piątek, 14 listopada 2014

Jeszcze raz o dziennikarzu złym i gnuśnym

Przyznaję, że kiedy wczoraj zwracałem się do Piotra Skwiecińskiego z pytaniem, czy kiedy on po raz pierwszy zrozumiał, że te wszystkie blogi i tak zwane „dziennikarstwo obywatelskie”, to nieporozumienie i kupa śmiechu, to był trzeźwy, czy może wypity, jego tekst opublikowany w tygodniku „W Sieci”, owszem, znałem, nie tak dobrze jednak, jak ów typ publicystyki na to zasługuje. Było jednak tak, że mój kolega Coryllus dzień wcześniej opowiedział mi, że Skwieciński u Karnowskich ogłasza koniec blogosfery, ja znalazłem ów tekst, szybko go przeczytałem, no i napisałem, co mi serce i rozum kazały. Dziś jednak, trochę, powiem szczerze, sprowokowany przez reakcję pani Bogny Janke, która moja notkę uznała za naruszającą dobre obyczaje, przeczytałem refleksje Skwiecińskiego raz jeszcze i jeszcze raz, i przyznaję: to co ten człowiek napisał jest czymś pod każdym względem tak niewyobrażalnie zdumiewającym, że zwykłe podejrzenia o to, że ich autor zwyczajnie chleje, to dużo za mało. I dziś, może już bez niepotrzebnych insynuacji i z nadzieją, że pani Janke zechce docenić moją dobrą wolę i staranność, chciałbym opowiedzieć dokładnie, co takiego napisał dziennikarz Piotr Skwieciński. A zapewniam, że warto. I wcale nie chodzi o wyzłośliwianie się nad takimi perłami zawodowego dziennikarstwa, jak już wczoraj przytoczone przeze mnie zdanie, gdzie, czyniąc użytek ze swojego kunsztu, Skwieciński pisze, że „sytuacja znormalniała i coraz bardziej normalnieje”, bo w odpowiedzi na ten rodzaj pisarstwa, ja bym musiał już tylko napisać, że „Skwieciński wytrzeźwiał i coraz bardziej trzeźwieje”, a, jak już wcześniej wspomniałem, nie chcę zadzierać z panią Bogną Janke.
Rzecz w tym, że, wbrew pozorom, ja się ze Skwiecińskim trochę zgadzam. To co się dzieje na blogach to faktycznie, że tak to określę, najczęściej syf i ruina. Oczywiście, jeśli twórczość blogerów, choćby i tych najgorszych, zestawimy z tym, czego nam dostarczają na co dzień komentarze choćby na portalu tvn24, czy wyborcza.pl, albo z większą częścią tego, co znajdujemy w gazetach, blogerzy są górą, realnie jednak patrząc, mamy do czynienia z czystą, ponurą amatorką. A zatem, gdyby Skwieciński, przejęty poziomem owej publicystyki napisał, że on, kiedy to wszystko ruszało, miał nadzieję, że te blogi się rozwiną i przez to, że staną się konkurencją dla mediów mainstreamowych, w ten sposób ubarwią ów rynek swoją świeżością, a może nawet zmotywują dziennikarzy zawodowych do większego wysiłku i do starań o wyższą jakość, niestety po latach on widzi, że z tych nadziei nie zostało nic, lub prawie nic, ja bym nawet nie mrugnął. Tymczasem Skwieciński, rozprawiając się z blogosferą, niemal w pierwszym zdaniu przyznaje, że z jego punktu widzenia to, że blogerzy się nie sprawdzili, to wiadomość radosna. Już sam tytuł, „Normalnieje, czyli koniec blogerów”, zwiastuje ten nastrój, a dalej Skwieciński pisze tak:
… z pewną obawą (lecz i satysfakcją) komunikuję, [że] kończy się króciutka era blogerów.[…] Nowe Media miały być triumfem tzw. dziennikarstwa obywatelskiego. Nie zawodowego, nie profesjonalnego. Ochotniczego. Masa, by użyć uroczego terminu z jeszcze dawniejszych czasów, ludowych korespondentów miała zastąpić agencje prasowe”.
A więc, skąd ta satysfakcja? Dlaczego Skwieciński, widząc, że blogi stają się coraz gorsze, tak bardzo się ucieszył? Bo wreszcie będzie normalnie? Bo nie będzie już tej pieprzonej bolszewii (tu tak zręcznie zakamuflowanej pod owych szyderstwem w postaci owej „masy”, „dziennikarstwa obywatelskiego” i „ochotniczego”, owych „ludowych korespondentów”), lecz normalny, porządny kapitalizm? Owszem. Skwieciński nie pozostawia tu żadnych wątpliwości: ma być normalnie, i to normalnie do tego stopnia, że kiedy już to się stanie, to postaramy się wszyscy, żeby było jeszcze bardziej normalnie – tak normalnie, że owa normalność nas zwyczajnie zadusi.
Ale jest jeszcze coś, co ów dziwny człowiek z naiwnością nawet nie dziecka, bo aż tak głupich dzieci nasza Ziemia zwyczajnie nie nosi, przyznaje już chwilę potem. Informuje nas mianowicie Skwieciński, że od czasu gdy pojawił się Internet i ludzie przerzucili się z gazet na blogi, on i jego koledzy w sposób bardzo bezpośredni i jednoznaczny stracili. Pozwolę sobie na jeszcze jeden cytat:
Tylko szkoda, że okres blogerskiej paniki zaszkodził tradycyjnym mediom. Dał bowiem ich właścicielom pretekst do kolejnych cięć, redukcji kosztów i zatrudnienia, w efekcie czego jakość pracy informacyjnej bardzo wyraźnie spadła”.
I tu, uważam, Skwieciński odkrywa się w sposób wręcz nieprzyzwoity, pokazując najwyraźniej jak tylko można, jaki jest dziś jego problem. Otóż oni najzwyczajniej w świecie nie mają z czego żyć i, tak jak to zwykle bywa z ludźmi głupimi i gnuśnymi, swoje pretensje, zamiast do siebie, kierują na zewnątrz. Skwieciński, zapytany, czemu jego tekstów nikt nie chce czytać, odpowiada, że to przez blogerów, bo oni głupiemu czytelnikowi zawrócili w głowie, a to z kolei samego Skwiecińskiego tak zestresowało, że on się faktycznie opuścił w robocie i jakość jego publicystyki „wyraźnie spadła”. No ale teraz już, skoro, jak się okazuje, ci blogerzy nie są tacy groźni, to będzie już tylko lepiej, Kto wie, czy Skwiecińskiemu nie dadzą jakiejś fuchy w „Wyborczej”? Albo może ludzie zaczną wysyłać esemesy?
No właśnie. Miałem już nie cytować, ale daję słowo, że tekst Skwiecińskiego jest tak intensywny, gdy chodzi o eksplozję tego obłędu, że i tak muszę się bardzo starać, żeby go tu nie przytoczyć w całości. Pojawiają się tam też już bardzo bezpośrednio pieniądze. Pisze Skwieciński tak:
W świecie zachodnim coraz wyraźniej widać, że wczorajszy dogmat – że niemożliwe jest skuteczne wprowadzenie w Internecie wymogu płacenia za treść – jest po prostu nieprawdziwy. Coraz większa część przychodu amerykańskich gazet pochodzi właśnie z opłat za wydania sieciowe”.
To ja już w takim razie będę się zbliżał do końca. Otóż, jak niektórzy z czytelników wiedzą, w wyniku tego swojego blogowania, zostałem pozbawiony prawa do pracy, w związku z czym, przez parę lat musiałem prosić czytelników, którzy lubili tu przychodzić i czytać moje refleksje, o wsparcie. Nie postawiłem tu żadnego, jak to ładnie ujmuje Skwieciński „wymogu”, lecz tylko prosiłem. I dzięki temu ja i moja rodzina ów najtrudniejszy czas przeżyliśmy w miarę bezpiecznie. Dziś znów – dzięki wsparciu czytelników – piszę za tak zwane „darmo”. Dzień w dzień dzielę się swoimi refleksjami i nawet mi w głowie, by ktokolwiek miał mi za nie płacić. Wydaję książki, pisze teksty dla Bachurskiego i jakoś żyjemy. I w życiu bym nie pomyślał, by narzekać, że cholera ciężka, gdyby nie ten Skwieciński i jego kumple, to ja bym miał lepiej. Uważam, że to jest dowód na to, że Skwieciński jest w ciężkim błędzie i to tak wielkim, że z niego już chyba nigdy nie wyjdzie.
Kończąc swój, moim zdaniem, w pewnym sensie historyczny tekst, Skwieciński pisze, że zawodowi dziennikarze mają nad blogerami tę przewagę, że oni potrafią „za darmo wykonać telefon do urzędnika i coś wyjaśnić”, a bloger już nie. I żeby już się tak nad Skwiecińskim nie pastwić, ja tu mu też przyznam rację. To prawda. Zawodowiec takie rzeczy potrafi zrobić bez większego wysiłlku. Niedawno Paweł Kukiz napisał, jak to Trójka nie chciała puszczać jego piosenki, i w tej sytuacji on wykonał telefon do urzędnika nazwiskiem Paweł Graś i sprawa została załatwiona w jednej chwili. Z tego, co się domyślam, Kukiz za ten telefon zapłacił z własnej kieszeni.

Moja najnowsza książka jest do kupienia w księgarni pod adresem www.coryllus.pl. Szczerze polecam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz