sobota, 22 listopada 2014

Kto pierwszy spocznie obok Leszka Millera?

Jak już prawdopodobnie większość czytelników tego bloga wie, w tych dniach odbywają się w Katowicach targi książki, a więc razem z Gabrielem udzielamy się towarzysko i handlowo w Spodku, i tym sposobem, nasze pisanie na blogach musiało albo ulec zawieszeniu – jak to się ma w przypadku Gabriela – albo sprowadza się do takiego trochę chaotycznego relacjonowania wszystkiego, co wydaje się godne zrelacjonowania, z czym będziemy mieli do czynienia tutaj. A zatem najpierw te targi. Z tego co zdążyliśmy zaobserwować dzisiaj, wynika bezsprzecznie, że gdy chodzi o Katowice, nie mamy do czynienia z żadnymi targami, lecz ze zwykłym tak zwanym „przewalaniem budżetu”. Myślę, że Gabriel w poniedziałek, kiedy wróci do domu, przedstawi problem dokładnie, a ja też może tu w swoim czasie dorzucę swoje trzy grosze, w tej chwili natomiast może tylko powiem, że dziś sytuacja na wspomnianych targach była taka, że gdyby nie pewna kobieta, która przed siedmioosobową publicznością odczytywała z kartki przerobione na śląską gwarę wiersze Brzechwy i Tuwima, jakiś pisarz, który opowiadał o swoich wrażeniach z więzienia w Tajlandii, do którego trafił na sześć lat przez to, że nieroztropnie uległ prowokacji lokalnej policjantki, która namówiła go na przemyt narkotyków, no i nas dwóch, którzy od pewnego momentu byli jedynymi autorami budzącymi jakiekolwiek zainteresowanie, w katowickim Spodku nie działo się nic, a wspomniane targi odbywały się wyłącznie w teorii. Ostatnio mieliśmy okazję się tu wystawiać dwa lata temu i wśród targowych atrakcji był nawet pisarz Pilipiuk i prof. Bralczyk. Dziś mieliśmy tylko te trzy wspomniane przeze mnie zdarzenia. Na tym koniec.
A tymczasem wszyscy żyjemy wyborami, a dokładnie rzecz biorąc kompletnie obłąkanym wybrykiem Grzegorza Brauna, Ewy Stankiewicz i niezidentyfikowanej reszty, którzy zamiast zaangażować się w pracę na rzec zwycięstwa kandydatów PiS-u w zbliżającej się już praktycznie za tydzień drugiej turze wyborów, postanowili… no właśnie nie bardzo wiadomo, co postanowili. Nabyta życzliwość w stosunku obojga nakazywałaby uznać, że postanowili zrobić z siebie durniów, natomiast rozum podpowiada, że wcale nie mamy do czynienia z durniami, lecz z bardzo wyrachowanymi cwaniakami, i dalej już ani słowa, bo robi się naprawdę nieprzyjemnie.
Kiedy Bronisław Komorowski w wyborach w roku 2010 pokonał Jarosława Kaczyńskiego, napisałem tekst, w którym, w bardzo głębokim przekonaniu, że mam bezwzględną rację, wyraziłem opinię, że wybory zostały bezczelnie sfałszowane. Pod moim tekstem ukazał się komentarz naszego przyjaciela LEMMINGA, informujący mnie, że lepiej by było dla nas wszystkich nie przyjmować tego typu rozwiązań do wiadomości, ponieważ o ile zwykłe morderstwo daje nam jakieś drogi wyjścia, sfałszowane wybory, stanowi tak zwany „game changer”, a więc sytuację, z której jedynym wyjściem jest albo rewolucja, albo zamach stanu. Co w naszej polskiej sytuacji jest bardzo trudne do wyobrażenia. I ja się z LEMMINGIEM w podstawowym sensie jego komentarza zgadzam do dziś: otóż – choć wciąż podtrzymuję swoją oryginalną opinię, że wybory w roku 2010 zostały sfałszowane – zgadzam się co do tego, że to co się wtedy stało, stanowiło klasyczny „game changer”, a dowodem na to jest to, z czym mamy do czynienia dziś. Z jednej strony, z władzą, która nie jest w stanie już zatrzymać owej spirali wyborczego kłamstwa, a z drugiej z oczywiste siłami, które owej sytuacji nie mają życzenia dłużej tolerować. A zatem, musimy stwierdzić, że to, co obserwujemy dzisiaj, to wojna między skorumpowaną władzą, a Systemem, który zdaje sobie sprawę z tego, że bez podstawowego, gwarantowanego przez współczesny, cywilizowany świat komfortu, interesów robić się nie da.
W reakcji na nadchodzące do nas informacje o awarii programów obsługujących proces wyborczy, napisałem krótki felieton dla „Warszawskiej Gazety”, gdzie przedstawiłem – nie wiem, po raz który już – opinię, że to z czym mamy do czynienia, to wojna, w której my akurat nie mamy nic do powiedzenia. Zgodnie z tradycją, tyle że w tym nieco bardziej chaotycznym wymiarze, chciałbym swoje myśli przedstawić i tutaj. Proszę posłuchać:


Przedstawiałem tę swoją teorię już i tu w „Warszawskiej Gazecie” i kilka razy na swoim blogu, ale ponieważ właśnie zakończyły się wybory samorządowe i Państwowa Komisja Wyborcza właśnie ogłosiła, że nie wiadomo, kiedy pojawią się oficjalne wyniki wyborów, nie wiadomo, w jakiej formie, i że im z tego powodu jest bardzo przykro, to ja sobie myślę, że skoro oni się aż tak wybezczelnili, ja już nie widzę najmniejszych przeszkód, by ze swoimi teoriami pójść jeszcze bardziej do przodu.
Kiedy ten felieton będzie się ukazywał w „Warszawskiej”, jest możliwe, że wyniki tych wyborów będą ogłoszone, i to niewykluczone, że z jeszcze wyższym, niż zapowiadane, zwycięstwem PiS-u, pewne podejrzenia mieć możemy. Otóż od pewnego czasu, jak wiele na to wskazuje, coś czego natury do końca nie znam, ale co chętnie nazywam Systemem, prowadzi tajną wojnę z ową siecią, którą przez minione 7 lat zastawiła na Polskę Platforma Obywatelska. Gdyby ktoś coś przegapił, króciutko powiem, o co mi chodzi. Otóż, moim zdaniem, Platforma Obywatelska przez te kilka lat z jednej strony wykazała się tak potężną niekompetencją, że zagroziła podstawom funkcjonowania samego państwa, z a drugiej poczuła się tak bezkarna, że zrobiła coś, czego cywilizowany świat zwyczajnie nie robi, a więc zaczęła fałszować wybory, tworząc idealne podstawy do tego, by władzy nie oddać nigdy. I ta właśnie sytuacja okazała się nie do zniesienia nie tylko dla znacznej części społeczeństwa, ale również dla różnego rodzaju interesów działających na poziomie Systemu, a więc poziomu, gdzie już nie liczy się doraźna polityka, ale tylko pieniądz. Widząc, że przez owo obłąkanie władzy, ponosi bardzo realne straty, System postanowił zaatakować. Na różnych poziomach i z zastosowaniem różnych środków, i moim zdaniem, obserwowana przez nas ostatnio seria kompromitacji władzy, te wszystkie afery, włącznie, i może najbardziej, z tą dzisiejszą, w postaci awarii systemu liczenia głosów, jest wynikiem oczywistej prowokacji. Jeśli na to, co się dzieje, spojrzymy logicznie i bez emocji, nie będziemy mieli innego wyjścia, jak uznać, że to co spotkało PKW, to atak mający na celu ostateczne rozbicie całego systemu fałszowania w Polsce wyborów. A skoro tak, to na samym końcu tego planu stoi odsunięcie od władzy Platformy Obywatelskiej. A z brutalności tego ataku, możemy sądzić, że jego wynik może być jeszcze bardziej spektakularny i ostateczny, niż to, z czym mieliśmy do czynienia w latach poprzedzających upadek Millera i Kwaśniewskiego.
Że szykuje się coś na kształt ostatecznego rozwiązania mogliśmy już przypuszczać poznając sondażowe wyniki dające zwycięstwo Prawu i Sprawiedliwości. Dziś nie mam najmniejszych wątpliwości, że to co obserwujemy, to kolejna odsłona tej samej akcji. Na zastanawianie się, co zrobić z PiS-em oni mają czas. Z Platformą muszą skończyć natychmiast. I to właśnie robią. Bardzo to zabawne. Niemal jak w filmach o chicagowskiej mafii.

Każdego, kto mieszka w Katowicach, lub niedaleko, zapraszam do Spodka, gdzie z Gabrielem jutro jeszcze i pojutrze będziemy do nieustannej dyspozycji. Tych, którzy mieszkają w okolicach Warszawy proszę o to, by przyszli w następną sobotę na targi książki historycznej, a ja tam wtedy też będę. Mieszkańców Wrocławia i okolic zapraszam z kolei do Wrocławia właśnie na doroczne targi we Wrocławiu, gdzie też obiecuje się pojawić i w kolejną sobotę. A zatem, jak widać, wiele przed nami.

2 komentarze:

  1. Cóż, targi książki zestawione z wyprzedażą sprzętu narciarskiego, miks jedyny w swoim rodzaju. Organizator połączył branże według jemu tylko znanego klucza.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zwycięstwo okazało się tak wielkie, że nie do udźwignięcia przez jedną partię, więc postanowiono obdzielić nim trzy. Stankiewicz z Braunem wydają się być tymi sztandarowymi, których wypycha się na przód zza ich pleców wołając "hurra!", a potem planowo rejteruje. A kto miał pójść do ciupy ten poszedł.

    OdpowiedzUsuń