czwartek, 25 czerwca 2015

Pokaż kotku co masz w środku, czyli dobry film wczoraj widziałem

Byliśmy wczoraj z moim synem w kinie. Wyświetlany w naszej galerii, którą mamy tuż pod nosem, film był produkcji amerykańskiej, moim zdaniem, był absolutnie i wyjątkowo znakomity, a nosił tytuł „San Andreas”. Gdybym miał jednym zdaniem określić, co to takiego, powiedziałbym, że katastroficzny James Bond. W jakim sensie katastroficzny? W takim otóż, że jego tematem było największe w historii świata trzęsienie ziemi, niszczące w całości Kalifornię i okolice. Skąd ten Bond? A stąd mianowicie, że konwencja tego filmu jest taka, że jeśli ktoś spada w płonącym samochodzie w tysiącmetrową przepaść, to w ciągu kilku minut się otrzepuje, wyciera krew z policzka, wspina się po tych skałach na samą górę, a kiedy już jest niemal na miejscu, to w tym momencie nadchodzi powódź, która go zalewa na jakieś dziesięć minut, po czym on ostatkiem sił wypływa na powierzchnię, łapie powietrze, wsiada do przypadkowo zaparkowanego tuż obok samolotu i leci, by ratować uwięzionych w najniebezpieczniejszej jaskini na świecie przyjaciół, a to wszystko pozostaje całkowicie naturalne i nikt z publiczności nie pyta, dlaczego.
Czy jest zatem coś, czym film „San Andreas” się różni od innych filmów katastroficznych i innych Bondów? Owszem. Pomijając fabułę, która jest znacznie bogatsza od tego, z czym mamy do czynienia tam, to przede wszystkim to, że ów film ma dziesięć razy więcej niż normalnie suspensów – powiedziałbym, że cały jest jednym wielkim suspensem – że efekty specjalne są na poziomie takim, jakiego osobiście dotychczas oglądać nie miałem okazji, no i że przez to jest tak wciągający, że jeśli się nam tylko uda wczuć w ową konwencję i nie ulec podszeptom ułomnego rozumu, seans mija jak jedna chwila.
Ale jest jeszcze coś, co różni ten akurat film od pozostałych tego typu superprodukcji. To mianowicie, że o ile w tamtych przypadkach, przynajmniej w pierwszych dniach, kina są zapełnione, tu na naszej sali byliśmy tylko my plus trzy inne osoby. Oczywiście, ja mam na to pewną odpowiedź. Przede wszystkim jest bardzo prawdopodobne, że ten akurat film był bardzo słabo rozreklamowany, a jeśli już, to wyłącznie jako przykład najgorszego absolutnie kiczu. Ja sobie jestem w stanie na przykład wyobrazić recenzję w „Gazecie Wyborczej”, a należy wspomnieć, że Katowice to miasto, które powinno otrzymać od Agory specjalny medal za szczególne zasługi na rzecz wspierania tego projektu, gdzie oni ten film wyszydzają, jako przykład czegoś jednoznacznie najgorszego. Poza tym, biorąc pod uwagę, że tam jedynym w miarę rozpoznawalnym aktorem jest Paul Giamatti, można zrozumieć, że tu u nas w mieście większość wybiera jednak Cezarego Pazurę.
Ale jest jeszcze coś, co zresztą tak naprawdę chciałbym uczynić podstawowym tematem tej skromnej bardzo dzisiejszej notki. Otóż, jak większość z nas wie, jeśli chcemy pójść do kina sami, musimy na te przyjemność wydać ponad dwadzieścia złotych, nie licząc kukurydzy i coca-coli. Jeśli idziemy całą rodziną, to wszystko musimy pomnożyć przez dwa, trzy, cztery, czy pięć. Siadamy w na ogół kompletnie pustej sali i przez pół godziny zasmradzamy salę owym popcornem i oglądamy reklamy, których jedynym zadaniem jest zapewne pokryć koszta seansu. Chciałbym więc w tym miejscu zaapelować do czytelników tego bloga, którzy najczęściej mają ode mnie znacznie większą wiedzę na każdy możliwy temat, może ktoś wie, co stoi na przeszkodzie, by ceny biletów obniżyć to 10 złotych, a nawet do 7, czy 8, zapełniać regularnie do ostatniego miejsca każdy seans, jednocześnie oczywiście kasując reklamodawców jak dotychczas? Przecież to z czym mamy do czynienia, to dla właścicieli tych kin czyste samobójstwo. A ja wiem od osób zaufanych, że to co nas spotkało wczoraj, to standard. Są bowiem filmy, które nie rejestrują jakiejkolwiek publiczności. Są seanse, które się nie odbywają, bo nie znalazła się choćby jedna osoba, chętna wydać te 22 złote. Są kina, gdzie – pomijając jakieś już największe super przeboje – salę może zapełnić już tylko jakaś nowa polska komedia typu „Lejdis”, czy „Pokaż kotku co masz w środku”. Zasada obowiązująca w tych wszystkich multikinach i multipleksach jest taka, że wystarczy jeden sprzedany bilet, by seans się odbył. Oczywiście z tymi wszystkim reklamami. Przepraszam bardzo, ale czy to nie jest przypadkiem chore?
Prowadzę tego bloga już od siedmiu lat i wreszcie udało mi się napisać coś, co można nazwać dziennikarstwem interwencyjnym. Prawie jak Uwaga TVN. Jestem bardzo z siebie zadowolony.

Przypominam, że moje książki są do kupienia w księgarni na stronie www.coryllus.pl, natomiast gdy chodzi o „Liścia”, którego nakład się właśnie wyczerpał, mam jeszcze parę egzemplarzy u siebie, więc proszę o kontakt pod adresem toyah@toyah.pl.

2 komentarze:

  1. bo przekaz propagany reklamowej jest ważniejszy od ceny jednego biletu dla zaatakowanego nią widza

    OdpowiedzUsuń
  2. Gdy nie ma widzów, to oni tę propagandę mogą sobie wsadzić w nos.

    OdpowiedzUsuń