poniedziałek, 22 czerwca 2015

O sprawiedliwość dla Generała

Chyba nie ma tygodnika w kraju, który nie przeznaczyłby jakiej części swoich łamów na regularne prowadzenie rubryki, gdzie czytelnicy mogą zapoznać się z przeglądem wydarzeń minionego tygodnia, utrzymanym w konwencji mniej lub bardziej lekkiego żartu, czy wręcz kabaretu. Takie „Szkło kontaktowe”, tyle że co tydzień, no i na papierze. Najbardziej znanymi z tego typu publicystyki żartownisiami są oczywiście Igor Zalewski i Robert Mazurek, którzy, o ile się nie mylę, debiutowali w dawnym „Wproście”, a potem przechodząc wiele różnych szczebli, skończyli w dzisiejszym „W Sieci”, jednak, jak mówię, niemal każda znana mi redakcja, ma ambicję coś tego typu utrzymywać.
Skąd ten pomysł i jednak jego sukces? Otóż wydaje mi się, że plan polega na sięgnięciu do czytelnika, który nie ma czasu czytać długich zdań i jeszcze dłuższych analiz, a ponieważ jakieś tam ambicje jednak ma, gotów jest kupować, czy to wspomniane „Wprost”, „W Sieci”, czy też „Do Rzeczy”, czy „Newsweeka”, czy „Nie”, czy też „Politykę”, że nie wspomnę o takim „Tygodniku Powszechnym”, dla tych kilku krótkich zdań, które ustawią ich emocje na kolejny tydzień.
Do dziś pamiętam, jak mój kuzyn, wybitny polski ginekolog, niestrudzony obrońca życia, pewnego razu bardzo się zdenerwował, kiedy mu doniesiono, że wspomniano o nim w tygodniku „Nie”, a następnie go zacytowano, określając to co mówił epitetem „czarne słowa”. Pamiętam jego rozgoryczenie, a moją zawiść. Ja wtedy jeszcze nawet nie myślałem o tym, by zawodowo się zajmować pisaniem, ale pamiętam, jak sobie myślałem, że ja bym też tak chciał, żeby moje słowa zacytował któryś z tych szmatławców i zrobił to na odpowiednim poziomie niechęci. Żeby któryś z nich na to co ja mówię dostał takiej cholery, by dla zademonstrowania owej niechęci znaleźć trochę miejsca. To by dopiero było osiągnięcie!
I oto nagle wczoraj otrzymałem od swoich ludzi informacje, że stare, peerelowskie ścierwo „Polityka”, nie dość, że się mną zajęło, to jeszcze, jak się mogę domyślać, zajmuje się mną regularnie. W jednym ze swoich najświeższych wydań, w owym kabaretowym przeglądzie tygodnia, zacytowało fragment mojego felietonu z „Warszawskiej Gazety”, komentując go jednym mocnym zdaniem wstępu: „Dalszy ciąg mistycznych skojarzeń autora ‘Warszawskiej Gazety’”. Rozumiecie, o co chodzi? Dalszy ciąg. Mistycznych. Czy ktoś mi powie, że to takie nic? Toż to prawie już klasyk. Jestem naprawdę wzruszony. Polecam się na przyszłość. Czytajcie mnie regularnie i niech was z tej wściekłości czarna krew zaleje. Oto mój najnowszy felieton dla „Warszawskiej”. Na cześć waszych bohaterów.

Tyle ostatnio się dzieje, zaczynając od internetowej działalności niejakiego Stonogi, a kończąc na spektakularnym gniciu władzy, która robiła już wrażenie wiecznej, że niemal nikt z nas nie zauważył, że jakimś cudem, Czesław Kiszczak został doprowadzony przed sąd i jego decyzją został skazany na dwa lata w zawieszeniu. Powiem szczerze, że ja, zwłaszcza ostatnio już, nie śledziłem losów tego człowieka, więc nie jestem pewien – a sprawdzać mi się zwyczajnie nie chce – za co on tak naprawdę oberwał. Czy tu chodziło o wprowadzenie stanu wojennego, czy rozstrzelanie górników z Wujka, czy o zamordowanie Grzegorza Przemyka, a może zamęczenie księdza Popiełuszki, czy wreszcie o tych kolejnych już księży, z końcówki lat 80-tych? Tego nie wiem i powiem szczerze, nie bardzo mnie to interesuje. To co wiem, i co mi tak naprawdę wystarczy, to te dwa lata w zawieszeniu.
Co takiego ów wyrok oznacza dla nas, to wiemy. Dla nas on nie oznacza nic, bo przede wszystkim mamy inne sprawy na głowie, niż los jeszcze jednego komunistycznego oprawcy, a poza tym, nie oszukujmy się, nie on jeden się kręci po okolicy. Ja na przykład ile razy idę do parku z psem, regularnie mijam grupki starszych panów wyszykowanych jak na pochód pierwszomajowy, co do których nie mam wątpliwości, że oni za uszami mają kto wie, czy nie więcej, niż Kiszczak. I co ja mam sobie myśleć? Że dobrze by było im też wlepić po dwa lata w zawieszeniu na, byśmy wszyscy mieli satysfakcję? A zatem, dla nas to co się stało, to nic. Czy w takim razie, można mieć nadzieję, że ten wyrok zrobił wrażenie na samym Kiszczaku? Nie sądzę. Oczywiście on mógł mieć nadzieję, że na jego pogrzebie ktoś ogłosi, że z niego był prawdziwy anioł, którego nawet faszystowskie prawo nie było w stanie zadrasnąć i teraz jest mu z tym wyrokiem źle. Może też być tak, że on planował wprowadzić jeszcze jeden stan wojenny, lub nawet zamordować jakiegoś księdza, czy maturzystę, a tu tymczasem się okazuje, że nic z tego, bo w takim wypadku litości nie będzie i trzeba będzie się dać zamknąć, jak swego czasu nie przymierzając towarzysz Rywin.
Jednak gdy idzie o mnie i moje zdanie na ten temat, to myślę sobie, że te dwa lata w zawieszeniu to jednak trochę za ostro. Z tego co pamiętam, dwa lata z zawieszeniu do dokładnie tyle ile żądał prokurator dla samego Mariusza Kamińskiego, który jak wiemy, nabroił znacznie bardziej niż generał Kiszczak. I nie zmienia mojej oceny fakt, że ostatecznie Kamiński dostał pełne trzy lata i to bez zawiasów. Liczy się znak i symbol. Mam więc nadzieję, że Kamiński ostatecznie pójdzie siedzieć, a sprawą Kiszczaka zajmie się jakiś europejski trybunał. W końcu, przepraszam bardzo, ale zachowujmy proporcje.

Przypominam, że mam jeszcze kilka egzemplarzy swojej pierwszej książki „O siedmiokilogramowym liściu”. Ponieważ w księgarni Coryllusa nakład się już wyczerpał, zapraszam do siebie. Proszę do mnie pisać pod adres toyah@toyah.pl.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz