piątek, 7 listopada 2014

O psach-faszystach i prawicowych ziomkach

Gdyby kogokolwiek z nas zapytać, czy mówi mu coś nazwisko Rodney King, nie mam najmniejszych wątpliwości, że większość z nas tylko wzruszyłaby ramionami i powiedziała, że to może być każdy: koszykarz, aktor, czy piosenkarz, tyle że z całą pewnością nie któryś z naszych parlamentarzystów. Tymczasem jest tak, że Rodney King to człowiek, za którego sprawą doszło do jednych z największych zamieszek we współczesnej Ameryce, znanych do dziś pod nazwą „Los Angeles Riots” z roku 1992, w wyniku których śmierć poniosły 53 osoby, 2383 odniosło większe lub mniejsze obrażenia, straż pożarna została wezwana do ponad 7 tysięcy pożarów, zniszczono ponad 3 tysiące budynków, a ogólne straty oszacowano na ponad miliard dolarów.
Jak ów Rodney King dał radę spowodować takie zamieszanie? Otóż 1 marca 1991 roku, będący wówczas w związku z wcześniejszym napadem na sklep na zwolnieniu warunkowym, pijany Rodney King wracał wraz z paroma kumplami samochodem z meczu koszykówki, a ponieważ w pewnym momencie rozwinął prędkość dwukrotnie przekraczającą dopuszczalny limit, pewna skromna plicjantka podjęła próbę zatrzymania. Ponieważ – jak sam zresztą później przyznał – jako osoba przebywająca na warunkowym zwolnieniu, bał się konsekwencji, King na wezwanie policji się nie zatrzymał, ale zaczął uciekać i to uciekać jeszcze szybciej niż wcześniej. Rozpoczął się pościg, taki mniej więcej, jak to widzimy niekiedy w telewizji, z użyciem całej kupy policyjnych samochodów plus helikoptera, no i w końcu King jednak został zatrzymany i wedle argumentów oskarżenia (sam King, korzystając ze swoich praw, odmówił zeznań), będąc grzeczny jak aniołek, a według zeznań policjantów, ze względu na swoje wybitnie agresywne zachowanie, został przez policjantów brutalnie pobity, w związku z czym podał ich następnie do sądu za napaść.
Jak już to zostało powiedziane, zdaniem Kinga i prokuratora, policjanci pobili Kinga bez potrzeby, z czystej, motywowanej ich rasistowskimi obsesjami, wściekłości. King po zatrzymaniu wysiadł z samochodu i gotowy do współpracy, czekał na dalszy rozwój wydarzeń, natomiast ci faszyści go zmaltretowali. Inaczej sprawę przedstawiali sami policjanci. Towarzyszący Kingowi kumple poleceniom policjantów odpowiednio się podporządkowali, natomiast King pierwsze co zrobił, to przywalił jednemu z nich pięścią w twarz, a następnie próbował – tego już nie wiemy – albo im wszystkim wlać, albo uciec, tak czy inaczej, końcowy efekt był taki, że sam King wyszedł z tej konfrontacji okrutnie poturbowany.
King podał policjantów do sądu, a oskarżenie zarzuciło im, że zamiast normalnie Kinga aresztować, oni, jak to policyjne faszystowskie psy, postanowili mu wlać. A więc ani nie nadużycie władzy, ani nie przekroczenie granic, ale zwyczajnie rasizm i zła wolę. W tej sytuacji sąd uznał wszystkich za niewinnych… no i ten właśnie wyrok spowodował wspomniane wcześniej zamieszki.
W efekcie zajść w kolejnym procesie dwóch policjantów (Laurence Powell i Stacey Koon) zostało skazanych. Pozostałych dwóch funkcjonariuszy (Timothy Wind i Theodore Briseno) uniewinniono.
Oczywiście, tak jak to się dzieje w Ameryce, w mających miejsce kolejnych procesach cywilnych, King wygrał wszystkiego razem 3,8 milionów dolarów odszkodowania i oczywiście został bardzo wybitnym celebrytą, któremu piosenki poświecili tacy artyści, jak Rage Against the Machine, czy słynny raper Ice Cube.
W następnych latach bywał jeszcze aresztowany, m.in. w 1994 i dwukrotnie w 2011, kiedy to prowadził samochód pod wpływem alkoholu, a w 1996 skazano go na trzy miesiące więzienia za pobicie żony.
I to ona zresztą 17 czerwca 2012 roku znalazła go nieprzytomnego na dnie basenu. King, mimo szybko zorganizowanej pomocy medycznej, zmarł. W jego krwi znaleziono alkohol, marihuanę, kokainę i PCP. Ile zostało z owych niemal czterech milionów dolarów i kto z nich korzysta, źródła nie podają.
Jest natomiast jeszcze jedna historia, która moim zdaniem bardzo dobrze pokazuje pewien szczególny typ histerii – groźny i smutny zarazem. Otóż jeden z owych ostatecznie skazanych policjantów nazwiskiem Stacey Koon w październiku 1995 roku, po odbyciu kary wyszedł z więzienia, a już w listopadzie w jego mieszkaniu zjawił się uzbrojony mężczyzna i zażądał widzenia z byłym już policjantem. Jako że Koona akurat nie było w domu, napastnik wziął trzech zakładników, jednego z nich zastrzelił, a następnie przy okazji obławy policyjnej popełnił samobójstwo.
No i jeszcze coś. Cały incydent, kiedy to Koon z kolegami pobili Kinga został sfilmowany kamerą video przez któregoś z okolicznych mieszkańców. Mówi się, że całe nagranie trwało 4 minuty, to natomiast, co było na okrągło przez niemal rok pokazywane przez media, trwało zaledwie 15 sekund. Reszty nikt nigdy już nie zobaczył.
I już na sam koniec jeszcze jedna kwestia, po ciężką cholerę ja w ogóle dziś o tym piszę? Odpowiem może w ten sposób: skoro innym wolno, to czemu nie mnie? Prawda?

Od jutra w księgarni Coryllusa pod adresem www.coryllus.pl będziemy mieli moją nową książkę o Złym. Dziś jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by tam zajrzeć i przynajmniej coś zaplanować na najbliższe dni.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz