poniedziałek, 8 września 2014

Cała Polska czyta Neues Deutschland

Poniższy tekst napisany został w miniony wtorek dla Piotra Bachurskiego i jego „Warszawskiej Gazety”, a więc stanowi coś, co można dziś już nazwać „musztardą po obiedzie”. Zwłaszcza gdy i tu na tym blogu sprawa europejskiej prezydentury Donalda Tuska została już dogłębnie omówiona. No ale zgodnie ze zwyczajem, ale też może dla nabrania oddechu przed kolejnymi sprawami, zapraszam.


Pierwszą reakcją mediów na zrobienie Donalda Tuska Przewodniczącym Rady Europejskiej, była bezczelna, nawet jak na nich, manipulacja nazwą owego stanowiska. Angielskie słowo „president”, w tym bowiem wypadku, musi oznaczać „przewodniczącego” i naprawdę nie ma tu najmniejszego powodu, by aż tak to podkolorowywać… poza jednym, a mianowicie potrzebą dowartościowania Donalda Tuska.
Jednak dla reżimowych propagandzistów, nawet określenie Prezydent Rady Europejskiej okazało się nie dość przekonujące, a więc w efekcie otrzymaliśmy krótkie i jak najbardziej jednoznaczne, „Prezydent Europy”. I to jest już coś. Bo oto mamy prezydentów Czech, Francji, Litwy, Gruzji, Niemiec, Polski, a nawet Rosji i każdy z nas wie, że to są zaszczyty nie byle jakie. Tymczasem się okazuje, że maleńki Sopot spłodził polityka, przy którym oni wszyscy zwyczajnie bledną, a mianowicie Prezydenta Europy.
Pompowanie Donalda Tuska odbywa się na wszelkich poziomach, takich jak choćby odśpiewanie przez ściągniętą do telewizji publiczność „Sto lat”, wypowiedź Kasi Tusk, że jej tato został właśnie „królem Europy”, czy występ dla „Gazety Wyborczej” jakiegoś angielskiego lektora, który nie mógł się nadziwić, jak Donald Tusk podczas pierwszej „prezydenckiej” konferencji prasowej, „całkowicie spontanicznie” wymyślił fantastyczny żart „polish my Polish”.
A ja przyznaję, że choć każdy z tych wybryków robi na mnie wrażenie, to ja mam innego faworyta, mianowicie opublikowany przez „Wyborczą” reportaż z Sopotu w pierwszym dniu po tym, jak jego mieszkańcy dowiedzieli się, jakie szczęście ich spotkało. Tekst ów zaczyna się tak:
Dzień po ogłoszeniu decyzji o objęciu przez Donalda Tuska funkcji przewodniczącego Rady Europejskiej życie w kurorcie toczy się normalnie - ludzie spacerują z psami, jeżdżą na rowerach, robią zakupy w sklepach. Pod domem premiera przy ul. Władysława Syrokomli też niewiele się zmieniło. Gdyby nie obecność dwóch czarnych limuzyn "borowików" i kilku paparazzich na chodniku, nikt by nie pomyślał, że w skromnym wielorodzinnym budynku mieszka premier Polski, a od wczoraj – prezydent Europy”.
To jest początek. A dalej? Przepraszam bardzo, ale dalej jest już tak, że przy tym wspomniane „Sto lat” wygląda na ponurą antytuskową agresję. Nie mam ochoty cytować tego, jak za owym „cudem” świadczą sąsiadki nowego prezydenta, „pani Małgorzata”, „pani Krystyna”, „student Michał”, czy „Maciek, sprzedawca ze sklepu Delikates 5 Społem”. Największe bowiem wrażenie robi to, co jest obok. Oto krótki przegląd tego, co oni potrafią:
Jakim człowiekiem jest na co dzień Donald Tusk?
Ryneczek, na który przychodzi Małgorzata Tusk, jest w niedzielę zamknięty, ale zaglądamy do pobliskiego sklepu spożywczego przy ul. Władysława Łokietka, gdzie Tuskowie często robią zakupy”.
Idziemy kilka kroków dalej i spotykamy panią Małgorzatę, która wyszła na spacer z psem”.
W delikatesach Społem wszyscy sprzedawcy bardzo dobrze znają premiera i jego rodzinę”.
Tak, tak! Nie ma żartów. Oni faktycznie są zdecydowani walczyć aż zdechną. No i ich kłopot. My się nad nimi użalać nie musimy.

Jeśli ktoś z nas ma ochotę kupić sobie coś naprawdę dobrego do czytania, a nie umie się zdecydować, zapraszam do księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie są do nabycia książki moje i Gabriela Maciejewskiego. I nie tylko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz