice Googla wyszukamy obrazy związane z festiwalem Unsound. I to one właśnie prowadzą nas krok po kroku krętymi ścieżkami tego labiryntu do miejsc, o których istnieniu wcześniej nie mieliśmy pojęcia, a więc choćby do, jak się okazuje bardzo popularnych w wiktoriańskiej Anglii kartek świątecznych, gdzie też nie mieliśmy ani Diabła z rogami, ani haseł typu „Ave Satan”, ale wręcz odwrotnie, nieodmienne „Merry Christmas”, tyle że zanurzone nie w świetle Narodzin, lecz w triumfie śmierci. I znów, tam też nie znajdziemy nigdzie słowa „satanizm”. Ale nie znajdziemy też słowa „satanizm”, kiedy pójdziemy dalej ową drogą, na którą się już wcześniej zapuściliśmy i dotrzemy do czegoś, co funkcjonuje już w całkiem nowoczesnej nomenklaturze, jako albo „humanistyka okultystyczna”, albo po prostu „folk”. I tam też nie usłyszymy ani Nergala, ani Ozziego Osbourna, ani nawet Alistaira Crowleya. No dobra, zgoda. Jeśli się przyjrzymy uważniej, to znajdziemy gdzieś tam ukryte trzy szóstki, lub maleńki odwrócony do góry nogami pentagram, ale kto by się przejmował takimi głupstwami, gdy ma do czynienia ze zwykłą sztuką nawiązującą do czasów jeszcze przedchrześcijańskich, a więc ideologicznie nieskażonych.
Ale i tak nie o to tu chodzi. Nie to jest naszym największym zmartwieniem, że banda pogan postanowiła urządzić sobie nigdy nie kończące się święta. Problem polega na tym, że tym wszystkim, którzy się z zainteresowaniem wokół tego ogniska kręcą, chodzą po głowie najróżniejsze dziwne myśli, a wszystkie podporządkowane temu jednemu, podstawowemu pragnieniu, by się zakwalifikować do bezpośredniego uczestnictwa w owym Czarnym Kręgu. No i to już naprawdę nie jest najbardziej ich wina, kiedy on czy ona dojdą do wniosku, że bez tego jednego mocnego gestu się nie obejdzie; że aby zostać przyjętym, trzeba się wykazać czymś naprawdę dużym. I to wtedy właśnie dochodzi do zdarzeń takich, jak owa masakra pod Białą Podlaską.
Powiedziałem, że to tak naprawdę nie jest ich wina. Kto zatem jest za te ponure przypadki odpowiedzialny? Najprościej by było odpowiedzieć, że TenKtóryNiePrzepuszczaŻadnejOkazji, no ale to by było zbyt proste. On, o czym świadczy jego imię, wyłącznie korzysta z okazji. Stoi, czeka i korzysta. A naszym psim obowiązkiem jest pokazać palcem tych, którzy mu otwierają wciąż to nowe perspektywy.



Dziś rozpoczynają się Warszawskie Targi Książki organizowane każdego roku w maju na Stadionie Narodowym. Wbrew wcześniejszym planom Klinika Języka i tym razem ma tam swoje stoisko, w tym roku wyjątkowo bogate, a na nim oczywiście wszystkie moje książki. Ja sam przyjeżdżam do Warszawy w sobotę i będę dostępny na miejscu przez cały weekend. Zapraszam. Oczywiście wszystkie książki są też do nabycia w księgarni na stronie www.coryllus.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz