środa, 3 września 2014

Płezydent i prezydęt po raz już ostatni

Kiedy w reakcji na powołanie Donalda Tuska na stanowisko Przewodniczącego Rady Europejskiej, zamieściłem tu swoją analizę dotyczącą przyczyn i konsekwencji tego posunięcia, byłem przekonany, że jeśli chodzi o Tuska i cały ten zgiełk, na tym moja rola się wyczerpuje. Tymczasem niemal natychmiast pojawił się problem tego nieszczęsnego tuskowego angielskiego, no i ja też nie mogłem nie zareagować i zwrócić uwagę na fakt, że problemem nie jest to, że Tusk nie zna języka, ale że ma z tego powodu ciężkie kompleksy, i to one raczej, a nie braki w wykształceniu, będą mu przeszkadzały w skutecznym lansowaniu się w tej całej Brukseli. I tu znów, kiedy byłem pewien, że to już po raz ostatni skomentowałem to w gruncie rzeczy bez większego znaczenia zdarzenie, wyskoczyła jak Filip z konopii Kasia Tusk i oświadczyła, że jej tato został „królem Europy”.
Powiem szczerze, że ja nie mam pewności do końca, że ona powiedziała to zupełnie szczerze, to znaczy – przy całym moim szacunku dla wręcz dziś już legendarnej głupoty tego dziewczęcia – biorę bardzo mocno pod uwagę, że tym razem ona zwyczajnie ze swojego starego się nabija. Podobnie zresztą jestem pewien, że Radek Sikorski, ogłaszając swojego pryncypała „papieżem Europy”, też nie był do końca poważny, a kto wie, czy wręcz nie chodziło mu o to, by zostawić tu pewien trop, który mu w przyszłości pomoże się bronić przed zarzutami, że wśród wszystkich członków gangu, on akurat był najbardziej pełen poświęcenia.
Tak czy inaczej, wiemy jedno już na pewno. Jako pierwsza, określenie stanowiska objętego właśnie przez Donalda Tuska mianem „króla Europy” zaproponowała jego córka, natomiast oryginalnym autorem określenia Premiera, jako „papieża Europy” pozostaje już na zawsze Radek Sikorski, minister w jego rządzie. Mnie natomiast znacznie bardziej ciekawi to, kto jako pierwszy wpadł na pomysł, żeby funkcję Przewodniczącego Rady Europejskiej określić jako „prezydenta Europy”, no i następnie wykorzystać ten przekręt propagandowo. O ile bowiem ów „król”, czy nawet „papież” są na tyle głupie, że, jak już wcześniej zauważyłem, efekt tego zagrania może być wręcz odwrotny od oczekiwanego, numer z „prezydentem” robi wrażenie prawdziwego mistrzostwa.
W czym rzecz? Otóż przeciętny obywatel, nie ma najmniejszego pojęcia, jakie są obyczaje w tej całej Unii Europejskiej, a w związku z tym nie ma najmniejszego powodu, by nie uznać, że może faktycznie oni tam traktują tych swoich przewodniczących rady, jako prezydentów całej Europy, a kto wie, czy nie świata. W końcu, co komu szkodzi? Tymczasem, jak z kolei wie każdy, kto nawet niekoniecznie zna język angielski, ale ma choćby podstawowe pojęcie o tym, jak ten cały cyrk jest zorganizowany, wie, że tu o żadnej prezydenturze mowy być nie może. To już chyba Donald Tusk miał większe prawo ogłaszać się „prezydentem Europy” wtedy, gdy Polska obejmowała w Unii tak zwaną „prezydencję”. Też oczywiście nie, ale z pewnością już bardziej.
O co chodzi z Tuskiem dziś? Otóż rzecz w tym, że w języku angielskim słowo „president” opisuje dwa różne tytuły. Pierwsze z nich jest traktowane bardzo lokalnie i tłumaczy się na język polski, jako „przewodniczący”. Można więc być „prezydentem” jakieś rady nadzorczej, komitetu, stowarzyszenia, czy nawet klasowego kółka zainteresowań. No i mamy też „prezydentów” Stanów Zjednoczonych, Gruzji, Litwy, Francji, czy nawet Polski. I naprawdę nie trzeba nikogo przekonywać, że tak jak Bronisław Komorowski, czy Władimir Putin nie są „przewodniczącymi” (ostatnim takim „przewodniczącym” był chyba Przewodniczący Rady Państwa, Henryk Jabłoński) tak samo przewodniczący rady szkolnej Wojtek z II B, nie jest „prezydentem”. Tak samo też „prezydentem” nie jest Donald Tusk. Polska kultura, a więc przy tym polski język, na takie ekstrawagancje sobie nie pozwala.
I tu dochodzimy do bardzo ciekawego punktu, który moim zdaniem stanowi niezbity dowód na to, że za owym zagraniem, przemianowującym przewodniczącego Tuska na „prezydenta Tuska”, stała bardzo poważna praca intelektualna. Otóż proszę zwrócić uwagę na to, że oni mogli zacząć o nim mówić, nie jako o Przewodniczącym Rady Europejskiej, ale o „Przewodniczącym Europy”. Tak by było oczywiście głupiej, ale za to zgrabniej, krócej, no i przede wszystkim nie aż tak daleko od prawdy. Tu jednak pojawiło się zapotrzebowanie na coś bardziej prestiżowego, no i też nie zdecydowano się na „Prezydenta Rady Europejskiej”, czyli coś, owszem, dobrego, ale wciąż nie najlepszego, tylko ktoś wpadł na tego „Prezydenta Europy”.
Proszę zwrócić uwagę, jaki jest efekt tego przekrętu: mamy mianowicie prezydenta Francji, prezydenta Rosji, prezydentów Czech i Słowacji, prezydentów Włoch i Estonii, prezydentów Polski i Niemiec i oczywiście każdy z nich to nie byle kto, i oto nagle okazuje się, że maleńki Sopot wydał na świat kogoś, kto stoi ponad nimi wszystkimi: mianowicie Donalda Tuska – prezydenta Europy. Nie jakiegoś „przewodniczącego rady”, ale prezydenta Kontynentu!
Ktoś powie, że to nie jest poważny temat, bo po tych siedmiu, a tak naprawdę już ponad dwudziestu latach, propagandowej agresji, naprawdę trudno jest znaleźć coś, czym możemy sobie wzajemnie zaimponować. Ja jednak twierdzę, że numer z „prezydentem” to jest naprawdę coś. Proszę spojrzeć na to jeszcze raz: mamy to angielskie „President of the European Council” i nie ma na świecie nikogo, komu by do głowy przyszło traktować tę funkcję w takim sensie, w jakim traktuje się funkcję prezydenta kraju, czy nawet i miasta. Ale też nikomu chyba nie przyszłoby do głowy, by ową „radę europejską” traktować, jako Europę, bo to by było niemal tak samo głupie, jak określanie jakiegoś przewodniczącego Polskiego Towarzystwa Miłośników Wspinactwa Wysokogórskiego, jako prezydenta Polski.
A tu nagle pojawia się jakiś magik i ogłasza, że Donald Tusk właśnie został „prezydentem Europy”. Jego tropem natychmiast ową nomenklaturę zaczynają stosować politycy, dziennikarze, polityczni komentatorzy, by wreszcie nawet sama „Gazeta Wyborcza” mogła przedstawić reportaż z wizyty w Sopocie, gdzie znajdujemy takie na przykład kwiatki:
Życie w kurorcie toczy się normalnie - ludzie spacerują z psami, jeżdżą na rowerach, robią zakupy w sklepach. Pod domem premiera przy ul. Władysława Syrokomli też niewiele się zmieniło. Gdyby nie obecność dwóch czarnych limuzyn ‘borowików’ i kilku paparazzich na chodniku, nikt by nie pomyślał, że w skromnym wielorodzinnym budynku mieszka premier Polski, a od wczoraj - prezydent Europy”.
Lub:
A jaki jest nowy prezydent Europy prywatnie? - Z każdym porozmawia, uśmiechnie się, nie zadziera nosa. Jak przyjedzie do domu, to jak każdy człowiek lubi poleżeć w ogrodzie na leżaku - mówi pani Krystyna, sąsiadka Donalda Tuska zza płotu”.
A tu z kolei pani Olga, która w Sopocie wynajmująca pokoje turystom:
Bardzo dobrze się stało. W moim pojęciu pan premier nadaje się na prezydenta Europy. Myślę, że wszystko będzie dobrze i że pan premier podoła nowym obowiązkom”.
Pani Krystyna spacerująca z psem ul. Władysława IV:
Jestem naprawdę pełna uznania dla Donalda Tuska, tym bardziej że wiem, że to nie jest dla niego kwestia splendoru, ale porządnego i obowiązkowego podejścia do sprawy, i na pewno objęcie funkcji prezydenta Europy będzie traktował jako wyzwanie”.
Wszyscy pamiętamy pewnie, jak jeszcze przed laty, zanim pewnego sobotniego poranka Polska została odmieniona na zawsze, polski prezydent, komentując mecz piłki nożnej i grę polskiego bramkarza, powiedział „dobry był Boruc bardzo” i wówczas ktoś, też całkowicie do dziś anonimowy, wymyślił, że dobrze by było puścić w przestrzeń publiczną wiadomość, że polski prezydent zamiast „Boruc” powiedział „Borubar” – wiadomość nie dość, że całkowicie nieprawdziwą, to jeszcze kompletnie i w sposób oczywisty absurdalną. No i nagle okazało się, że to nie dość, że chwyciło, to chwyciło tak, że w efekcie doprowadziło do śmierci zarówno Prezydenta, jak i jeszcze kilkudziesięciu niewinnych osób. Pisałem już o tym zagraniu sprzed lat, zastanawiając się, kto to taki wpadł na ten upiorny pomysł i jak to się stało, że coś tak z pozoru niedorzecznego potrafiło zrobić aż tak wielką karierę. Jak mówię, autorstwo tego żartu pozostaje do dziś nieustalone, a przecież ten ktoś tam musiał wtedy być i musiał uznać, że pojawiła się pewna wyjątkowa szansa, nadać sprawie odpowiedni bieg, a dalej już wystarczyło, że ktoś podał dalej, i jeszcze dalej, i jeszcze… i to wciąż żyje. Żyje naprawdę. To żyje!
Oczywiście, ja znam proporcje, no a poza tym wiem, że o ile tam chodziło o nienawiść, to dziś na początku tego kłamstwa stoi wyłącznie miłość, i tu już mowy nie ma, by przez nią ktoś miał umrzeć. No może się tak zdarzyć, że jeśli ta gadka o „prezydencie Europy” się będzie przeciągać, prezydent Komorowski dostanie w końcu takiej cholery, że zejdzie na zawał. No ale myślę, że nie. On z całą pewnością wie, że to wszystko jest robione również dla jego dobra. W ostatecznym rozrachunku, on tam też jest uwzględniany.

Wszystkich zainteresowanych zachęcam do odwiedzania strony www.coryllus.pl. Tam są do kupienia książki i jest bardzo możliwe, że dziś już jedyne, jakie warto w ogóle kupować. Wciąz też bardzo prosze o wspieranie tego bloga pod podanym tuz obok numerem konta. Dziękuję.

4 komentarze:

  1. Pamiętam jak w czasach obskurnych kłamstw zadano nam w szkole by przygotować coś na podstawie artykułu z dowolnej radzieckiej gazety, którą (egzemplarz) należało samemu kupić. Mi wybór tytułu i samego tekstu ułatwiło zdjęcie ukazujące solidnej budowy kobiecinę, która stała na baczność przed inną, o gabarytach ustawionego pionowo fortepianu. Obie panie były w białych fartuchach, a podpis pod zdjęciem głosił:

    Cielętniarka Iwanowna melduje chlewmistrzyni młodzież

    Cóż powiedzieć? Precyzyjna terminologia, przejrzyście określona hierarchia, a nadto łatwo przyswajalna treść samego artykułu spotkały się wówczas z ciepłym przyjęciem nauczycielki i kolegów.
    Obecnie, przyznaję, nie poradziłbym sobie w tej lidze. Czekam już tylko na gabinet O-Ren Ishii.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale to są prawdziwe cytaty z GW?
    Jestem wstrząśnięty.

    OdpowiedzUsuń
  3. @2,718
    Cudowne! Szkoda, że już tak rzadko komentujesz.

    OdpowiedzUsuń
  4. @JSW
    Oczywiście. To jest cały reportarz.

    OdpowiedzUsuń